Wojciech Cejrowski - Gringo Wśród Dzikich Plemion

Здесь есть возможность читать онлайн «Wojciech Cejrowski - Gringo Wśród Dzikich Plemion» весь текст электронной книги совершенно бесплатно (целиком полную версию без сокращений). В некоторых случаях можно слушать аудио, скачать через торрент в формате fb2 и присутствует краткое содержание. Жанр: Современная проза, на польском языке. Описание произведения, (предисловие) а так же отзывы посетителей доступны на портале библиотеки ЛибКат.

Gringo Wśród Dzikich Plemion: краткое содержание, описание и аннотация

Предлагаем к чтению аннотацию, описание, краткое содержание или предисловие (зависит от того, что написал сам автор книги «Gringo Wśród Dzikich Plemion»). Если вы не нашли необходимую информацию о книге — напишите в комментариях, мы постараемся отыскать её.

,,Gringo… to książka podróżnicza pełna przygód i zaskakujących zwrotów akcji. Autor – Wojciech Cejrowski, znany z niezwykłego poczucia humoru -po raz kolejny wprowadza nas w odległy, tajemniczy i całkowicie obcy współczesnemu europejczykowi świat indiańskich wierzeń i obyczajów. Na szczególną uwagę zasługują zamieszczone w książce zdjęcia ukazujące najbardziej egzotyczne zakątki świata i barwne wizerunki ich dzikich mieszkańców. Lektura tej ksiażki całkowicie pochłania czytelnika przenosząc go w ginący klimat pierwotnych kultur i plemiennych obyczajów.

Gringo Wśród Dzikich Plemion — читать онлайн бесплатно полную книгу (весь текст) целиком

Ниже представлен текст книги, разбитый по страницам. Система сохранения места последней прочитанной страницы, позволяет с удобством читать онлайн бесплатно книгу «Gringo Wśród Dzikich Plemion», без необходимости каждый раз заново искать на чём Вы остановились. Поставьте закладку, и сможете в любой момент перейти на страницу, на которой закончили чтение.

Тёмная тема
Сбросить

Интервал:

Закладка:

Сделать

Szliśmy grzbietami gór, a na lewo i prawo, przez rzadkie drzewa, można było obserwować przepiękny krajobraz. Dżungla z perspektywy ptaka jest taka… idylliczna: kolorowe stada papug, strzępiaste korony palm, wieże mahoniowców wystające ponad pospólstwo innych drzew, czasem jakaś małpa dyndająca na ogonie. Ani śladu zgnilizny, duchoty i „calówek”.

Od tej pory wędrówka stała się samą radością. Zniknęło błoto, pojawiły się szerokie leśne dukty, w dodatku trafiliśmy na kilka indiańskich domostw. To jeszcze nie były wioski, zaledwie samotne myśliwskie rancza, ale częstowały świeżymi owocami i nadzieją na szczęśliwy koniec wyprawy.

* * *

W pewnym miejscu trafiliśmy na bardzo szeroką drogę przez las. Właściwie długie karczowisko pobrużdżone starymi koleinami maszyn do wyrębu, cięcia i transportu drzew. To była pierwsza po tej stronie gór zapowiedź Panamericany. Droga ta prowadziła znikąd donikąd. Robotników i ciężki sprzęt spuszczono tu z helikoptera. Popracowali kilka miesięcy, ale bez sukcesu – całą operację pochłonął Darien.

Na przeciwległym końcu karczowiska znaleźliśmy wyraźną ścieżkę, która wiodła prosto w górę. To było ostatnie podejście w czasie tej wyprawy. Wkrótce znaleźliśmy się na szczycie góry, a przed nami otworzył się szeroki krajobraz: bezleśne doliny poprzecinane płotami, tu i ówdzie smużka dymu z jakiegoś paleniska, wszędzie stada owiec, kóz i krów, a w oddali na horyzoncie woda – zatoka Uraba. To wszystko była już Kolumbia.

A więc dotarliśmy na drugą stronę. PRZESZLIŚMY DARIEN!!!

