– Tu się zgadzamy – odparłam – ale chciałabym się dowiedzieć, jakie wrażenie zrobił na tobie Nick w dniu katastrofy. Bo widzisz, chociaż miał dopiero czterdzieści dwa lata, to nie sposób zaprzeczyć, że przez ostatnie tygodnie żył w ogromnym napięciu. Nawet bardzo młodemu człowiekowi może się zdarzyć atak serca, wykluczający jakąkolwiek reakcję.
– Co fakt, to fakt – zgodził się Sal. – Wszystko jest możliwe. Mnie tylko złości, że oni wszyscy robią taką wrzawę, jakby Nick Spencer był niedzielnym pilotem. A on był dobry, cholernie dobry i do tego niegłupi. W niejednej burzy już latał i wiedział, jak sobie radzić przy złej pogodzie. No, chyba że trafił go piorun, wtedy już niewiele można zrobić.
– Widziałeś Spencera przed startem? A może z nim rozmawiałeś?
– Zawsze sam sprawdzałem jego maszynę, więc widziałem go, ale z nim nie rozmawiałem.
– Wiem, że podrzuciła go tu żona. Widziałeś ją?
– Taaa… Jakiś czas siedzieli w kafejce, tej blisko prywatnych hangarów. Odprowadziła go do samolotu.
– Jakie sprawiali wrażenie? – Zawahałam się, po czym wyjaśniłam szczerze: – Sal, chciałabym wiedzieć, w jakim nastroju Nick Spencer usiadł za stery. Jeżeli na przykład był zdenerwowany, mogło to mieć wpływ na jego kondycję fizyczną albo na koncentrację.
Sal zapatrzył się w przestrzeń za moimi plecami. Wyraźnie szukał najlepszych słów, ale nie dla ostrożności, tylko po to, by powiedzieć całą prawdę. Spojrzał na zegarek. Mój czas kończył się zbyt szybko.
Wreszcie się odezwał.
– Carley, co ci powiem, to ci powiem, ale ci powiem: ci dwoje nigdy nie byli szczęśliwi.
– A tamtego dnia zauważyłeś w ich zachowaniu coś szczególnego? – naciskałam.
– Najlepiej porozmawiaj z Marge. Z kelnerką, która ich obsługiwała.
– Jest dzisiaj w pracy?
– Tak, bierze zwykle długie weekendy, od piątku do poniedziałku. – Ujął mnie pod ramię i poprowadził przez terminal do kawiarenki. – To jest Marge. – Wskazał mi kobietę po sześćdziesiątce, o babcinym wyglądzie. Zobaczywszy nas, od razu podeszła, szeroko uśmiechnięta.
Gdy Sal wyjaśnił, o co chodzi, uśmiech znikł jej z twarzy.
– Pan Spencer był najmilszym człowiekiem na świecie – oznajmiła. – A jego pierwsza żona, sama słodycz. Nie wiedzieć po co się ożenił z tą oślizgłą górą lodową. W dzień katastrofy musiała mu porządnie zaleźć za skórę. Muszę jej przyznać, że chyba go przepraszała, ale i tak był zły jak osa. Nie słyszałam dokładnie, co mówili, coś mi się tylko obiło o uszy, że zmieniła zdanie i postanowiła jednak nie lecieć z nim do Portoryko. On powiedział na to, że gdyby wiedział wcześniej, zabrałby ze sobą Jacka. Jack to syn pana Spencera.
– Jedli coś albo pili? – spytałam.
– Oboje wypili mrożoną herbatę. Wie pani co, dobrze, że ani ona, ani Jack nie polecieli tym samolotem. Szkoda tylko, że pan Spencer nie miał tyle szczęścia.
Podziękowałam Marge i wróciłam z Salem do terminalu.
– Na pożegnanie odegrała przed wszystkimi wielką scenę zakończoną słodkim całusem – powiedział mechanik – więc myślałem, że przynajmniej z żoną mu się poukładało. No, ale potem Marge opowiedziała mi to samo co tobie. Więc myślę, że mógł być zły i może faktycznie popełnił jakiś błąd. To się zdarza najlepszym. Pewnie nigdy się nie dowiemy.
Do Armonk dotarłam trochę za wcześnie, więc jakiś czas siedziałam w samochodzie przed domem Holdena, czekając na Kena Page’a. W pewnej chwili jak automat wystukałam na komórce numer Lynn w Bedford. Chciałam ją zapytać prosto z mostu, dlaczego przekonała Nicka, żeby nie zabierał syna do Portoryko, a potem sama też zrezygnowała z podróży. Czyżby ktoś jej dał znać, że bezpieczniej będzie nie wsiadać do tego samolotu?
