Zadzwoniła mama. Była wyraźnie zmartwiona.
– Carley, ostatnie dwa tygodnie prawie nie rozmawiałyśmy, to do ciebie niepodobne. Biedny Robert także nie ma właściwie żadnych wiadomości od Lynn, ale to u nich nie taka znowu nowość. Czy stało się coś złego, kochanie?
Mnóstwo, mamusiu, pomyślałam. Na szczęście nie między nami.
Oczywiście nawet się nie zająknęłam na temat prawdziwej przyczyny moich niepokojów. Zasłaniałam się brakiem czasu, tłumacząc, że zbieranie materiałów okazało się zajęciem przynajmniej na dwa równoległe etaty. Mało z krzesła nie spadłam, gdy zaproponowała, żebyśmy w któryś weekend przyjechały obie z Lynn, w ramach rodzinnej sielanki.
Kiedy się rozłączyłyśmy, zrobiłam sobie kanapkę z masłem orzechowym i zaparzyłam kubek herbaty. Postawiłam go na tacy i usiadłam przy biurku, na którym piętrzyły się zapiski o Nicholasie Spencerze oraz wycinki z gazet na temat katastrofy samolotu. Pracowałam kilka godzin. Wreszcie zebrałam wszystkie materiały, uporządkowałam i schowałam do teczki. Dla odmiany zajęłam się ulotkami informacyjnymi, które zabrałam z Garner Pharmaceuticals. Uznałam, że warto się przekonać, czy są jakieś odniesienia do Gen-stone. Mniej więcej w środku stertki zrobiło mi się gorąco z wrażenia. Widziałam to w recepcji, zostało mi w podświadomości.
Długi czas, może nawet pół godziny, siedziałam nad drugim kubkiem herbaty, popijając ją małymi łyczkami, choć dawno wystygła.
Miałam w ręku klucz do wszystkich wydarzeń. Czułam się zupełnie tak, jakbym po otwarciu sejfu znalazła w nim wszystko, czego szukałam.
Albo jakbym właśnie ułożyła trudny pasjans. Może to lepsze porównanie, bo w kartach jest joker i w większości gier ma znacznie większe prawa niż jakakolwiek inna karta. W talii używanej do tej rozgrywki jokerem była Lynn, której pojawienie się zmieniło i jej życie, i moje.
Wróciwszy z domku dla gości, Ned usiadł w samochodzie i popijał szkocką, słuchając wiadomości o sobie, nadawanych przez radio. Podobało mu się słuchanie o sobie, ale nie chciał wyczerpać akumulatora. Po jakimś czasie zdrzemnął się i w końcu zasnął.
Obudził się nagle, usłyszawszy samochód zbliżający się podjazdem dla służby. Chwycił strzelbę. Jeżeli to gliniarze, jeżeli go wytropili, przynajmniej odstrzeli paru, zanim go wykończą.
Jedno z okien wychodziło na drogę, lecz nic przez nie nie widział. Za dużo przy nim postawiono krzeseł. W sumie bardzo dobrze, bo oznaczało to, że nikt nie zajrzy do wnętrza i nie zobaczy samochodu.
Odczekał prawie pół godziny, ale nikt więcej się nie pojawił. Wtedy coś mu się przypomniało – i już wiedział, kto to przyjechał: na pewno ten przyjaciel Lynn Spencer, który był tutaj w noc pożaru.
Ned postanowił sprawdzić, czy się nie pomylił.
Ze strzelbą wetkniętą pod ramię bezszelestnie otworzył boczne drzwi garażu i ruszył znajomą już drogą do domku dla gości. W miejscu, gdzie małżeństwo opiekujące się domem Spencerów zwykło zostawiać swój samochód, stał ciemny sedan. Żaluzje w domku były opuszczone, tylko jedna, ta przez którą zaglądał poprzedniej nocy, pozostała odrobinę podciągnięta. Pewnie się zacinała. Okno było nadal otwarte, więc przykucnął i zajrzał do środka, do salonu, gdzie Lynn Spencer siedziała wczoraj z tym facetem.
No i byli, jak najbardziej, tylko że teraz towarzyszył im ktoś jeszcze. Ned słyszał trzeci głos, męski, ale nie widział twarzy. Jeżeli przyjaciel Lynn Spencer i ten trzeci pozostaną tutaj do jutra, do wizyty tej DeCarlo, no to będą mieli pecha. Jemu tam wszystko jedno. Żadne z nich nie zasługiwało, żeby żyć.
Wytężał słuch, chcąc się zorientować, o czym rozmawiają. Akurat wtedy Annie powiedziała mu, że powinien wrócić do garażu i się przespać.