…DO ASFALTU

Przecięcie tego pięknego krajobrazu w drodze nad zatokę miało nam zająć cały następny dzień. Noc spędziliśmy w małej osadzie Kuna, gdzie mieszkali nasi przewodnicy. Bladym świtem ruszyliśmy w kierunku odległej o kilka godzin marszu przystani wojskowej. Korzystały z niej także prywatne łodzie, które zabierały okolicznych chłopów na targ do miejscowości Turbo, położonej po drugiej – „cywilizowanej” – stronie zatoki.

W Turbo mieścił się port Kolumbijskiej Marynarki Wojennej. Udaliśmy się tam zaraz po przybiciu do nabrzeża – potrzebne nam były stemple przekroczenia granicy.

Odpowiedniego urzędnika odnaleźliśmy w zapyziałym kantorku wielkości szafy na ubrania. Obejrzał nasze paszporty, spytał kilka razy, czy my rzeczywiście z Polski, a potem zagłębił się w blaszanej szufladzie w poszukiwaniu pieczątek. Wprawdzie był pracownikiem Straży Granicznej, ale na co dzień odprawiał tylko okręty marynarki wojennej i łodzie rybackie. Obywał się przy tym bez stempli, wpisując wszystko do wytłuszczonego zeszytu w kratkę. Byliśmy jego pierwszymi turystami.

Wreszcie znalazł to, czego szukał – upaprane tuszem pudełko.

– To skąd wy tutaj? – zapytał.

– Przyszliśmy z Panamy.

– ??? He!???

– Przyszliśmy z Panamy.

– Jak to przyszliście? Na jakiej łodzi?

– Na nogach. Piechotą.

– Z Panamy?! Niemożliwe! Tam są Kuna i nikogo nie puszczają. Oni najpierw strzelają, a potem sprawdzają, kogo trafili… Aha! Wiem! Mam was, kłamczuszki! Gdzie są wasze pieczątki przekroczenia granicy panamskiej? Jakaś adnotacja posterunku, cokolwiek? He!?

– O, tutaj – pokazałem mu odpowiedni wpis w moim paszporcie – Puesto Paya, data i podpis: Humberto Romero Lois. [Przypis: Humberto Romero Lois co mój wieloletni przyjaciel z Meksyku. W dodatku mąż mojej koleżanki z podstawówki. Humberto oczywiście nigdy nie był w Paya i nic kontrolował mojego paszportu – wpisu dokonałem samodzielnie, a jego nazwisko było pierwszym, które mi przyszło do głowy. Jakiś wpis uważałem za niezbędny – istniało przecież realne niebezpieczeństwo, że bez dopełnienia tej formalności nie zechcą nas wpuścić do Kolumbii i odeślą z powrotem – wolałem nie ryzykować. W podróży trzeba zawsze wozić przy sobie tupet jak taran.]

Urzędnik jeszcze długo kręcił głową i nie mógł uwierzyć, że ma przed sobą dwójkę białych ludzi, która przeszła nieprzebyty Darien. W końcu jednak, bogatsi o dwa niewyraźne stempelki, opuściliśmy Bazę Marynarki Wojennej.

Za szlabanem zaczynała się droga do Medellin. Stanęliśmy czubkami palców na krawędzi asfaltu – to był początek Panamericany i koniec wyprawy.

NA KONIEC

Co trzeba zrobić, żeby pojechać na wyprawę do tropikalnej puszczy, spotkać ostatnich wolnych Indian, zamieszkać pośród nich, zamiast majtek nosić przepaskę biodrową, a jedzenie zdobywać strzelając z dmuchawki?

Gdy ktoś mnie o to pyta, odpowiadam krótko:

– Sprzedaj lodówkę i jedź!

Różnica między ludźmi, którzy realizują swoje marzenia, a całą resztą świata nie polega na zasobności portfela. Chodzi o to, że jedni przez całe życie czytają o dalekich lądach i śnią o przygodach, a inni pewnego dnia podnoszą wzrok znad książki, wstają z fotela i ruszają na spotkanie swoich marzeń.

Bardzo wielu tak jak ja, z lodówką na plecach.

