– Dzięki, Stephen, ale nic z tego. Rodzice mojej klientki z ledwością zaakceptowali u siebie jednego prawnika. Nie ma mowy, żeby pozwolili zrobić sobie z domu kancelarię.
– I tak mógłbym do ciebie podskoczyć. Może przy mnie coś świeżego wpadnie ci do głowy. Albo po prostu usiądziemy sobie na ganku, na huśtawce i będziemy popijać lemoniadę.
Niewiele brakowało, a bym się zgodziła. Oczyma duszy ujrzałam maczek piegów rozsianych na jego karku, zobaczyłam, jak myje zęby, po swojemu przekrzywiając nadgarstek; niemalże owiał mnie jego zapach, bijący z szaf i bieliźniarek, z pościeli. Były to obrazy, które same stanęły mi przed oczami, tak dobrze znane, tymczasem świat, w którym z własnej woli zamieszkałam, na każdym kroku porażał mnie swoją obcością. Gdybym miała przy sobie kogoś rozpoznawalnego, kogo kiedyś kochałam, gdybym mogła pod koniec każdego dnia zobaczyć tego kogoś obok siebie – wtedy sprawa Katie wróciłaby na swoje miejsce. Stałaby się z powrotem częścią mojej pracy, a nie elementem życia.
Ścisnęłam mocniej malutki telefon i zamknęłam oczy.
– Najlepiej chyba będzie – usłyszałam własny szept – jeśli poczekamy i zobaczymy, co się wydarzy.
Sara siedziała samotnie przy narzucie, pochylając głowę nad szyciem.
– Przepraszam – powiedziałam. – Za ten telefon. Machnęła ręką na znak, że mam się nie przejmować.
– Nic się nie stało. Mąż Marthy Stoltzfus ma telefon w stajni. Jest mu potrzebny do załatwiania interesów. Rachela po prostu zaczęła zadzierać nosa. – Westchnęła, wstała od stołu i zaczęła zbierać szpulki. – Posprzątam to – powiedziała. – Po co ma tak leżeć.
Ujęłam dwa rogi narzuty, żeby pomóc jej ją złożyć.
– Krótko dzisiaj wyszło wam to szycie. Mam nadzieję, że to nie przeze mnie.
– I tak by było dziś krótko, coś mi się zdaje – odpowiedziała szybko Sara. – Jeśli chcesz poszukać Katie, to kazałam jej porozwieszać pranie.
Potrafię poznać, kiedy ktoś daje mi do zrozumienia, że chce zostać sam. Ruszyłam do drzwi, ale na progu kuchni obejrzałam się jeszcze.
– Dlaczego Rachela Lapp nie wierzy Katie?
– Tego chyba możesz się sama domyślić.
– A oprócz oczywistych powodów? Szczególnie po tym, jak wasz biskup wziął jej stronę…
Sara położyła narzutę na półce i odwróciła się, stając ze mną twarzą w twarz. Ukrywanie własnych uczuć szło jej doskonale, lecz jednego nie potrafiła ukryć: oczu, płonących wstydem na wspomnienie, że przyjaciółki znieważyły jej córkę.
– Wyglądamy tak samo. Modlimy się tak samo. Żyjemy tak samo – powiedziała. – Ale to jeszcze nie znaczy, że wszyscy myślimy tak samo.
Jeden za drugim, olbrzymie białe żagle pęczniały na sznurze do prania. Prześcieradła oplatały Katie uściskiem swoich szerokich ramion, a ona mocowała się z nimi, okręcona trzepoczącym, zsuniętym w tył fartuchem, mamrocząc z ustami pełnymi klamerek do bielizny. Na mój widok odstąpiła o krok i wrzuciła wszystkie klamerki, które jej zostały, do stojącego na ziemi wiaderka.
– Przychodzisz, jak już wszystko zrobione – wypomniała mi, siadając obok, na kamiennym murku.
– Poradziłaś sobie beze mnie.
Na pierwszym sznurze wisiał kolorowy rząd koszul i sukienek, mieniących się odcieniami ciemnej i jaskrawej zieleni, bordo, lawendy. Tuż obok tańczyły na wietrze czarne nogawki męskich spodni. Trzeci sznur obciążały prześcieradła i pościel, wypinające swoje nadęte brzuszyska.
– Pamiętam, jak mama wieszała pranie – uśmiechnęłam się. – Bawiłam się między nimi w rycerza i dźgałam je patykiem.
– W rycerza? Nie w królewnę?
– Rzadko kiedy byłam królewną. Nuda – parsknęłam. – Po co czekać na ratunek od jakiegoś księcia, kiedy można uratować się na własną rękę? Nigdy w życiu.
