– Naprawdę? – zdziwiła się uprzejmie.
– Tak sądzę. Nick Spencer w ogóle cię nie obchodził. W jednym tylko nie skłamałaś: ożenił się z tobą, bo przypominałaś mu pierwszą żonę. To prawda. Ale wszystko jedno, nie po to tu przyjechałam. Chcę cię ostrzec. Niedługo rozpocznie się dochodzenie, mające wyjaśnić, dlaczego nagle pojawiły się problemy ze szczepionką. Ja wiem, że ten środek działa. Wczoraj na własne oczy widziałam żywy dowód. Poznałam człowieka, który trzy miesiące temu stał na progu śmierci, a teraz nie ma ani jednej komórki nowotworowej.
– Kłamiesz! – warknęła.
– Nie kłamię. Ale nie to jest najważniejsze. Chcę ci powiedzieć coś innego: wiemy, że Vivian Powers została porwana i naszpikowana lekami powodującymi zanik pamięci.
– Co za bzdura!
– To nie bzdura. Tak samo jak fakt, że notatki doktora Spencera zostały skradzione doktorowi Broderickowi, u którego Nick je przechowywał. I ja wiem, kto je ukradł. Wczoraj znalazłam jego zdjęcie wśród członków zarządu Gafner Pharmaceuticals. To Lowell Drexel.
– Lowell? – W jej głosie brzmiało zdenerwowanie.
– Doktor Broderick powiedział mi, że notatki starszego Spencera wziął od niego człowiek o rudawobrązowych włosach. Nie domyślił się, że były farbowane, bo zrobiono to naprawdę bardzo dobrze. Oto zdjęcie z zeszłego roku, kiedy Drexel nie był siwy. Zamierzam powiadomić o tym prowadzących śledztwo. Doktor Broderick o mało nie stracił życia w wypadku samochodowym, który niekoniecznie był wypadkiem. W każdym razie ja mam ogromne wątpliwości. Na szczęście ranny wraca do zdrowia i policjanci pokażą mu to zdjęcie. Przypuszczam, że kiedy już zidentyfikuje Drexela, policja zacznie się też bliżej interesować katastrofą samolotu. Pokłóciłaś się z Nickiem w kafejce na lotnisku, tuż przed startem. Kelnerka usłyszała, jak pytał cię, dlaczego w ostatniej chwili zmieniłaś zdanie i z nim nie lecisz. Powinnaś mieć odpowiedź na to pytanie, kiedy zada ci je policja.
Lynn była wyraźnie zdenerwowana.
– Starałam się naprawić nasze małżeństwo… Dlatego zamierzałam z nim lecieć. Poprosiłam go też, żeby zabrał ze sobą Jacka innym razem. Zgodził się, chociaż bez entuzjazmu. Ale przez cały piątek był dla mnie tak nieprzyjemny, że kiedy mieliśmy jechać na lotnisko, postanowiłam jednak nie brać walizki. Nie powiedziałam mu o tym od razu, dopiero w drodze, stąd jego wybuch. A mnie nie przyszło do głowy, że mógłby w ostatniej chwili wpaść po Jacka i zabrać go ze sobą.
– Kiepska ta twoja historyjka – oceniłam. – Chcę ci pomóc, ale wcale mi nie ułatwiasz zadania. Wiesz, nad czym policja zacznie się zastanawiać w następnej kolejności? Na przykład nad tym, czy przypadkiem w kafejce na lotnisku nie wrzuciłaś Nickowi czegoś do szklanki. Sama zaczynam o tym myśleć.
– Jesteś śmieszna!
– Moim zdaniem twoja sytuacja jest bardzo poważna. Policja skoncentrowała się na Nicku. Masz sporo szczęścia, że do tej pory nie znaleziono jego ciała. Kiedy rozejdzie się wieść, że szczepionka jednak działa, kierunek śledztwa się zmieni, a wtedy twoja sytuacja będzie bardzo nieciekawa. Dlatego jeżeli wiesz o czymś, co się działo w laboratorium, choć nie powinno było mieć miejsca, albo jeśli ktoś ci podszepnął, żebyś nie wsiadała wtedy do samolotu z Nickiem, lepiej sobie wszystko przypomnij i idź na ugodę z prokuratorem.
– Carley, musisz zrozumieć, że ja kochałam Nicka. Naprawdę chciałam naprawić nasze małżeństwo. Wszystko przekręcasz.
– Nie, Lynn, to bez sensu. Czegoś takiego mi nie wmówisz. Ten świr, Ned Cooper, który powystrzelał tylu ludzi, ma na sumieniu także podpalenie waszego domu. Tego jestem pewna. Widział jakiegoś mężczyznę wychodzącego z domu. Napisał mi o tym w liście elektronicznym, który przekazałam policji. Moim zdaniem romansujesz z Wallingfordem, a kiedy to wyjdzie na jaw, twoje alibi nie będzie wiele warte.
