Bond wyłączył się.
Blackwell by na to nie wpadł. Najwyraźniej przejrzał go ten meksykański plantator. Bond na wszelki wypadek zmienił hotel, ale w nocy, gdy wracał do siebie po ostatniej szklaneczce w Copacabanie, jakiś mężczyzna zastąpił mu nagle drogę. Miał na sobie brudny garnitur z białego płótna i białą, za dużą czapkę szofera. Azteckie kości policzkowe podkreślały głębokie sińce. W jednym kąciku wąskich ust tkwiła wykałaczka, w drugim papieros. Zwężone od marihuany oczy błyszczały jak dwa łebki szpilek.
– Chcesz panienkę? Bara-bara?
– Nie.
– Może kolorową? Piękną zdrową dupcię?
– Nie.
– To może obrazki?
Bond tak dobrze znał ruch ręki sięgającej pod marynarkę, wiązał z nim tak wiele niebezpiecznych przeżyć, że był przygotowany, nim jeszcze ręka ukazała się z powrotem, a długi srebrzysty palec skoczył mu do gardła.
Odruchowo zastosował klasyczny blok rodem z podręcznika samoobrony. Odwrócił się półbokiem, jednocześnie odbijając pchnięcie prawą ręką. Ich przedramiona zetknęły się w pół drogi. Nóż chybił celu, a Meksykanin odsłonił się, wystawiając na krótki cios lewą ręką w brodę. Sztywny, naprężony nadgarstek Bonda przebył najwyżej dwie stopy, ale wewnętrzna strona jego dłoni, wzmocnionej rozczapierzonymi palcami, ze straszliwą siłą wyrżnęła napastnika w podbródek. Meksykanin niemal uniósł się w powietrze. Możliwe, że już ten cios go zabił i złamał mu kark, choć zanim napastnik upadł na ziemię, Bond cofnął prawą rękę i kantem dłoni uderzył w naprężone, odsłonięte gardło. Cios kantem dłoni w jabłko Adama należy do żelaznego repertuaru wszystkich komandosów. Nawet jeżeli Meksykanin żył po pierwszym uderzeniu, to zmarł, nim runął na chodnik.
Przez chwilę Bond oddychał głęboko, patrząc na leżącą w kurzu bezwładną stertę łachów. Rozejrzał się. Nie zauważył nikogo. Minęły go jakieś samochody. Podczas starcia przejechało ich pewnie więcej, ale walczyli w cieniu. Przyklęknął koło zwłok. Nie wyczuł pulsu. Oczy, jeszcze niedawno błyszczące od marihuany, stały się matowe. Dom, który zamieszkiwał Meksykanin, był pusty. Lokator się wyprowadził.
Bond uniósł zwłoki i oparł je o mur w głębokim cieniu. Wytarł ręce w ubranie, poprawił krawat i wrócił do hotelu.
O świcie wstał, ogolił się i pojechał na lotnisko, gdzie wsiadł do pierwszego samolotu odlatującego z Meksyku. Traf chciał, że wylądował w Caracas. Przesiedział tam w poczekalni, aż dostał się na rejs linii Transamerica Constellation do Miami, skąd miał dotrzeć wieczorem do Nowego Jorku.
Głośniki znowu ożyły.
– Z powodu awarii samolotu rejs TR 618 linii Transamerica do Nowego Jorku został przełożony. Godzinę odlotu podamy o ósmej rano. Pasażerów przepraszamy i prosimy o zgłaszanie się do stanowiska linii Transamerica w celu zakwaterowania. Dziękujemy.
No tak! Tego jeszcze brakowało! Czy powinien przenieść się na inny lot, czy spędzić noc w Miami? Bond przypomniał sobie o whisky, uniósł szklankę, odchylił głowę i wysączył trunek do dna. Kostki lodu zagrzechotały mu wesoło o zęby. To jest to! To jest myśl! Zostanie na noc w Miami i się zaleje, urżnie w trupa, żeby jakaś poderwana dziwka musiała go zataszczyć do łóżka. Od lat już się nie upił. Najwyższy czas. Ta noc spadła mu jak z nieba, wolna noc z dala od domu. Wykorzysta ją jak należy. Czas sobie pofolgować. Był zbyt napięty, zbyt zaabsorbowany rozgrzebywaniem przeszłości. Co on właściwie wyrabia, po kiego licha myśli o tym capungo, który chciał go załatwić? Miał do wyboru albo zabić, albo dać się zabić. A zresztą ludzie zabijają się cały czas, jak świat długi i szeroki. Choćby samochodami. Roznoszą choroby zakaźne, chuchają innym bakteriami prosto w twarz, zostawiają zapalone kuchenki gazowe, wypuszczają tlenek węgla w zamkniętych garażach. Na przykład, ilu ludzi ma związek z produkcją bomb wodorowych, poczynając od górników wydobywających uran, a kończąc na akcjonariuszach tych kopalni? Czy istnieje ktoś, kto – choćby tylko statystycznie – nie ma żadnego związku z zabójstwem bliźniego?