– I nie pij więcej – dodała.
– Ale…
Zacisnął usta. Odezwał się do Annie na głos, ostatnio robił to coraz częściej. Ten trzeci, który akurat coś mówił, i przyjaciel Lynn Spencer niczego nie usłyszeli, ale ona podniosła dłoń, nakazując ciszę.
Na pewno powiedziała, że usłyszała coś podejrzanego. Ned wziął nogi za pas i kiedy otworzyły się frontowe drzwi, był już daleko za rzędem iglaków. Nie widział twarzy faceta, który wyszedł z budynku i popatrzył w obie strony, a potem szybko wrócił do wnętrza. Zanim zamknął za sobą drzwi, powiedział głośno:
– Lynn, ty już masz urojenia.
Wcale nie, pomyślał Ned. Tym razem usta miał zamknięte i bardzo cicho wrócił do garażu. Dopiero tam, otworzywszy butelkę szkockiej, zaczął się śmiać.
Odezwał się, bo miał zamiar powiedzieć Annie, że może pić, przecież nie bierze już żadnych lekarstw.
– Ciągle zapominasz, Annie – oświadczył. – Ciągle o tym zapominasz.
W niedzielę rano wstałam wcześnie. Po prostu nie mogłam spać. To prawda, obawiałam się konfrontacji z Lynn. Poza tym miałam dziwne przeczucie, że stanie się coś strasznego. Wypiłam jedną szybką małą czarną, wciągnęłam na siebie spodnie oraz lekki sweter i poszłam do katedry. Właśnie zaczynała się msza o ósmej, przysiadłam więc w ławce.
Modliłam się za ludzi, którzy stracili życie z ręki Neda Coopera, którzy umarli dlatego, że ten człowiek zainwestował w Gen-stone. Modliłam się za wszystkich chorych, którzy umrą, ponieważ doszło do sabotażu szczepionki Nicka Spencera. I za Jacka Spencera, za dziecko, które miało naprawdę kochającego ojca. I za mojego chłopczyka, Patricka. Jest między aniołkami.
Jeszcze nie minęła dziewiąta, kiedy wierni się rozeszli. Ja nadal byłam niespokojna. Poszłam do Central Parku. W ten wspaniały majowy poranek, zapowiadający dzień pełen słońca, pod kwitnącymi drzewami już ludzie spacerowali, jeździli na rolkach i na rowerach. Inni rozkładali koce na trawie, szykując się do pikniku lub opalania.
Znowu pomyślałam o ludziach takich jak ci z Gen-stone, którzy w ubiegłym tygodniu byli jeszcze między żywymi, a teraz już odeszli. Czy przeczuwali, że ich czas się kończy? Mój tata wiedział. Wrócił od drzwi i pocałował mamę, dopiero potem wyszedł na codzienny poranny spacer. Nigdy wcześniej tego nie robił.
Skąd takie myśli w mojej głowie?
Chciałam, żeby ten dzień zniknął, żeby czas minął lotem błyskawicy, żeby już przyszedł wieczór, a ja spotkałabym się z Caseyem. Dobrze nam było razem. Wiedzieliśmy o tym oboje. Wobec tego, skąd brał się we mnie ten przytłaczający smutek, kiedy o nim myślałam? Zupełnie, jakbyśmy mieli podążyć w przeciwne strony, jakby nasze drogi znów miały się rozejść.
Zawróciłam w stronę domu i po drodze zajrzałam jeszcze do pobliskiej knajpki na kawę i bułkę.
Automatyczna sekretarka mrugała, okazało się, że dzwonił Casey, dwa razy. Cudownie. Poprzedniego wieczora był na meczu z kolegą, który miał abonamentowe miejsca na stadionie, więc się nie widzieliśmy i nie słyszeliśmy.
Oddzwoniłam od razu.
– Zaczynałem się martwić – powiedział. – Carley, ten Cooper ciągle jeszcze jest na wolności. Niebezpieczny typ. Nie zapominaj, że napisał do ciebie trzy razy!
– Nie martw się, jestem ostrożna. Na pewno nie ma go w Bedford i wątpię, żeby był w Greenwich.
– Zgoda. Raczej nie ma go w Bedford. Pewnie szuka Lynn Spencer w Nowym Jorku. Policja z Greenwich obserwuje dom państwa Barlowe. Jeżeli facet wini Nicka Spencera za niepowodzenie szczepionki, to może na przykład chcieć skrzywdzić jego syna.
Szczepionka jest jak najbardziej w porządku, chciałam powiedzieć. Ale nie. Nie teraz, nie przez telefon.
Читать дальше