– Ja romansuję z Charlesem? – Zaczęła się śmiać. Wydawała z siebie zduszone piskliwe dźwięki, pozbawione wesołości, za to wskazujące na zdenerwowanie. – Carley, przeceniłam twoją inteligencję. Charles jest tylko tchórzliwym złodziejem, okradającym własną firmę. Robił to już wcześniej, dlatego synowie nie chcą go znać, a potem, kiedy zdał sobie sprawę, że Nick zaciąga pożyczki pod zastaw własnych akcji, zaczął okradać także Gen-stone. Postanowił uszczknąć coś dla siebie, defraudując fundusze przeznaczone dla dostawczej gałęzi spółki.
Patrzyłam na nią twardo.
– Pozwolono mu kraść! Wiedziałaś, że kradnie, i nic nie zrobiłaś?
– Carley, to naprawdę nie był jej problem – odezwał się niski, męski głos.
Zza moich pleców.
Zabrakło mi tchu i aż podskoczyłam ze strachu. W drzwiach stał Lowell Drexel. Miał broń.
– Siadaj – powiedział cicho, głosem wypranym z emocji.
Kolana nagle mi zmiękły, osunęłam się na fotel i pytająco spojrzałam na Lynn.
– Miałam nadzieję, że do tego nie dojdzie – westchnęła. – Naprawdę bardzo mi przykro, ale… – Spojrzała na coś za mną, w głębi pokoju, oczy jej się rozszerzyły, a pogardliwy wyraz twarzy zmienił się w grymas przerażenia.
Odwróciłam głowę. Na progu jadalni stał Ned Cooper. Włosy miał w straszliwym nieładzie, na twarzy trzydniowy zarost, ubranie wymięte i brudne, a w oczach o rozszerzonych źrenicach malowało się szaleństwo. W dłoniach trzymał strzelbę. Na moich oczach uniósł ją i pociągnął za spust.
Huk wystrzału, gryzący zapach prochu, ostry krzyk Lynn, łoskot padającego na ziemię ciała Drexela. Odebrałam to wszystkimi zmysłami.
Troje! Przeleciało mi przez głowę. Troje w Greenwood Lake, troje w tym pokoju. Zabije mnie!
– Proszę… – mamrotała Lynn. – Błagam…
– E, tam. Niby dlaczego miałabyś żyć? – zapytał Ned Cooper. – Wszystko słyszałem. Jesteś wredna.
Wymierzył. Ukryłam twarz w dłoniach.
– Bła…
Znowu wystrzał, znowu proch i wiedziałam, że Lynn jest martwa. Teraz moja kolej. Teraz mnie zabije. Czekałam na uderzenie kuli.
– Wstawaj. – Potrząsnął mnie za ramię. – Rusz się. Bierzemy twój wózek. Przyfarciło ci się. Pożyjesz jeszcze z pół godziny.
Z trudem stanęłam na nogach. Nie mogłam spojrzeć na kanapę. Nie chciałam widzieć ciała Lynn.
– Nie zapomnij kluczyków – powiedział ze straszliwym spokojem.
Torebka leżała na podłodze, obok fotela. Schyliłam się i zgarnęłam ją niezgrabnym ruchem. Cooper chwycił mnie pod ramię, pociągnął w stronę jadalni, a potem przez kuchnię.
– Otwórz drzwi – rozkazał.
Zatrzasnął je za nami i pchnął mnie w stronę miejsca dla kierowcy.
– Wsiadaj. Poprowadzisz.
Najwyraźniej wiedział, że nie zamknęłam samochodu. Śledził mnie? O Boże, po co ja tu przyjechałam? Powinnam była potraktować jego groźby poważnie!
Obszedł samochód od przodu, nie spuszczając ze mnie oczu i cały czas trzymając mnie na muszce. Wsiadł na miejsce pasażera.
– Otwórz torebkę i wyjmij kluczyki.
Nie mogłam sobie poradzić z zamkiem. Palce miałam kompletnie bez czucia. Cała się trzęsłam, tak bardzo, że kiedy wreszcie udało mi się otworzyć torebkę i wyjąć kluczyki, z ogromnym trudem trafiłam właściwym w stacyjkę.
– Jedź do bramy. Otworzysz kodem. Dwadzieścia osiem zero osiem. Skręć od razu w prawo. I jeśli będą gliny, nic nie kombinuj.
– Nie będę – obiecałam. Ledwo wykrztusiłam te słowa.
Pochylił się, żeby nie było go widać z ulicy. Ale i tak nie dostrzegłam tam żadnych innych samochodów.
Читать дальше