Ostatnie promienie słońca już zgasły. Pod ciemnogranatowym niebem migotały jaskrawożółte i zielone smugi; maleńkie światełka odbijały się od oleistej powierzchni płyty lotniska. Na główną zieloną alejkę wpadł z ogłuszającym hukiem DC 7. Okna w sali tranzytowej zabrzęczały cicho. Ludzie wstali z miejsc, obserwując samolot. Bond próbował odczytać ich myśli z wyrazu twarzy. Czy liczyli na katastrofę samolotu, na widowisko, temat do opowieści, na coś, co wypełni ich puste życie? A może życzyli mu powodzenia? Czego życzyli sześćdziesięciu pasażerom? Życia czy śmierci?
Bond zagryzł wargi. Dość tego! Starczy tych chorobliwych myśli. To tylko reakcja na wykonanie parszywego zadania. Jesteś wypompowany, zmęczony wiecznym odgrywaniem twardziela. Potrzebujesz odmiany. Widziałeś za dużo śmierci. Chcesz zakosztować życia… spokojnego, wygodnego, na poziomie.
Bond usłyszał kroki. Ktoś zatrzymał się obok niego. Podniósł wzrok. Stał przed nim schludny, na pierwszy rzut oka bogaty mężczyzna w średnim wieku i przyglądał mu się z zakłopotaniem i dezaprobatą.
– Najmocniej przeprzaszam, ale czy nie nazywa się pan przypadkiem Bond… pan, hm, James Bond?
Bond cenił anonimowość.
– Owszem – bąknął oschle.
– A to ci dopiero zbieg okoliczności. – Nieznajomy wyciągnął rękę. Bond wsiał powoli, uścisnął mu dłoń i puścił ją szybko. Była sflaczała, jakby pozbawiona stawów, niczym uformowane w kształcie dłoni błoto albo nadmuchana gumowa rękawiczka. – Nazywam się Du Pont. Junius Du Pont. Pewnie mnie pan nie pamięta, ale już się spotkaliśmy. Można się przysiąść?
Twarz, nazwisko? Rzeczywiście coś mu przypominały. Dawno temu. Nie w Ameryce. Agent szperał w aktach swej pamięci, jednocześnie taksując natręta. Du Pont miał około pięćdziesiątki, różową cerę, gładko wygoloną twarz i konserwatywny przyodziewek, jakim Bracia Brooks okrywają wstyd amerykańskich milionerów: jednorzędowy garnitur z ciemnobrązowego tropiku i białą jedwabną koszulę z niskim kołnierzykiem. Podwinięte rogi kołnierzyka spinała złota agrafka, tuż pod węzłem wąskiego krawata w ciemnoczerwone i niebieskie pasy, niemal identyczne z barwami Gwardii Królewskiej. Spod rękawów marynarki wystawały na pół cala mankiety koszuli, ukazując półokrągłe kryształowe spinki z wtopionymi maleńkimi muszkami. Stroju dopełniały grafitowe jedwabne skarpetki, buty w kolorze starego, wypolerowanego mahoniu, które najwyraźniej wyszły spod ręki Peala, oraz ciemny słomkowy homburg o wąskim rondzie, z szeroką bordową wstążką.
Du Pont usiadł naprzeciwko Bonda i wyciągnął papierosy oraz szczerozłotą zapalniczkę marki Zippo. Pocił się lekko, co nie uszło uwagi agenta. Bond uznał, że pozory nie mylą i że ma przed sobą bardzo bogatego i nieco zażenowanego Amerykanina. Wiedział, że już się spotkali, ale nie miał pojęcia gdzie i kiedy.
– Zapali pan?
– Dziękuję. – Bond poczęstował się parliamentem, lecz udał, że nie dostrzega wyciągniętej zapalniczki. Nie znosił, gdy ktoś podawał mu ognia. Wyjął swoją zapalniczkę i sam sobie przypalił papierosa.
– Francja, pięćdziesiąty pierwszy, Royale Les Eaux. – Du Pont spojrzał na agenta z entuzjazmem. – Kasyno. Ja i Ethel, to znaczy moja żona, siedzieliśmy obok pana podczas tej wspaniałej rozgrywki z Francuzem.
Bond sięgnął pamięcią wstecz. Tak, oczywiście. Du Pontowie zajmowali przy stoliku do bakarata miejsca czwarte i piąte. On miał szóste. Wyglądali całkiem nieszkodliwie, tym bardziej więc cieszył się z takiego parawanu po lewej ręce tej fantastycznej nocy, kiedy to pokonał Le Chiffre’a. Teraz ujrzał to z powrotem – jasny krąg światła na zielonym suknie, różowe, podobne do krabów dłonie sunące szybko po drugiej stronie stolika do kart. Czuł zapach dymu i ostrą woń swojego potu. Cóż to była za noc! Bond zerknął na Du Ponta i uśmiechnął się na wspomnienie ich spotkania.
Читать дальше