W tym czasie Ania, nieświadoma zbliżającej się tragedii, kończyła pisać drugą stronę swego pamiętnika. Pisała to, czego by nie powiedziała nikomu głośno, tak jak nie wyspowiadałaby się księdzu ze swoich grzesznych snów. Ale czy właściwie to, o czym Ania śniła, było naprawdę aż tak grzeszne?
„Jeśli stratą bezpowrotną jest każdy rok bez miłości, to ja straciłam, już osiemnaście lat. Ale jak się wreszcie urwę z tej cholernej wiochy, to wiem, że spotkam to, na co zasługuję. Dotąd nie zakochałam się w nikim, bo uważam, że zasługuję na coś lepszego niż na przykład ten zootechnik Palimąka, co tańcząc ze mną w remizie powiedział bezczelnie, że całe szczęście, że inseminacja obejmuje tylko świat zwierzęcy, bo inaczej to on by był przeciwko postępowi. Udałam, że nie rozumiem aluzji, ale jak on dalej mnie przyciskał w tańcu i zaczął szeptać, że taniec to tylko wstęp do rozkoszy, którą on mi może dać – pomyślałam sobie, że gdyby tak dziadek usłyszał jego propozycję, to dałby mu taki popęd, że odechciałoby mu się wszelkich rozkoszy. Przyjemnie jest się podobać, ale ja zasługuję na coś więcej niż PGR-owski zootechnik! „Filipinka” w ostatnim numerze ogłaszała pytanie: Czym jest życie ciekawe? Wedle mnie to stawiać wszystko na jedną kartę.
Jak kochać – to aż do kości! Marzę o wielkiej miłości, ale mam pecha, bo urodziłam się w rodzinie uczciwych rolników, którzy nie umieją nawet dać łapówki, żebym dostała się na studia. Chytrusy uważają, że wystarczą mi punkty za pochodzenie. Ja nie myślę się chwalić tym pszenno-buraczanym pochodzeniem, bo jak składałam papiery we Wrocławiu na geografię, to jeden taki blondyn (podobny do Marka Grechuty) zajrzał mi w ankietę i powiedział z taką miną, jakby wąchał psie gówno: „Ojciec baran, matka – owca, a z ciebie kawał razowca”. Jak to powtórzyłam dziadkowi, to powiedział, że takiego by do kieratu zaprzągł i batem poganiał, póki by nie zrozumiał, że jest głupszy od konia… Niestety, był bardzo przystojny i podobał mi się, ale pewnie by mnie olał jako tę „wiochę „. Jak zdam, będę na wsi tylko gościem…”
I dziadek, który tak ujął się za jej osobą, a także rodzice wydawali się teraz Ani osobami, które stoją na peronie i żegnają pociąg, uwożący ją w różową przyszłość. Ta przyszłość czekała na nią tuż za progiem: już jutro jedzie na egzamin. Jak zda – urodzi się właściwie po raz drugi. Czuła się jak gwiazda czekająca na odkrycie przez jakiś wielki teleskop miłości. Ale nie byłaby godna tej nie nazwanej jeszcze miłości, gdyby nie wyszła ku niej w odpowiednim rynsztunku. Gwiazda, która chce być odkryta, musi rozsiewać blask. Dlatego zaczęła z przejęciem przeglądać numer „Filipinki” ze zdjęciami dziewcząt, demonstrujących nowe fryzury i nakrycia głowy: modne były turbany oraz małe, męskie kapelusze; włosy do połowy pleców lub wariant „na pazia”. Aż zamarła z przerażenia, przeczytawszy że „afro” już niemodne: przecież zanim kupiła „Filipinkę”, dziś rano w Lutomyślu kazała sobie zrobić „afro” i teraz miała całą głowę skręconą w sprężynki. Zanotowała drżącą ręką w pamiętniku:
„Jak ja wypadnę w oczach komisji egzaminacyjnej? Jeszcze pomyślą, że jestem buras z PGR-u! A matka, jak mnie zobaczyła, zakazała mi się dziadkowi pokazywać na oczy, bo jak on zobaczy te sprężynki na głowie, to pomyśli, że mi się we włosy nietoperz wkręcił! Dlaczego wszyscy starzy są tak samo przeciwko władzy, jak i przeciw modzie?…”
To ostatnie zdanie było nieomal prorocze, gdyż w tej chwili do domu Witii i Jadźki wpadła zdyszana Marynia i zanim zdążyła wykrztusić hiobową wieść na temat Kaźmierza, na widok skołtunionej na „afro” głowy wnuczki dramatycznym gestem zakryła oczy.
– A coż ona?! Z pożaru biedulka uciekła, czy jak?
