Amerykańscy ekonomiści udowodnili to swego czasu z tą dobitnością, jaką daje matematyczne wyliczenie: nie ma żadnej korelacji pomiędzy rozwojem a demokracją. Bywają demokracje bogate i biedne, bywają bogate i biedne dyktatury. Żadnej prawidłowości. Istnieje natomiast łatwa do udowodnienia, ścisła zależność pomiędzy rozwojem a praworządnością. Tym szybszy rozwój, im skuteczniej prawo chroni prywatną własność, swobodę działalności gospodarczej, egzekwowanie wzajemnych zobowiązań, bezpieczeństwo inwestycji i kredytów, słowem – to wszystko, co potocznie nazywamy kapitalizmem albo wolnym rynkiem. Oto sprawa, na której trzeba się skupić. Oto najlepsza droga do demokracji, najlepsza droga do dobrobytu i do przemienienia niewolniczej trzody w społeczeństwo obywatelskie. Najlepsza? Wydaje się wręcz, że jedyna.
Zachód dzisiejszy, porażony bzdurami wyprodukowanymi przez pokolenia lewicowych intelektualistów, buja wśród ideologicznych abstraktów, zamiast spojrzeć na oczywiste fakty i przyjąć je do wiadomości. Zapomniał nawet, że przecież w Ameryce, i w zachodniej Europie, nie zaczęło się od powszechnego prawa wyborczego, tylko od przemian społecznych powodowanych przez wolnorynkową gospodarkę, i one to dopiero pociągnęły za sobą żądania poszerzenia zakresu współdecydowania o państwie przez obywateli. Zachód zapomniał, na czym polega istota demokracji, czyniąc politycznym fetyszem jej procedury i zewnętrzne oznaki. Pies go trącał. Gorzej, że tu, u nas, ludzie odpowiedzialni za przebieg i kształt ustrojowej transformacji zachowali się dokładnie tak samo, jak ci przejęci swoją cywilizacyjną misją organizatorzy wyborów w afrykańskim interiorze. Powychodzili ze swoich zadymionych kawiarni, w których toczyli latami teoretyczne spory, świata bożego nie widząc, tak jakby spadli tu z księżyca. Jakby w ogóle nic nie wiedzieli o Polsce, o jej historii, stratach ludzkich, jakie poniósł naród, o komunistycznej tresurze, jakiej był poddawany przez pół wieku. Po prostu, hurra, będą wybory. I same z siebie wszystko zmienią. Rozdamy pańszczyźnianym wyborcze kartki, a ci zbiorową, ludową mądrością bezbłędnie wybiorą właściwy tor i pchną nań państwo, zakreślając krzyżyk przy siekierce albo grubej kresce.
*
Polactwo, mówiąc krótko, w swych wyborach politycznych kieruje się skrajnymi emocjami. Szarpie się pomiędzy nienawiścią a miłością. Przy czym, jeśli kogoś nienawidzi, to w zupełności wystarcza mu, że nie może patrzeć na tę wstrętną gębę, i nic nie jest w stanie znienawidzonej gębie pomóc. Natomiast jeśli kocha, to kocha na zabój. Jak w tym sondażu z wyborów prezydenckich, o którym pisałem na początku: niedoszły magister Kwaśniewski, wzrostu siedzącego psa, przez więcej niż połowę uważany był za lepiej wykształconego niż doktor Krzaklewski i wyższego, niż Olechowski. W cywilizowanym kraju wyborca zwraca uwagę na cechy kandydata, jego wypowiedzi, ocenia je jako dobre albo złe i wyciąga z tego wniosek co do kandydata. U nas myślenie, jeśli w ogóle można to myśleniem nazwać, większości elektoratu jest dokładnie odwrotne: nie łamiąc sobie głowy, wyborca z punktu nabiera silnego stosunku emocjonalnego do osoby, i później już wszystko, co się z tą osobą wiąże, odbiera stosownie do tego założenia, albo entuzjastycznie, albo nienawistnie. Oczywiście, sam nie wie, dlaczego mu się ten ktoś podoba albo nie. To wiedzą tylko macherzy od reklamy i masowej manipulacji, i jest to wiedza warta grube miliony. Obywatelskie debaty, dyskurs publiczny, programy, werdykt wyborczy… Ludzie, jak rany, o czym wy mówicie?!
Tak się sprawy mają, wróćmy do zarzuconego jakiś czas temu wątku, w wyborach prezydenckich. Natomiast wybory parlamentarne – o, to już całkiem inna sprawa. Gdzieś tam w Warszawie jest wielki wór z kasą. Z tego wora chcą brać wszyscy, i każdy głupi wie, że dla wszystkich nie starczy. I trzeba tam posłać swojaków, zaufanych, zobowiązanych. Takich, co dopilnują, abyśmy to my właśnie, a nie kto inny, dostali z wora jak najwięcej.
Jeśli spojrzeć na sprawę powierzchownie, to może się wydać, że polactwo jest po prostu bezbrzeżnie głupie i naiwne: obieca im niestworzone rzeczy jeden, wybiorą go, potem się czują oszukani, przychodzi drugi, obiecuje to samo, i wybierają z kolei jego, i znowu się historia powtarza, i tak w nieskończoność. Jak znienawidzili Millera, to wybiorą Leppera, a jak i Lepper okaże się kolejnym „zdrajcą”, który się sam nakradł, a ludowi nie dał, to jego miejsce w sondażach zajmie jakiś typek spod jeszcze ciemniejszej gwiazdy. Ostatni dureń doszedłby do wniosku, że wciąż mu się składa obietnice bez pokrycia – a polactwo nic, choć bij łbem o kamień!
