– A miał? – uśmiechnęła się. – Myślałam, że to laurka. Laurek się nie zwraca.
Zamurowało mnie. Przemogłem jednak tę słabość.
– To prawda – powiedziałem – lecz reaguje się jakoś. Mówi się coś… komentuje… kwituje w jakiś sposób.
– Czyż nie dostałeś piątki? – zagrała urażoną. – Jako jedyny w szkole! To się nie liczy? To mało?
– No oczywiście, że mało – odrzekłem z pretensją w głosie niczym skrzywdzony kochanek. – O wiele, o wiele za mało! Komuś, kto marzy i pisze, nie na stopniu zależy.
– A na czym? – zrobiła „dzióbek” i jęła delikatnie dmuchać na skaleczenie. – O czym marzy, kto pisze? Nie o uznaniu? O sławie?
– Nie tylko i nie głównie. I nie na tym etapie, na jakim ja się znajduję.
– C’est-à-dire? [160]
– Edukacji. Stawiania pierwszych kroków. W takim okresie potrzeba czegoś całkiem innego.
– Quoi?, j’aimerais le savoir. [161]
– Nauki. Pomocnej ręki.
– Nie uczę cię? Nie pomagam? – przyłożyła do rany większy kawałek waty i przycisnęła go mocno, by zatamować krwotok.
– Nie tak, jak tego pragnie miłośnik filologii i adept de belles lettres [162] . Nie tak, jak na przykład nasz fizyk robi to z Rożkiem Goltzem.
– A jak i c o on z nim robi? – rzekła z błazeńską zgrozą.
– Jak to co! – odfuknąłem. – Program drugiego roku studiów uniwersyteckich. Mechanikę kwantową i teorię względności. Zostaje z nim po lekcjach. Spotykają się w domu. Jeżdżą na jakieś sympozja i olimpiady fizyczne.
– Niestety, olimpiady romanistycznej nie ma, nic na to nie poradzę.
– Lecz jest literatura, o której można mówić. I którą można czytać… Jak Francesca z Paolem – dodałem nieco ciszej.
– Jak kto? – poruszyła głową.
– Takich dwoje. Un couple… [163] Przed wiekami. W Italii.
– Nie wiem, o kogo ci chodzi.
– Dante o nich wspomina.
– Ah, „la Divine Comedie”… [164]Nie czytałam w całości. Znam tylko Piekło i Czyściec. Ci twoi pewnie są w Raju.
– Niestety nie. W drugim kręgu… de la Cité dolante [165].
– Więc co mi proponujesz! – uśmiechnęła się kpiarsko i wyjęła z torebki białą, złożoną chusteczkę. – Żebym znalazła się w piekle?
– „Lenfer c’est les autres”, on dit… [166] Od tego nie ma ucieczki.
Parsknęła krótkim śmiechem.
– Sam widzisz: wszystko znasz! – Rozpostarła chusteczkę, po czym złożyła ją w trójkąt i zrolowała starannie, tworząc wąziutki pasek o strzałkowatych końcach. – I czegóż ja właściwie miałabym jeszcze cię uczyć? Co miałabym z tobą… czytać? – Zaczęła owijać mi rękę.
– O, nie brakuje książek! – uśmiechnąłem się smutno. – Chociażby Lancelota…
– Ah, „Lancelot.!… oui, oui… „albo rycerz na wozie”… Chrétien de Troyes…
– Zgadza się – powiedziałem, stwierdzając z przerażeniem, że wpadam w ton Jerzyka.
– Czemu akurat to?… Średniowieczna legenda… Czy wiesz, jakie to trudne?
– Wiem. I właśnie dlatego…
– Liczysz na moją pomoc.
– Vous l’avez dit, madame . [167]
– Stanowczo mnie przeceniasz – związała końce chustki i zacisnęła węzeł. – Ja uczę tylko języka. Jestem, jak to komicznie wyraził twój kolega, seulement une lectrice de français. Miałam zresztą wrażenie, że mu podpowiadałeś – spojrzała mi w oczy przekornie.
– I poszła pani w końcu na tę wystawę Picassa? – oddałem natychmiast wet za wet, z nieporuszoną twarzą.
– „W końcu”? Dlaczego „w końcu”? Byłam na samym początku.
– A powiedziała pani…
– Co powiedziałam? – przerwała.