Inni niosą komputery, zestawy stereo, stare meble, obrazy, maszyny do szycia, pierścionki po babci, lampy, zegary, dywany… To dlatego, że marzenia nie mają ceny, a bilety lotnicze owszem. Ale niech Cię to nie zatrzymuje!

!!! SPRZEDAJ LODÓWKĘ I JEDŹ!!!

NOTA O TŁUMACZU

Dlaczego w tej książce pojawił się tłumacz? Podróżując po obcych lądach, przestawiam się całkowicie nie tylko na tamtejszy klimat, dietę, kulturę, muzykę i tempo życia, ale także mówię, myślę, śnię, liczę, denerwuję się, czytam oraz p i s z ę w miejscowym języku (jeśli tylko go znam). Wiele tekstów, które tu Państwo mogli przeczytać, napisałem po hiszpańsku lub angielsku – dlatego potrzebny był tłumacz. A kim on jest? Posłuchajcie…

Z Heleną Trojańską spotkałem się po raz pierwszy w redakcji pewnego poczytnego pisma dla Pań. Zaniosłem tam jedno z moich opowiadań, nie pamiętam już które, ale bez wątpienia trafiło ostatecznie do niniejszej książki.

Na korytarzu redakcyjnym lekko zaszumiało. Panie redaktorki (w zasięgu wzroku żadnego mężczyzny) były co najmniej przejęte, jeżeli nie zbulwersowane – ten Cejrowski? u nas? a co on tu robi?

Redaktor Naczelna, świeżo po lekturze mego tekstu, umówiła się ze mną na rozmowę. Chwaliła, że ciekawy, napisany z werwą i „jajem” tylko…

– Panie Wojtku, nie oszukujmy się, pańskie nazwisko jest kontrowersyjne, a my nie chcemy straszyć naszych czytelniczek.

– To jest tekst przygodowy, a nie polityczny.

– Nieistotne, jaki jest ten tekst, tylko kim jest jego autor. W Polsce wciąż obowiązują układy, a pan nie należy ani do żadnego układu, ani sam nie jest specjalnie układny, prawda? I ja, prywatnie, to bardzo podziwiam, bardzo szanuję, mieć odwagę powiedzieć własne zdanie. W pracy muszę się jednak podporządkować opinii większości. Serdecznie pana przepraszam, ale niestety… no nie pasuje nam pan do stopki redakcyjnej.

W tym momencie w gabinecie Naczelnej pojawiła się Helena Trojańska – nieznana nikomu dziennikarka – podróżniczka.

Bywała w Ameryce Południowej, mówiła płynnie w dwóch ulubionych przeze mnie językach obcych, potrafiła dowcipnie i sprawnie operować językiem polskim, a co najważniejsze zgodziła się firmować moje teksty swoim nazwiskiem.

Teraz wystarczyło, żebym pozmieniał czasowniki męskie na żeńskie i sprawa załatwiona. Łamy pisma stanęły przede mną szerokim otworem. Naczelna proponowała cykliczną kolumnę i niezłe pieniądze, tylko…

Ja, ja sam, po namyśle, się nie zdecydowałem. To byłoby z mojej strony tchórzostwo; wyparcie się własnych poglądów i poddanie presji układów, którymi gardzę.

Читать дальше
Тёмная тема
Сбросить

Интервал:

Закладка:

Сделать

Похожие книги на «Gringo Wśród Dzikich Plemion»

Представляем Вашему вниманию похожие книги на «Gringo Wśród Dzikich Plemion» списком для выбора. Мы отобрали схожую по названию и смыслу литературу в надежде предоставить читателям больше вариантов отыскать новые, интересные, ещё непрочитанные произведения.


Отзывы о книге «Gringo Wśród Dzikich Plemion»

Обсуждение, отзывы о книге «Gringo Wśród Dzikich Plemion» и просто собственные мнения читателей. Оставьте ваши комментарии, напишите, что Вы думаете о произведении, его смысле или главных героях. Укажите что конкретно понравилось, а что нет, и почему Вы так считаете.

x