Ian Fleming - Goldfinger

Здесь есть возможность читать онлайн «Ian Fleming - Goldfinger» весь текст электронной книги совершенно бесплатно (целиком полную версию без сокращений). В некоторых случаях можно слушать аудио, скачать через торрент в формате fb2 и присутствует краткое содержание. Жанр: Шпионский детектив, на польском языке. Описание произведения, (предисловие) а так же отзывы посетителей доступны на портале библиотеки ЛибКат.

Goldfinger: краткое содержание, описание и аннотация

Предлагаем к чтению аннотацию, описание, краткое содержание или предисловие (зависит от того, что написал сам автор книги «Goldfinger»). Если вы не нашли необходимую информацию о книге — напишите в комментариях, мы постараемся отыскать её.

Auric Goldfinger: okrutny, inteligentny, frustrująco ostrożny. Oszust w kanaście i krętacz na dużą skalę w życiu codziennym. Takich ludzi James Bond nienawidzi najbardziej. Dobrze się więc składa, że to właśnie Bond otrzymał zbadanie tego co Goldfinger, najbogatszy człowiek w kraju, zamierza zrobić ze swoimi nieuczciwymi zyskami, oraz co łączy go ze Smiersz – ultratajną sowiecką organizacją bezlitośnie likwidujących obcych agentów. 007 odkrywa, że Goldfinger ma niezwykle ambitne i groźne plany: wśród nich są największa kradzież złota w historii oraz masowe morderstwo…

Goldfinger — читать онлайн бесплатно полную книгу (весь текст) целиком

Ниже представлен текст книги, разбитый по страницам. Система сохранения места последней прочитанной страницы, позволяет с удобством читать онлайн бесплатно книгу «Goldfinger», без необходимости каждый раз заново искать на чём Вы остановились. Поставьте закладку, и сможете в любой момент перейти на страницу, на которой закончили чтение.

Тёмная тема
Сбросить

Интервал:

Закладка:

Сделать

– Goldfinger.

– A imię?

– Auric. To chyba znaczy „złoty”, dobrze mówię? Pasuje do niego jak ulał. To rudzielec.

– Jakiej narodowości?

– Nie uwierzy pan, ale Brytyjczyk. Zamieszkały na stałe w Nassau. Imię wydaje się żydowskie, ale nie wygląda na Żyda. Mamy we „Floridianie” swoje zasady. Gdyby był Żydem, nie dostałby pokoju. Paszport z Nassau. Czterdzieści dwa lata. Kawaler. Zajmuje się pośrednictwem. Wiem, bo zanim siadłem z nim do stolika, załatwiłem z detektywem hotelowym, żeby dał mi rzucić okiem na jego paszport.

– W czym pośredniczy?

Du Pont uśmiechnął się ponuro.

– Pytałem go. Powiedział, że „we wszystkim, co się nawinie”. Małomówny jegomość. Jeśli zapytać go o coś wprost, zamyka się jak ślimak w skorupie. Za to całkiem sympatycznie potrafi gadać o niczym.

– Ile jest wart?

– Ha! – wybuchnął Du Pont. – W tym największy sęk. Jest nadziany. I to jak! Poleciłem w moim banku, żeby sprawdzili go w Nassau. Tarza się w forsie. Milionerów mają w Nassau na pęczki, ale jego stawiają tam na pierwszym czy drugim miejscu. Zdaje się, że lokuje kapitał w sztabach złota. Obraca nimi po świecie, wykorzystując różnice kursów. Zachowuje się jak jakiś cholerny bank federalny! Nie ufa gotówce. Jeśli o mnie chodzi, trudno się z nim nie zgodzić, coś w tym musi być, skoro jest jednym z najbogatszych ludzi na świecie. Rzecz jednak w tym, że jeśli jest taki bogaty, to po kiego licha chce mnie naciąć na marne dwadzieścia pięć kawałków?

