– Czas, żebyś poszła do siebie – rzekł szorstko.
Z trudem opanował pożądanie.
Oblała się rumieńcem.
– Dobranoc – odparła cicho. Cofnęła się i po chwili znikła w środku, zamykając za sobą drzwi.
Słuchał, jak szła przez pokój, powiedziała coś do służącej, pótem zaczęła się rozbierać. Walcząc z kolejną falą pożądania, która na niego spłynęła, zaklął pod nosem i wszedł do sąsiedniego pomieszczenia.
Tej nocy wiercił się i kręcił w pościeli. Oczami wyobraźni widział młodą twarz Petera, jego blado¬niebieskie oczy, który spoglądały nań oskarżyciel¬sko i zdawały się mówić: "Ona należy do mnie!".
Powinna była należeć do niego. Tak byłoby le¬piej dla nich wszystkich.
Lecz należało pamiętać o czymś jeszcze. Przez wiele lat chodził pod rękę i sypiał ze śmiercią i za¬grożeniem, nie zaś z piękną, ognistowłosą kobietą, której tak do końca nie uczYnił jeszcze swoją żoną. Praca, którą wykonywał, była jedynym celem jego życia. Dawała mu motywację, jak nic innego na świecie. Teraz miał żonę, lecz niebezpieczeń¬stwo wciąż wisiało w powietrzu. Mogło pojawić się w każdej chwili. Był pewien, że to nastąpi, a wtedy będzie musiał podjąć wyzwanie.
Po raz tysięczny pomyślał, że nie powinien był się z nią żenić. Lecz od razu pojawiała się ta sama odpowiedź: pragnął jej bardziej, niż kiedykolwiek pragnął jakiejkolwiek kobiety. Wiedział, że bez względu na wyrzuty sumienia, na walkę z własnym pożądaniem – kiedyś ją posiądzie.
Zastanawiał się tylko, jak potem będzie mógł żyć w zgodzie z samym sobą.
Następne trzy dni były dla Aleksy podróżą do piekła. Musiała'stawać do konfrontacji na każ¬dym kroku, wytrzymywać wrogie, pełne nienawiści spojrzenia obu kobiet. Na ich milczące wyzwania reagowała z podniesioną głową. Nie okazywała te¬go, ale była bliska załamania.
Nawet Damien nie był w stanie jej pomóc, gdyż rzadko przebywał w domu.
Po tamtej pierwszej nocy przebywał głównie sam.
Wyjeżdżał z domu o świcie, by sprawdzić, co się dzieje w odległych majątkach, jak się mają nie liczni dzierżawcy; interesował się ich dobrobytem o wiele bardziej, niż Aleksa mogłaby oczekiwać. Wieczora¬mi pracował w gabinecie lub wychodził na długie spacery wzdłuż klifów i niewielkich zatoczek.
Miał tam łódkę. Popołudniami widziała w odda¬li mały żagiel, gdy Damien walczył ze spienionymi falami, a potem wracał ku brzegowi.
Wiedziała, że jej unika. Ciekawiło ją, co on my¬śli i jak długo ta sytuacja jeszcze potrwa. Zastana¬wiała się nad tym w tych nielicznych momentach, kiedy go widziała, 'gdy rzucał jej matowe spojrze¬nia, a także te gorące i zmysłowe. Jednak nie było więcej dotyków, pocałunków, żadnych chwil we dwoje.
Z westchnieniem popatrzyła na spienione mo¬rze. Niegodziwe słowa jego matki spełniły swoją perfidną rolę. Damien miał poczucie winy, czując pożądanie do Aleksy. Obietnice, które jej poczynił, nigdy się nie spełnią. Przynajmniej dopóty, dopóki w zamku będą przebywać jego matka i siostra.
A może nawet i później.
Jeśli chodzi o nią samą, od tamtej rozmowy na łące za tawerną jeszcze raz uporała się z faktem śmierci Petera i zdołała pozostawić to za sobą. Chociaż nieustannie dręczyły ją wyrzuty sumienia, które pewnie nigdy nie znikną, sytuacja wyglądała tak,. jak opisał ją Damien. Nigdy nie chciała skrzywdzić Petera Melforda; po prostu była mło¬da, impulsywna i bezmyślna. Po tym, co się stało, bardzo cierpiała i zmieniła się.
Nie była już tą samą egoistyczną kobietą, którą była kiedyś, i nigdy już taka nie będzie. Nie była też tak zamknięta w sobie jak jeszcze kilka miesię¬cy temu, jak była do chwili, gdy poznała hrabiego. Pragnęła jakimś sposobem ułożyć ich wspólne ży¬cie w zamku Falon.
