Niestety, ta zręczna wolta nie starła z twarzy Jerzyka wyrazu dezaprobaty, a nawet surowej nagany.
– Nie tak, znowu nie tak – kręcił przecząco głową. – Rzec można: z deszczu pod rrynnę. Wiesz, gdzie byś wylądował, gdybyś podjął tę walkę? W jakie byś wpadł towarzystwo? Znalazłbyś się wśrród ciemnych, odrrażających krreatur, prześladowców kulturry lub sprzedawczyków bez czci, którzy za cenę dostępu do „zgniłego Zachodu”, za możność obcowania z rróżnymi jego dobrrami, będą go mieszać z błotem, opluskwiać i zohydzać, napiszą ci każde kłamstwo, jakie się u nich zamówi. Chciałbyś się znaleźć w tym gronie? Chciałbyś być tak widziany? W jednym szerregu z cenzorrem, politrrukiem i świnią?
– No, ale moja krytyka – dalej brnąłem w ten absurd, nie mając właściwie wyboru, a pocieszając się tym, że może jednak w końcu do czegoś to doprowadzi – nie miałaby nic wspólnego z bezmyślną, ślepą walką z „kulturą burżuazyjną”, nie byłaby „pryncypialną krytyką marksistowską”, a już na pewno nie aktem moralnej prostytucji: cynicznie składaną daniną za ten czy inny przywilej…
– To nie ma żadnego znaczenia – przerwał mi szorstko Jerzyk. – Obiektywnie byś służył interresom rreżymu. Dostarrczałbyś arrgumentów, że Zachód nie ma rracji, że jego kulturra jest marrna, pogrrążona w upadku.
– A zatem nie ma wyjścia… – rzekłem jakby do siebie.
– Dlaczego? Jest, i to prroste! – wyłowił z miseczki biskwita i schrupał go ze smakiem.
– Mianowicie? – spytałem.
– Nie zajmować się tym. Zajmować się czymś innym.
Ba, łatwo powiedzieć! A gdy akurat w tym gustowała Madame?
– Zna pan jakiś przypadek takiego błędnego wyboru? – nie wypuszczałem z rąk wymykającej się nitki. – Nie musi być aktualny – zrobiłem zastrzeżenie, że niby nie chcę wnikać w bieżące sprawy wydziału – może być z dawnych lat, najlepiej z tego okresu, kiedy pan kończył studia.
– Czy znam jakiś przypadek niewłaściwego wyborni! – zaśmiał się sardonicznie. – Spytaj mnie, czy znam inne!
– Jak to? Chce pan powiedzieć, że wszyscy źle wybrali…
– Posłuchaj – nie dał mi skończyć. – Czy zwrróciłeś uwagę, że kiedyś mnie zapytał, na czym polega twój błąd w wyborze przedmiotu studiów, powiedziałem ci zarraz, iż błędów jest kilka, nie jeden? Wyjaśnię, co miałem na myśli. Pomysł, by się zajmować Simone de Beauvoir, jest absurrdem per se, niezależnie od tego, na jakim wyrrasta grruncie i do czego prrowadzi, a zatem jako taki godzien jest potępienia. Powiedzmy jednak, że żywisz inne zainterresowania, że pociągają cię sprrawy z prrawdziwego zdarzenia, ja wiem?… na przykład, Pascal, Racine, de La Rochefoucauld… nie myśl, bym zarraz przyklasnął twoim zamiarrom zdawania na wydział rromanistyki. Rrównież bym cię odwodził, i to rrównie usilnie.
– Czyżby tak niski był poziom? – skorzystałem z pytania, które już raz zadałem w rozmowie z panem Konstantym toczonej przez telefon.
– Tu nie chodzi o poziom – odpowiedział natychmiast zniecierpliwionym tonem. – Choć i to pozostawia niemało do życzenia.
– Więc o co? – po raz pierwszy byłem naprawdę ciekawy.
– O to, że są to studia, a w konsekwencji zawód, którre tutaj, w tym krraju, nie ma-ją rra-cji by-tu, a w każdym rrazie prrowadzą do cho-rro-by nerr-wo-wej.
Jerzyk wyrzekł te słowa z taką determinacją, że aż przeszedł mnie dreszcz, a przy tym jeszcze bardziej rozpalił moją ciekawość. O co w tym wszystkim chodzi? Dlaczego studiowanie, a później uprawianie filologii romańskiej miało niby przywodzić do szału czy obłędu? Dlaczego było niezdrowe, niewskazane, zdradzieckie?
Znów łyknąłem herbaty i zagryzłem biskwitem.
– Intryguje mnie pan – powiedziałem po chwili. – Mógłby pan to rozwinąć? Wyznam, że jestem zdumiony i nieco zakłopotany.