Nagłe pojawienie się kelnerów uwolniło Bonda od konieczności wymyślania odpowiedzi. Na środek stołu wjechał z pompą szeroki srebrny półmisek wielkich krabów z pokruszonymi pancerzykami i szczypcami. Obok talerzy ustawiono srebrne sosjerki pełne topionego masła i długie stojaczki z grzankami. Puchary szampana pieniły się na różowo. Wreszcie szef sali z afektowanym uśmieszkiem zawiązał im od tyłu długie, białe jedwabne serwety, opadające aż po kolana.

Bondowi przypomniał się Charles Laughton w roli Henryka VIII, ale ani Du Ponta, ani nikogo z gości przy sąsiednich stolikach nie dziwiła cała ta pompa. Amerykanin rzucił wesoło: „każdy sobie”, nałożył na talerz kilka kawałków mięsa, polał je obficie topionym masłem i zaczął pałaszować. Bond poszedł w jego ślady, nie tyle jedząc, co pożerając najwspanialszą kolację pod słońcem.

Nigdy w życiu nie kosztował równie delikatnych, słodkawych skorupiaków. Suche grzanki i leciutko przypalone masło tylko podkreślały ich smak. Zimny jak lód szampan, w którym pobrzmiewał lekki zapach truskawek, znakomicie oczyszczał podniebienie między jednym kęsem a drugim. Anglik i Amerykanin wcinali z zapamiętaniem, nie odzywając się, dopóki nie zmietli jedzenia do czysta.

Du Pont czknął dyskretnie, po raz ostatni otarł z brody resztki masła jedwabną serwetą i rozparł się na krześle. Twarz miał zarumienioną. Spojrzał z dumą na swego gościa i oświadczył pełnym czci głosem:

– Panie Bond, wątpię, czy gdziekolwiek na świecie ktoś jadł równie dobrą kolację jak my. A pańskim zdaniem?

Sam się prosiłem o lekkie życie, życie bogacza, pomyślał Bond. I co? Czy chcę się obżerać jak świnia i wysłuchiwać takich uwag? Myśl o następnej takiej kolacji, czy w ogóle o kolacji z Du Pontem, zbrzydziła go nagle. Przez chwilę wstydził się tego uczucia. W końcu dostał to, o co się prosił. A teraz jego purytańska natura nie chciała się z tym pogodzić. Wyraził życzenie, które nawet nie tyle spełniono, co wepchnięto mu w gardło.

– Tego nie wiem, ale niewątpliwie była wyśmienita – odparł. Du Pont był zadowolony. Zamówił kawę. Bond podziękował za cygaro i likier. Zapalił papierosa i z ciekawością czekał na gwóźdź programu. Wiedział, że musi teraz nastąpić. Przecież cała ta kolacja miała na celu skruszenie jego ewentualnych oporów. A więc do rzeczy. Amerykanin odchrząknął.

– A teraz, panie Bond, chciałbym panu coś zaproponować. Wlepił wzrok w swojego gościa, próbując zawczasu przewidzieć jego reakcję.

– Tak?

– To chyba sama opatrzność zesłała mi pana tam na lotnisku. – W głosie Du Ponta brzmiała szczerość i powaga. – Nigdy nie zapomniałem naszego pierwszego spotkania w Royale. Pamiętam każdy szczegół… pańskie opanowanie, pańską odwagę, sposób, w jaki układał pan karty. – Bond wbił wzrok w obrus, Amerykanin zaś, zmęczony już swą tyradą, dokończył pospiesznie: – Jeżeli zostanie pan tu jako mój gość do czasu, aż odkryje pan, w jaki sposób cały ten Goldfinger ze mną wygrał, zapłacę panu dziesięć tysięcy dolarów.

Agent spojrzał Amerykaninowi prosto w oczy.

– To nader godziwa propozycja, panie Du Pont. Ale muszę wracać do Londynu. Najdalej za czterdzieści osiem godzin muszę być w Nowym Jorku, żeby złapać samolot. Jeżeli jutro rano i po południu znów siądziecie do kart, to powinienem mieć aż nadto czasu na śledztwo. Ale jutro wieczorem muszę wyjechać bez względu na to, czy uda mi się panu pomóc. Zgoda?