Opuściła swoją wielką sypialnię i zeszła na dół.
Liczyła się teraźniejszość, a poza tym chciała się czymś zająć, aby nie myśleć o Melissie i jej matce.
– Montague – powiedziała do szczupłego, siwie¬jącego kamerdynera. – Chyba już czas, bym poznała swój nowy dom.
Mężczyzna uśmiechnął się. Na jego pooranej marszczkami twarz pojawiło się autentyczne za¬dowolenie.
– No właśnie, milady.
– Może na początek najlepsza będzie kuchnia.
Skinął głową.
– Szefem naszej kuchni jest monsieur Boutelier. On przedstawi pani pozostałe osoby, które tam pracują
Przez kolejnych kilka dni Montague sprawił, że poczuła się jak w domu. Poznała wszystkich służą¬cych, zaznajomiła się z ich obowiązkami, dowie¬działa, jakie prace należy wykonać w domu.
– Pani Beckett – powiedziała do gospodyni, na¬dętej małej kobietki, która zakochanymi oczami spoglądała w kierunku kamerdynera. – Całe wschodnie skrzydło wydaje się bardzo zaniedbane. Chciałabym, ahy to się zmieniło.
– Takie było polecenie milorda – odparła trochę asekurancko. – Nie miał innego wyboru, bowiem zabrakło pieniędzy. Proszę o wybaczenie, milady, ale tak wygląda prawda.
– Wszystko w porządku, pani Beckett. Wolę prawdę i za nią bardzo pani dziękuję. Jednak od tej chwili pan hrabia będzie miał wystarczająco dużo funduszy, aby ponownie uruchomić wschod¬nie skrzydło. Od czasu do czasu będą nas odwie¬dzać członkowie mojej rodziny. Chciałabym, aby było im wygodnie.
Ze spojrzenia gospodyni uleciała szorstkość.
Uśmiechnęła się.
– Dopilnuję tego osobiście, milady.
Z każdym mijającym dą,iem Aleksa była coraz bardziej zdumiona, z jaką łatwością cała służba ją zaakceptowała. Z pewnością lady Townsend nie była tu ulubioną panią domu. I teraz każdy, każdy, kogo matka hrabiego nie lubiła, z założenia cieszył się powszechną sympatią. Dzięki temu zadanie Aleksy stało się o wiele łatwiejsze, a ona sama czu¬ła się znaczniej pewniejsza siebie.
– Porozmawiam z Damienem o dokonaniu napraw – zapowiedziała kamerdynerowi pewnego popołudnia. Montague rozpromienił się.
– Jestem pewien, że lord będzie z tego bardzo zadowolony. Zawsze kochał zamek Falon.
– Tak… – odparła, widząc w wyobraźni tę przy¬stojną twarz, wiedząc, że niebawem znajdzie się li jego boku. Prosił ją, żeby dziś wieczorem dotrzy¬mała mu towarzystwa. Ponownie zjedzą kolację z jego matką i siostrą.
To było wszystko, co mogła zrobić dla zgody.
* * *
– Którą z tych dwóch pani włoży? – Sarah wskaza¬ła szkarłatną suknię oblamowaną złotą koronką oraz drugą, kremową, obszytą czarnymi wypustkami. – Na Boga, tylko nie tę krwistą. Już teraz uważają mnie za dziewczynę z domu pod czerwoną latarnią.
Sarah roześmiała się, potrząsając bujnymi piersiami.
– Dziewka z domu pod czerwoną latarnią, dobre sobie! A tymczasem jest pani jeszcze nietkniętą panną młodą.
Aleksa zarumieniła się.
– A niech tam sobie myślą, co chcą. Nie ma się czego wstydzić. Nawet sam milord to dostrzega.
– Lubisz go, prawda? – uśmiechnęła się Aleksa. Sarah podniosłą kremową suknię i sprawdziła, czy nie jest pognieciona.
– Potrafi być naprawdę czarujący, ale muszę pa¬nią ostrzec, że taki mężczyzna nie odda kobiecie swojego serca. Przynajmniej przez dłuższy czas.
– Wiem, Saro. Nie zapomniałam, jakim sposo¬bem wpakowałam się w te tarapaty. To jest dosko¬nały gracz.
– To człowiek o wielu twarzach, za to mogę rę¬czyć. Są chwile, gdy patrzy na panią, i wtedy do¬kładnie widzę, co chodzi mu po głowie. – Wyszcze¬rzyła zęby, a jej okrągła buzia stała się jeszcze okrąglejsza. – On pani pragnie, nie ma wątpliwo¬ści. A w innych momentach… sama nie wiem. Mo¬że sobie myśleć o czymkolwiek.
Читать дальше