Zapadła długa cisza.
– Co to jest filologia i… n-e-o-filologia? – zapytał w końcu Jerzyk spokojnym, rzeczowym głosem, jak gdyby rozpoczynał sokratejskie misterium dochodzenia do prawdy metodą majeutyczną. – Co znaczą te pojęcia?
– Pyta pan retorycznie, czy chce pan, bym odpowiedział? – Mimo wszystko nie miałem dostatecznej jasności, do czego właściwie zmierza.
– Tak, prroszę, odpowiedz mi.
– Filologia – zacząłem, jakbym zdawał egzamin – to nauka, co bada język i piśmiennictwo poszczególnych narodów. A neofilologia…
– Co znaczy po grrecku „filo”? – wtrącił nowe pytanie.
– „Lubiący”, „miłujący. – recytowałem jak z nut – „skłonny do czegoś”, „przyjaciel”.
– Dobrze – pochwalił Jerzyk. – A „neo”, a „neofilo-”? Tym razem ja mu przerwałem:
– „Neo” to „nowy”, „niedawny”, a neofilologia to gałąź filologii, której przedmiotem badań jest język i piśmiennictwo narodów nowożytnych.
– Zgadza się. Barrdzo dobrze – skinął z uznaniem głową. – To terraz powiedz mi jeszcze, jak się pojmuje terrmin „narrody nowożytne”. O jakie narrody chodzi?
Było to oczywiste, a jednak z definicją miałem niejakie trudności.
– No, o te – zacząłem w końcu po krótkiej chwili wahania – które istnieją do dziś… w tej samej mniej więcej postaci od końca średniowiecza… od czasów wielkich odkryć… od piętnastego wieku.
– Współczesnych Hindusów, Chińczyków też byś do nich zaliczył? – zapytał podchwytliwie.
– Nie, ich bym nie zaliczył… – wzruszyłem ramionami.
– A zatem? – spojrzał na mnie, wybałuszając oczy.
– Tu chodzi o narody naszego kontynentu… o narody Europy – zdobyłem się nareszcie na pewny, stanowczy ton, pobrzmiewający nawet nutą zniecierpliwienia.
– Ahaaa! – udał zdziwienie. -A więc taaak to wygląda! A zatem wchodzą w grrę…
– Anglicy, Francuzi, Niemcy – podjąłem błyskawicznie – Hiszpanie, Włosi…
– Rrosjanie – dorzucił z błazeńską miną, wlepiając we mnie wzrok.
– Rosjanie? – powtórzyłem, wyczuwając w tym podstęp.
– Cóż to, Rrosjanie nie? – wystawiał mnie na próbę.
– Rosjanie to naród słowiański.
– To znaczy, nie nowożytny?
– Owszem, lecz mam wrażenie, że n-e-o-filologia obejmuje języki i piśmiennictwo zachodnie. Rusycystyka należy do filologii słowiańskich.
– Aa, wiiidzisz! Więc taaak to jest! – przeciągał samogłoski w tryumfalnej konkluzji. – No, to mamy już jasność.
– Przepraszam, lecz nie rozumiem, do czego właściwie pan zmierza – postanowiłem przyspieszyć ten wolny, kleszczowy poród. – Czemu służy to żmudne precyzowanie terminów?
– Cierrpliwości, młodzieńcze! Za chwilę się okaże – wyraźnie bawił się rolą starożytnego mentora. – Oto doszliśmy wspólnie, że n-e-o-filologia, w rrozumieniu potocznym, jest działem filologii, w którrego zakrres wchodzą języki i piśmiennictwo współczesnych narrodów zachodnich. W rrozumieniu zaś głębszym, sięgającym do źrródeł, uwzględniającym pierrwotne znaczenia wyrrazów, jest to u-mi-ło-waaa-nie owych zachodnich języków i całej kulturry słowa, którra się z nich wywodzi. Otóż powstaje pytanie, czy można mi-łooo-wać coś w państwie, którre jest temu wrrogie; którre z rracji ustrroju, przyjętej ideologii i doktrryny obrronnej jest niechętne wszystkiemu, co pochodzi z Zachodu; i skrrajnie podejrzliwe wobec obywateli mających z nim coś wspólnego. No, więc jak myślisz, można? Jak sobie to wyobrrażasz?
– Myślę, że pan przesadza – uśmiechnąłem się lekko. – Naświetlając tak sprawę, sprowadza pan rzecz do absurdu. Gdyby, istotnie, tak było, to na naszych uczelniach nie byłoby tych kierunków. Tymczasem jednak są, a języków zachodnich uczy się nawet w szkole, i to coraz solidniej. U nas, na przykład, francuski…
Читать дальше