– Zgoda – odparł Du Pont.

3. Człowiek, który cierpiał na agorafobię

Bonda zbudziło łopotanie zasłon. Odrzucił cienki koc i ruszył po puszystym dywanie do panoramicznego okna zajmującego całą ścianę sypialni. Rozsunął zasłony i wyszedł na słoneczny balkon.

Ułożone w czarno-białą szachownicę płyty podłogowe były ciepłe, niemal parzyły w stopy, choć dochodziła zaledwie ósma rano. Od morza wiała orzeźwiająca bryza, wypełniająca flagi wszystkich możliwych narodów powiewające nad molo prywatnej przystani jachtów. Wilgotny wietrzyk niósł silny zapach morza. Bond pomyślał, że wczasowicze za nim przepadają, choć miejscowi pewnie go nie znoszą. Wszystko im w domu rdzewieje, kartki książek fruwają, gniją tapety i obrazy, a ubrania pleśnieją.

Dwanaście pięter niżej ogrody, które urządzono tu chyba tylko i wyłącznie na pokaz, upstrzone były palmami, klombami jaskrawych krotonów, obramowanych schludnymi żwirowymi ścieżkami wijącymi się między cienistymi alejami tropikalnych pnączy tak, że tworzyły kompozycję bogatą, lecz w sumie bez smaku. Na trawnikach pracowali ogrodnicy. Grabili dróżki, zbierali liście, a robili to w letargicznie zwolnionym tempie cechującym kolorowych robotników. Bond zauważył też kosiarki do trawy. Tam, gdzie przeszły, zainstalowano rozpryskiwacze, które z wdziękiem rozrzucały w koło obfitą rosę.

Bezpośrednio pod nim elegancki łuk zabudowań Cabana Club – dwa piętra przebieralni okryte płaskim dachem, gdzie stało mnóstwo krzeseł i gdzie tu i ówdzie rozłożyły się wielkie parasole w czerwone i białe pasy – schodził ku plaży, obejmując sobą szmaragdowy owal olimpijskiego basenu. Na wszystkich brzegach basenu piętrzyły się materace i złożone leżaki, na których już wkrótce mieli zasiąść wczasowicze, żeby wchłonąć w siebie porcję słońca za pięćdziesiąt dolarów dziennie. Między stosami uwijali się porządkowi ubrani w śnieżnobiałe marynarki, dopieszczając ustawienie krzeseł, odwracając materace i usuwając stare niedopałki papierosów. A dalej ciągnęła się długa, złocista plaża i morze. Tam też krzątali się sprzątający – wygrabiali wodorosty, rozkładali parasole i materace. Nic więc dziwnego, że gustowna karteczka w garderobie Bonda informowała taktownie, iż każda doba spędzona w apartamencie Aloha kosztuje dwieście dolarów. Agent przeliczył to szybko na swoje zarobki i wyszło mu, że gdyby sam płacił rachunek, za całą roczną pensję udałoby mu się tu przemieszkać ledwie trzy tygodnie. Uśmiechnął się wesoło do siebie. Wrócił do sypialni, podniósł słuchawkę i zamówił: pyszne, monstrualno-obfite śniadanie, karton chesterfieldów i gazety.

Читать дальше
Тёмная тема
Сбросить

Интервал:

Закладка:

Сделать

Похожие книги на «Goldfinger»

Представляем Вашему вниманию похожие книги на «Goldfinger» списком для выбора. Мы отобрали схожую по названию и смыслу литературу в надежде предоставить читателям больше вариантов отыскать новые, интересные, ещё непрочитанные произведения.


Отзывы о книге «Goldfinger»

Обсуждение, отзывы о книге «Goldfinger» и просто собственные мнения читателей. Оставьте ваши комментарии, напишите, что Вы думаете о произведении, его смысле или главных героях. Укажите что конкретно понравилось, а что нет, и почему Вы так считаете.

x