Marynia zamrugała oczyma, wietrząc kolejne nieszczęście, które spadło na rodzinę.
– Na egzamin jej taką nowoczesną zachciało się być – mruknęła Jadźka, patrząc też ze zgrozą na głowę córki, która przypominała jej szczotkę na drucie, używaną przez kominiarzy.
– Wyczupirzyła się, że aż strach taką po księdza wysłać – stwierdziła Marynia, patrząc na wnuczkę jak na cyrkową woltyżerkę.
– Taż ksiądz Durdełło pomyśli, że Murzynka jakaś do niego przyszła o ostatnią posługę prosić!
– A kto umiera, babciu?! – spytała Ania.
– Dziadek twój – przez zdławione gardło Maryni przecisnęła się wreszcie ta straszna wieść. – Ania, ano galopem leć na skróty po księdza, żeb' on z wiatykiem do dziadka pofatygował sia!
– To akurat dziś się dziadkowi zebrało na umieranie, jak ja jutro jadę do Wrocławia na egzamin?!
Ani nie w smak był egoizm dziadka. Jadźka zgromiła córkę wzrokiem.
Objęła teściową czułym uściskiem, a ta wzniosła oczy do góry i powiedziała, jakby akceptując wyroki nieba: „Dwóch śmierci nie będzie, a przed jedną ty nie ucieczesz, człowiecze”…
Ania była w dżinsach, kiedy spadło na nią zadanie przyprowadzenia do zagrody dziadka księdza Durdełło z ostatnim namaszczeniem.
Ksiądz niechętnie widział wszelkie modne stroje. Nie czytając „Filipinki”, nie mógł wiedzieć, że Barbara Hoff uznała, że dżinsy już wychodzą z mody. Ania otworzyła szafę, wybrała kwiecistą sukienkę, która przypominała łąkę w maju. Ta sukienka wzbudziła zachwyt w zootechniku Palimące. Do tego stopnia zapatrzył się raz w tę majową łąkę, oblekającą ciało Anny Pawlak, że omal nie wjechał swoim „wartburgiem” na słup stacji „trafo”. Teraz Ania musiała wybrać: czy chce zrobić dobre wrażenie na PGR-owskim zootechniku, czy raczej złe na księdzu proboszczu. Nie ulegało wątpliwości, że raczej nie wypada prowadzić księdza do umierającego w żółto-niebiesko-czerwonej sukience, nie sięgającej nawet kolan. Sporo czasu jej zeszło, nim zdecydowała się na bluzkę w kolorze jesiennych liści i granatową spódniczkę. W tym stroju miała zamiar nazajutrz wystąpić przed komisją egzaminacyjną. Na życzenie matki ukryła swoje „afro” pod chusteczką. Kiedy ją wiązała pod brodą, pomyślała, że jutrzejszy egzamin będzie dla niej wyzwoleniem od ciężaru opieki tej zacofanej rodzinki. Studia jawiły się jej nie jako lata pracy, lecz jako szansa wyzwolenia się spod kontroli, szansa spotkania wielkiej miłości. Nie wiedziała tego – bo wiedzieć jeszcze nie mogła – że miłości znaleźć nie można, trzeba na nią zachorować.
Ledwie wyszła za bramę obejścia rodziców, ściągnęła chustkę z głowy na widok nadjeżdżającego „wartburga” zooteehnika. Na widok fryzury „afro” kierowca przyhamował tak ostro, że omal nie wjechał prosto w marynarza, który ze wzrokiem wbitym w przyszłość dzierżył w ręku koło steru. Plakat z napisem „Program Partii programem narodu” wisiał na płocie Sierakowskiego, i ten, choć osobiście jako bezpartyjny nie wierzył w prawdziwość tego hasła, pilnował plakatu, bo wójt Fogiel od tego, czy plakat przetrwa na płocie do święta 22 lipca, uzależnił przydział eternitu na stodołę Sierakowskiego. Wartburg zatrzymał się o pół metra od ozdobionego plakatem płotu i Ania nie bez satysfakcji stwierdziła, że jej fryzura robi piorunujące wrażenie. Może to być dobry prognostyk na jutrzejszy egzamin: w tej komisji są chyba nie tylko doktorzy czy profesorowie, ale także mężczyźni.
Zanim Ania dotarła na plebanię w Rudnikach, do rąk zamieszkałego we Wrocławiu Pawła Pawlaka doszła już wysłana na życzenie Maryni depesza.
Ksiądz Durdełło, którego Ania zastała w sadku przy plebanii, powitał Anię w starym kapeluszu i czarnej siatce na twarzy.
Читать дальше