– Hannah i ja bawiłyśmy się w praniu w chowanego, ale zawsze tak się przy tym nakurzyło, że pościel była cała w smugach i musiałyśmy ją prać jeszcze raz.
Odchyliłam głowę, wystawiając twarz na muśnięcia wiatru.
– Kiedyś wydawało mi się, że łóżka ze świeżą pościelą, dopiero co zdjętą ze sznura, czuć słońcem.
– Bo to prawda! – zawołała Katie. – Materiał nasiąka słońcem, wszędzie tam, gdzie przedtem był mokry. Akcja powoduje reakcję, o równej sile i przeciwnym zwrocie.
Prawa Newtona, pomyślałam, to chyba nie jest program ósmej klasy – a Katie, jak większość dzieci amiszów, skończyła państwową szkołę na ośmiu klasach.
– Nie wiedziałam, że tutaj uczą fizyki w podstawówce.
– Nie uczą. Słyszałam to kiedyś.
Słyszała? Od kogo? Miejscowego naukowca – amisza? Zanim zdążyłam zapytać, Katie zerwała się z miejsca.
– Muszę popracować w ogrodzie.
Poszłam za nią i usiadłam, przyglądając się, jak zrywa strąki fasoli, składając je do fartucha. Praca najwidoczniej zaprzątnęła ją bez reszty, bo kiedy nagle się odezwałam, Katie aż podskoczyła.
– Dobrze wam się układa z Rachelą?
– Ja. Bardzo często opiekuję się małym Josephem. Przy szyciu, czasem nawet na nabożeństwach.
– Ale dziś jakbyś przestała być jej faworytką jako opiekunka dla syna – zauważyłam.
– To prawda, ale Rachela zawsze słucha tego, co mówią inni, zamiast wyrobić sobie własne zdanie. – Katie urwała, plotąc w palcach łodygę fasoli. – Nie obchodzi mnie, co ona wygaduje, bo prawda prędzej czy później zawsze wyjdzie na jaw. Ale przykro mi, jeśli to przez nią moja mama płakała.
– Nie rozumiem.
– To, co powiedziała Rachela, dotknęło ją bardziej niż mnie. Tylko ja jej już zostałam. Muszę teraz być idealna.
Katie wstała, podtrzymując fartuch wypchany zebraną fasolą. Ruszyła w stronę domu, lecz zatrzymała się na widok nadchodzącego wielkimi krokami Samuela.
Zdjął kapelusz, odsłaniając posklejane potem jasne włosy.
– Witaj, Katie – pozdrowił. – Jak się czujesz?
– Świetnie, Samuelu, gut – odparła. – Zebrałam fasolę na obiad.
– Sporo. Piękne strąki.
Słuchałam, nie podchodząc. To ma być zażyłość? Gdzie porozumiewawcze słówka? Gdzie przypadkowe dotknięcia, palce muskające łokieć albo plecy? Samuel musiał już usłyszeć o kłótni przy szyciu narzuty i z całą pewnością przyszedł pocieszać Katie. Nie miałam pojęcia, jak w tym świecie wyglądają zaloty; nie mogłam się domyślić, czy Samuel krępuje się mówić ó czymś w mojej obecności, czy może tych dwoje młodych ludzi naprawdę nie ma sobie nic do powiedzenia, co byłoby dziwne, jeżeli naprawdę poczęli wspólnie dziecko.
– Przyszła przesyłka – poinformował Samuel. – Można iść zobaczyć.
No, już lepiej – jednak schadzka we dwoje. Uniosłam wzrok, czekając, co Katie mu odpowie i wtedy spostrzegłam, że nie mówił do niej, tylko do mnie.
– Ktoś mi coś przysłał? – zdziwiłam się. – Przecież nikt nawet nie wie, że tutaj jestem.
Samuel wzruszył ramionami.
– Leży na podwórku.
– No dobrze. – Uśmiechnęłam się do Katie. – Zobaczymy, co tym razem wybrał dla mnie ten mój nieznajomy wielbiciel.
Samuel ujął Katie pod ramię i ruszyliśmy w stronę domu. Ja szłam za nimi i obserwowałam, jak dziewczyna bardzo powoli i bardzo delikatnie uwalnia się z jego uścisku.
Na kopcu ziemi usypanym przed oborą leżało pogniecione kartonowe pudło.
– Policja to przywiozła – powiedział Samuel, gapiąc się na nie takim wzrokiem, jakby w środku był grzechotnik.
Podniosłam karton. Dane zgromadzone przez oskarżenie nie były liczne; do tej pory miewałam raczej do czynienia z obszerniejszym materiałem dowodowym. W tym jednym niedużym pudełku zmieściło się wszystko, co do tej pory znaleźli policjanci. Z drugiej strony w tak oczywistej sprawie nie potrzeba wiele.
Читать дальше