Otóż nie. Nie takie to wcale proste.
Oczywiście, słowo głupota jest tutaj na miejscu. Ale to nieco inny rodzaj głupoty, niż się wydaje – ta, do której odwoływał się cytowany wcześniej oszust. Polactwo nie wierzy w gruszki na wierzbie, aż tak durne nie jest. Niby też nikt nie jest tak durny, by wierzyć w superokazje w rodzaju autentycznych złotych obrączek za półdarmo czy miliony, które spadną mu z nieba, jeśli na razie wyłoży sto tysięcy bez pokwitowania. A jednak zawsze znajdują się oszuści na tyle sprytni, żeby człowiekowi uważającemu się za rozsądnego tak namącić w głowie, że potem nie posiada się ze wstydu, jak mógł pozwolić się równie głupio okpić.
Tak samo jest z polactwem – choć programowo nieufne i w kółko powtarza sobie, że więcej już się nabrać nie da, za każdym razem znajdzie się polityk, który bez trudu raz jeszcze namąci mu w głowie i powiedzie za nos na wybory. A to dzięki temu, że zna tyleż prosty, co niezawodny sekret każdego dobrego oszusta. Wie, że najbardziej nawet nabzdyczony i podejrzliwy wyborca nie oprze się pokusie, jeśli polityk mniej lub bardziej wyraźnie obieca mu współudział w szwindlu. Kiedy zasugeruje: wszystkim lepiej nie będzie, ale o ciebie zadbam. Obrobię z kasy tamtych, a dam swoim. Pewnie, że przede wszystkim chcę ustawić siebie i znajomych, ale jak to zrobię, to i wam coś niecoś skapnie.
Polactwo na taką pokusę jest i zawsze pozostanie nieodporne, bo dzisiejszy statystyczny Polak nie chce patrzeć dalej własnego nosa. Nie obchodzi go los folwarku jako takiego, nigdy nie było to jego troską i nie ma najmniejszego powodu, by nagle się nią stało. O tym niech myślą panowie. On troszczy się przede wszystkim, żeby z jednej strony jak najwięcej od pana dostać, a z drugiej, żeby jak tylko można wykręcić się od swoich wobec niego powinności, przekimać w bruździe w czasie odrabiania pańszczyzny, ściągnąć coś cichcem z komory. Ot, „chytry niewolnik”, jak genialnie trafnym skrótem podsumowała mentalność mieszkańców krajów postkomunistycznych rosyjska socjolog, Tatiana Zasławska. Tak to przynajmniej zostało przełożone przez piszącego o niej dziennikarza. Nie znam rosyjskiego, i nie wiem, jak by się miało do oryginału użycie zamiast „chytry” słowa „cwany”. Do opisu polactwa, w każdym razie, pasuje to lepiej.
Jeśli polityk przyjdzie do takiego cwanego niewolnika z tekstami o wspólnym dobru, o ojczyźnie, czy nawet o Maryi Królowej Polski, to zobaczy zgiętą w łokciu rękę. On, owszem, czuje się Polakiem, ale tylko wtedy, gdy akurat przyjeżdża Papież albo wygrywa Małysz. A tak na co dzień czuje się przedstawicielem swojej branży, swojej grupy czy wreszcie regionu, myśli o swoim zasiłku, dotacji, miejscu pracy, tak dalej, tak dalej. I to go czyni bezbronnym wobec pokusy kombinowania: ten a ten jaki jest, taki jest, ale to nasz facet. On nam co trzeba załatwi, a więcej nie trzeba.
Potem jest, oczywiście, wielkie rozczarowanie, bo okazuje się, że usiłując być cwanym, wyborca znowu dał się zrobić w trąbę – jego wybraniec sam, owszem, wziął co miał wziąć, ale tego co miał załatwić „ludziom”, nie załatwił. Marna to pociecha, że by szczerze chciał, i że dałby, gdyby mógł, bo przecież chce zostać wybrany na następną kadencję. Tylko naprawdę nie ma już z czego dawać – chętnych liczba nieskończona, a Folwark Rzeczypospolitej splądrowany już do cna, co tylko się dało wyprzedać, dawno wyprzedano, gdzie dało się pożyczyć, już więcej pożyczać nie chcą, albo dają na taki procent, że trzeba całą pożyczkę przeznaczać na odsetki od pożyczek poprzednich… Tak, że koniec końców nawet ci, którzy, obiektywnie, wciąż jeszcze dostają pieniądze za nic, czują się rozczarowani, że dostają za mało. I reagują, po chłopsku, pełnym rozgoryczenia odwróceniem się, zamknięciem w sobie i utwierdzaniem się przy wódce w nieufności do wszystkiego i wszystkich. Aż znowu dadzą się skusić jakiemuś cwaniakowi, który podpuści ich do strajku czy blokady, obiecując podzielić się kasą, którą mu w ten sposób pomogą wycyckać od jakichś „onych”.
Читать дальше