– „Je n’y suis pas allée”
– I powiedziałam prawdę.
– Jak to należy rozumieć?
– Że byłam na otwarciu, lecz nie widziałam obrazów. A przecież, jak rozumiem, o to ci tylko chodziło.
– Mnie?
– Twojemu koledze – odegrała poprawkę.
– Niech mi pani wybaczy, lecz czegoś tu nie rozumiem.
– Słucham, o co ci chodzi? – Na jej ustach wciąż gościł ironiczny uśmieszek, który dodawał jej czaru.
– Jak można być na otwarciu i nie oglądać obrazów?
– A cóż w tym nadzwyczajnego? – wzruszyła ramionami. – To nawet naturalne. Pożyjesz, przekonasz się.
– To po co w ogóle chodzić?
– Bywają różne powody.
Przeszedł mnie zimny dreszcz i już-już miałem wystrzelić: „Szczęśliwy los Kleopatry?”, lecz ugryzłem się w język.
– Zresztą, nie lubię Picassa – dodała po krótkiej pauzie. Przyniosło to pewną ulgę.
– Szczerze mówiąc, ja też – szukałem porozumienia.
– No widzisz, jak się składa… – powiedziała figlarnie.
– A kogo pani lubi? – znowu uległem pokusie ryzykowniejszej gry. – Bo ja Bernarda Buffeta.
Nie drgnęła jej nawet powieka.
– Zwłaszcza te jego martwe, stalowe pejzaże Paryża… – ciągnąłem flegmatycznie. – Zna pani to malarstwo?
– No pewnie, kto by nie znał!
– I co? – spojrzałem jej w oczy. – Podziela pani mój gust?
– To nie jest wielkie malarstwo – odrzekła kręcąc głową. – Lecz, owszem, ma pewien urok.
Chciałem iść o krok dalej („A kościół Saint Germain? To także tylko urok?”), lecz powstrzymałem się, wpadając na lepszy pomysł.
– Wie pani, kogo jeszcze, i to szczególnie, lubię?
– Spośród malarzy, rozumiem…
– Tak – uśmiechnąłem się.
– Skąd miałabym wiedzieć? Powiedz.
– Alberta Giacomettiego – stwierdziłem, gasząc uśmiech. – A o nim… co pani sądzi?
– Ciekawy – skinęła głową. – Tajemniczy… Subtelny…
– Podobno jego twórczość odniosła w ostatnim czasie niewiarygodny sukces i jest na ustach wszystkich.
– Je ne suis pas au courant [168] - rozłożyła ramiona.
– Czytałem o tym w gazetach – kłamałem z kamienną twarzą. -A poza tym słyszałem, że mówi się o niej nawet… w jakimś melodramacie.
– W melodramacie? – spytała.
– No, tego… jak mu tam? – grałem zaćmienie pamięci. – Zwanego l’enfant prodige du cinéma français… [169] - zacytowałem słowa z podtytułu wywiadu ogłoszonego w «Arts».
– Lelouche’a?
– Voilà! - znów spojrzałem jej w oczy.
Uniosła nieco głowę i zmrużyła powieki, po czym prychnęła przez nos i rzekła z drwiącym uśmiechem:
– Możliwe… Co za brednie! – dodała kręcąc głową.
– Przepraszam, co jest brednią? – udałem, że nie rozumiem.
– Widzieć w tym przejaw mody.
– Widziała pani ten film? – zagrałem zaskoczenie.
– Owszem, zdarzyło mi się – odrzekła obojętnie.
– Gdzie? Kiedy? Jakim cudem? U nas go jeszcze nie grają!
– Nie grają. A ja widziałam.
– No i co?! – zagadnąłem z prawdziwą ciekawością.
– O co właściwie pytasz?
– No… o ogólne wrażenie.
– Przecież wiesz: melodramat.
– Podziela pani ten pogląd?
– Pogląd? Na temat gatunku?
– Różnie się o tym mówi – odzyskiwałem nareszcie pełną swobodę i swadę. – Niektórzy uważają, że to jest polemika z filozofią negacji. Odpowiedź na egzystencjalizm, „te wszystkie nihilizmy, alienacje, frustracje”…
Zaśmiała się perliście.
– Więc pani się z tym nie zgadza!… – w mój głos, wbrew mojej woli, wkradła się nuta nadziei.
– Nie wiem, o co ci chodzi.
Читать дальше