Albo wyszła, albo nie miała ochoty odbierać telefonu. Po zastanowieniu doszłam do wniosku, że tak jest lepiej. Chętnie zobaczę na własne oczy jej reakcję na takie pytanie. Wykorzystała małżeństwo mojej matki z jej ojcem, zapewniając sobie bezpłatnego rzecznika prasowego w mojej osobie. Odgrywała rolę wdowy pogrążonej w żałobie, troskliwej macochy i zdradzonej żony oszusta. Prawda natomiast wyglądała zupełnie inaczej. Lynn miała w nosie Nicka Spencera, kompletnie jej nie obchodził Jack i na dodatek pewnie cały czas kręciła z Charlesem Wallingfordem.
Podjechał Ken. Zaparkował tuż za moim wozem; wysiadłam i poszliśmy razem. Holden mieszkał w ładnie położonym budyneczku w stylu elżbietańskim. Dom otaczały kosztowne krzewy, kwitnące drzewa oraz aksamitne trawniki, świadczące o tym, że właściciel był zdolnym inżynierem lub pochodził z bogatej rodziny.
Ken zadzwonił i od razu nam otworzono. Na progu stał szczupły mężczyzna o chłopięcej twarzy, krótko przyciętych brązowych włosach i ciepłych piwnych oczach.
– Nazywam się Dennis Holden – powiedział. – Zapraszam.
W środku dom był równie atrakcyjny jak z zewnątrz. Gospodarz zaprowadził nas do salonu, gdzie przed kominkiem stały naprzeciwko siebie dwie kremowe kanapy. Stary dywan lśnił cudownym połączeniem kolorów: były tam różne odcienie czerwieni, niebieskiego, złota i purpury. Siadłam na jednej z kanap, obok Kena i wtedy przez głowę przemknęła mi myśl, że kilka miesięcy temu Dennis Holden wyszedł stąd, jak sądził, po raz ostatni. Co czuł, wracając do domu? Trudno było sobie wyobrazić, jakie emocje nim wtedy targały.
Ken wręczył mu wizytówkę. Poszperałam chwilę w torebce, znalazłam swoją i także podałam Holdenowi. Obejrzał je obie z uwagą.
– Doktor Page… – odwrócił się do Kena. – Czy pan praktykuje?
– Nie. Zajmuję się pisaniem o badaniach medycznych.
Holden przeniósł spojrzenie na mnie.
– Marcia DeCarlo. Czy to pani prowadzi kącik porad finansowych?
– Tak, to ja.
– Moja żona z przyjemnością czyta tę kolumnę.
– Bardzo mi miło.
– Doktorze – zwrócił się znowu do Kena – przez telefon powiedział pan, że zbierają państwo materiał do artykułu o Nicholasie Spencerze. Czy pana zdaniem przeżył on katastrofę samolotu, czy też myli się człowiek, który twierdzi, że widział go w Szwajcarii?
Ken popatrzył na mnie, potem znowu na Holdena.
– Carley rozmawiała z rodziną Spencera. Może niech ona odpowie. Opowiedziałam Holdenowi o wizycie u państwa Barlowe i spotkaniu z Jackiem.
– Z tego co słyszałam o Nicku Spencerze, nigdy nie opuściłby syna. Był z gruntu dobry i całkowicie oddany poszukiwaniom leku na raka.
– To prawda. – Holden pochylił się, oparł ręce na kolanach i złączył czubki palców. – Nick nie był zdolny do sfingowania własnej śmierci. Cóż, uznałem, że jego odejście zwalnia mnie z obietnicy… Czekałem na odnalezienie ciała, ale od katastrofy minął już prawie miesiąc… Może nigdy nie wypłynie.
– Jaką obietnicę pan złożył? – zapytał cicho Ken.
– Obiecałem nie zdradzić nikomu, że jako pacjent hospicjum dostałem od Nicholasa Spencera szczepionkę antyrakową.
Oboje mieliśmy nadzieję, oboje się spodziewaliśmy, że Dennis Holden otrzymał szczepionkę i że nam o tym powie. Gdy jednak rzeczywiście usłyszeliśmy te słowa padające z jego ust, poczuliśmy się jak na ostatniej prostej kolejki górskiej w wesołym miasteczku. Patrzyliśmy na niego osłupiali. Był szczupły, ale nie chudy. Skórę miał zdrową, o różowym zabarwieniu. Raptem pojęłam, dlaczego ma takie krótkie włosy: dopiero mu odrastały.
Holden wstał, podszedł do kominka i wziął w dłoń ramkę leżącą na gzymsie fotografią do dołu. Podał ją Kenowi, spojrzeliśmy razem.
Читать дальше