– Gotowa? – spytał.
– Chyba tak.
– To dobrze. – Z wrodzoną gracją, która zawsze działała na nią jak magnes, a którą teraz próbowa¬ła zbagatelizować, ujął ją pod rękę i zaprowadził do karety. Uśmiechał się przy tym i w ogóle był rozluźniony, jednak odniosła wrażenie, że to za¬chowanie jest udawane.
Jaką rolę dzisiaj odgrywa? Zastanawiała się, pró¬bując go rozszyfrować. Jakimi motywami się kiero¬wał – dlaczego ją to wciąż obchodziło?
Bo w głębi duszy wciąż jej na nim zależało.
Chciałaby temu zaprzeczyć, lecz gdy tylko próbo¬wała, przypominała sobie tamten okropny wieczór w Le Monde. Lęk o nią był wyraźnie wypisany na jego przystojnej twarzy, czego nie było w stanie ukryć żadne aktorstwo.
Westchnęła. W jej głowie wciąż kłębiły się nie¬pokojące myśli związane z oczekującą ją niepewną przyszłością. Postanowiła na jakiś czas zapomnieć o kłopotach, wyjrzała więc za okno, by skoncentro¬wać się na widokach miasta. Po raz pierwszy tego dnia uśmiechnęła się. Paryż był równie ruchliwy i pełen życia jak Londyn. Na ulicach kłębiły się tłu¬my ludzi. Barwne obrazy, nieznane dźwięki, moc¬ne wonie przyciągały jej uwagę. Minęli sprzątacza, który czyścił trotuar, handlarza szczotkami, szlifie¬rza ostrzącego noże, stolarza, który niósł na głowie odwrócone do góry nogami krzesło. Przejechali obok małej kawiarni z klientami siedzącymi przed lokalem, za.ś gołębie u ich stóp dziobały okruchy, które spadały ze stolików.
– Dokąd jedziemy? – spytała obojętnie, gdy' niewiele ją to obchodziło. Spoglądała na małe bal¬konowe balustrady z kutego żelaza, wysokie, łuko¬wato wygięte okna, słuchała odgłosów paryskich uliczek.
– Przy des Petits Champs jest pewna szwaczka.
Ona dobrze o nas zadba.
Jechali wzdłuż rue Sto Honore, minęli Pałac Eli¬zejski, a następnie poprzez rue Richelieu dotarli do rue des Petits Champs. Powóz zatrzymał się obok ulicznego teatrzyku kukiełkowego, który roz¬stawił swój kram przed sklepem z oknami o ma¬łych szybkach. Na szyldzie widniały wypukłe czer¬wone litery: SZWACZKA.
Damien wprowadził Aleksę"do środka. Na ich spotkanie spoza zasłony oddzielającej pracownię wybiegła niska, pomarszczona kobieta. Wnętrze miało wysokie sklepienie, były tam stoły z belami materiału, w powietrzu unosił się nieco kwaskowy odór barwników. Przy ladzie rozmawiało kilka kobiet, jedna z nich zachwycała się parą pantofli z ró¬żowej satyny.
– Monsieur Falon, jak miło pana widzieć! – Ko¬hieta stanęła przed Damienem. W porównaniu z nim – wysokim i barczystym – wydawała się jesz¬cze mzsza.
– A, to pani, madame Aubrey.
– A kogo pan dzisiaj przyprowadził? – Przyjrzała się Aleksie od stóp do głów kaprawymi oczami. – Tym razem przeszedł pan samego siebie. Uśmiechnęła się, ukazując starte ze starości zęby. – Zawsze wybierał pan piękne kobiety, lecz ta…
– To jest moja żona – przerwał jej z wyraźną przestrogą w głosie. Było oczywiste, że to koniec rozmowy o jego kochankach, lecz mleko zostało już rozlane.
– Masz świetną reputację – rzuciła z goryczą Aleksa, gdy kobieta wycofała się na zaplecze, aby przynieść tkaniny. – Ale chyba nie powinnam być zdziwiona. W Londynie miałeś opinię kobieciarza, więc dlaczego tutaj miałoby być inaczej?
– Alekso…
– Przynajmniej dbałeś o te swoje kobiety… za splamione krwią pieniądze z działalności szpie¬gowskiej.
– Moja patriotyczna działalność nie powinna cię interesować – rzucił krótko. – A co do tej drugiej sprawy, możesz być dumna, że jesteś jedyną kobie¬tą, z którą pragnę dzielić łoże. – Uniósł wzrok i zo¬baczył, że przygląda im się właścicielka zakładu. – I to się nie zmieni, o ile nadal będziesz mnie za¬spokajać.
– Zaspokajać ciebie! Zrobię wszystko, co w mo¬jej mocy, żeby nie dać ci żadnej przyjemności!
Uśmiechnął się z rozbawieniem.
– Ale fakt jest faktem, mon chirie – powiedział łagodnie, – że dajesz mi ogromną przyjemność. – Nachylił się i musnął wargami jej usta.
Patrzyła na niego bez ruchu. Już teraz odczuwa¬ła nieprzyjemne łomotanie w piersiach. Boże, jak to możliwe, by umiał wywołać u niej taką reakcję za sprawą zaledwie kilku delikatnie wypowiedzia¬nych słów? Lecz wypowiedział je z tym wyjątko¬wym spojrzeniem w oczach! Jakby na moment po¬zwolił jej zajrzeć w głąb swojej duszy, poza maskę odgrywanej obecnie roli.
– Chodź – powiedział ciepło. – Madame Aubrey zaczyna się niecierpliwić.
Pozwoliła, by zaprowadził ją do małego saloniku, gdzie kilka kobiet pomogło jej zdjąć ubranie. Pozo¬stając w halce, stanęła na małym podwyższeniu, zaś Damien zajął miejsce na sofie obitej brokatem.
– Co za figura – madame Aubrey cmoknęła z za¬chwytu. Ujęła halkę i obciągnęła ją, aby ściślej przylegała do sylwetki Aleksy, po czym przyjrzała się jej z kilku różnych stron. – Na takim ciele nasze wysiłki nie będą zmarnowane. – Uśmiechnęła się do Damiena, podczas gdy jej pomocnice zaczęły owijać Aleksę metrami kosztownych tkanin.
Przyniesiono więc przezroczyste muśliny, jedwa¬bie i satyny, siatkowe tiule, tafty i.koronki z Me¬chelen. Na nadchodzący bal wybrano suknię ze szmaragdowego jedwabiu, a pod spód złocistą bie¬liznę. Kolejną piękną kreacją była-suknia z delikat¬nej tafty w kolorze kości słoniowej, w połączeniu z ametystową siatką wykończoną perłami. Zestaw strojów dopełniała szafirowa suknia z satyny ze spódnicą haftowaną srebrną nicią
Damien nalegał, by wybrała sobie kilka czepków i pół tuzina par długich i krótkich rękawiczek w różnych kolorach. Były też peleryny, płaszcze, lrykoty, mała parasolka, etola z łabędziego puchu, a nawet cudowny, zdobiony klejnotami grzebień.
Wybrano tez kilka prostszych sukien. Damien obserwował ją uważnie za każdym razem, gdy się rozbierała. Miał nieprzeniknioną twarz, lecz w nie¬bieskich oczach, którymi omiatał jej półnagie cia¬ło, wyraźnie widoczne było pożądanie. Było to spojrzenie tak pełne żądzy, że Aleksa czuła dziwne motylki w żołądku. Ona również doznała podob¬nego pragnienia, poczuła lekki ból w piersiach, wilgoć między nogami. Przypomniała sobie, jak ją dotykał swoimi dłońmi, gorącymi ustami.
Zanim skończyli, cała się trzęsła. Damien nie¬mal pożerał ją wzrokiem. Wstał z iście kocią zwin¬nością, a przez jego frak i spodnie wyraźnie widzia¬ła pracujące mięśnie. Gorącym spojrzeniem pieścił ją wszędzie tam, gdzie padał jego wzrok. Czuła mrowienie na wspomnienie dotyku jego silnego ciała i kształtnych ust.
Chyba czytał w jej myślach, gdyż teraz dotykał jej inaczej – bez rezerwy, lecz wyraźnie zaborczo. Gdy tylko opuścili pracownię i znaleźli się w kare¬cie, chwycił ją w ramiona.
– Chryste, czy ty wiesz, jak bardzo cię pragnę? – Pocałował ją gorąco, aż przeszła ją fala ciepła, zaś wszystkie przekonania wyleciały przez okno.
Pozwoliła sobie na chwilę przyjemności, obejmu¬jąc go za szyję, odwzajemniając pocałunek, dotyka¬jąc jego języka swoim, przywierając do jego ciała. Jej sutki stwardniały, drażnione tkaniną sukni. Pod bio¬drami czuła jego pulsującą podnieceniem męskość.
Zawładnęła nią niewyobrażalnie silna żądza.
Lecz po chwili wyrzuty sumienia przypomniały o sobie.
Boże, nie mogę do tego dopuścićl
Oparła drżące dłonie na piersi Damiena i ode¬pchnęła go.
– Ja… nie mogę – szepnęła. – Nie mogę tego zrobić!
– Przecież nie zaprzeczysz, że mnie pragniesz.
Читать дальше