– Panie Metz – mówi recepcjonistka, gdy Metz zamyka za sobą podwójne szklane drzwi. – Ma pan wiadomości z „Newsweeka”, „The New Yorkera”, „Timesa”, a także od Barbary Walters. – Słysząc to, Malcolm zwalnia. Czy oni zawsze rozmawiają z przegranymi?
– Dziękuję. – Kiwnięciem głowy wita współpracowników, przyjmując pozory pogrążonego w myślach. Całkowicie ignoruje swoją sekretarkę i wchodzi do gabinetu jak ranny lew, szukający schronienia w swojej norze. Przekręca klucz w drzwiach, czego nigdy wcześniej nie robił, zamyka oczy i kładzie głowę na biurku.
Ma nisztana ha – lajlo ha – ze me – kall ha – lajlos.
Dlaczego ta noc różni się od wszystkich innych nocy w roku?
Metz mruga. To słowa wypowiadane podczas sederu, wieczerzy paschalnej. Słowa, które wypowiadał, kiedy był w wieku Faith White, najmłodszy żydowski chłopiec w rodzinie. Słowa, których aż do tej chwili nie pamiętał.
Wolnymi, rozedrganymi ruchami wstaje i otwiera drzwi gabinetu na oścież.
Moja matka widzi to pierwsza.
– Dlaczego mi się wydawało, że oni wszyscy znikną?
Zatrzymuję samochód przed skrętem na podjazd. Na tylnym siedzeniu siedzi Faith, jest zdrowa, zaczynamy wszystko od nowa. Ale zwolennicy, prasa i członkowie sekty wciąż tu są, więcej ich niż przedtem. Policji nie ma, nikt nie oczyści nam drogi, żebyśmy mogły bezpiecznie przejechać. Wjeżdżam wolniutko na żwir; ludzie wyciągają ręce, przyciskają dłonie do okna przy Faith z cichym stukaniem.
– Stój – mówi Faith spokojnie.
– Co się stało? Boli cię coś?
Kiedy samochód nieruchomieje, ludzie wskakują na maskę. Walą w przednią szybę. Skrobią lakier, starając się dostać do środka.
– Pójdę – mówi Faith.
Moja matka natychmiast się sprzeciwia.
– Nie sądzę, młoda damo. Ci meszugene zadepczą cię, zanim się zorientują, co robią.
Ale Faith nie daje nam czasu na reakcję; otwiera drzwi i znika w rojącym się tłumie.
Ogarnia mnie panika. Odpinam pas i wysiadam, rozpychając ludzi, by uratować Faith. Teraz boję się o nią bardziej niż wtedy, gdy leżała w szpitalu, ponieważ ci ludzie nie chcą, żeby poczuła się lepiej. Oni chcą ją mieć na własność.
– Faith! – krzyczę, ale mój głos niknie w gwarze. – Faith!
Zaraz jednak tłum się rozstępu je, robiąc wąskie przejście, prowadzące do naszego domu. Faith stoi w połowie tej ścieżki.
– Widzisz? – mówi, machając do zebranych.
Jego postać otoczona jest promieniami księżyca i gwiazdami.
– Ojej – mówię, gdy Ian wchodzi do domu. – Skorzystałeś z frontowych drzwi.
– Więcej, wszedłem po schodach na ganek. I zepchnąłem z drogi co najmniej dziesięć osób. – Obejmuje mnie mocno w talii, tak że nasze nogi i czoła się stykają. – Musisz być szczęśliwa.
– Bardzo.
– Faith śpi?
– Tak.
Chwytam go za rękę i ciągnę w kierunku schodów.
– Oglądałam w dzienniku twoją konferencję prasową. Mówiłeś szalenie wymijająco.
Ian wybucha śmiechem.
– Boże, niektórych ludzi nie da się przekonać.
Splatam palce z jego palcami.
– Zasugerowałeś… że coś między nami jest.
– To nie ulega wątpliwości. W końcu wpuściłaś mnie frontowymi drzwiami.
– Naprawdę, Ianie – mówię cicho. – Co zamierzasz zrobić?
Nachyla się nade mną i czuję zapach nocy, wciąż obecny na jego skórze. Całuje mnie w policzek.
– Być z tobą.
Czuję, że policzki zalewa mi rumieniec.
– Nie o to pytałam.
Usta Iana przesuwają się po mojej szyi, krawędzi ucha. Potem cofa się i wpatruje we mnie. Oboje stoimy w absolutnym bezruchu.
– Dlaczego nie o to? – mówi z uśmiechem.
Mama myśli, że Faith śpi. Wie, bo dom sadowi się jak pulchna dama, układająca spódnice, skrzypiąc, trzeszcząc i wzdychając. Faith siada na łóżku i zapala lampkę na nocnym stoliku. Podciąga piżamę, krytycznie przyglądając się cienkiej drabince żeber, tęczowym siniakom, znaczącym miejsca po rurkach i igłach. Podnosi dłoń do lampy i dotyka skóry, gdzie był otwór. Teraz zniknął, nie ma nic prócz różowej miseczki dłoni.
– Boże – mówi cicho.
Nic.
Faith wodzi wzrokiem po pokoju.
– Boże?
Zrzuca pościel, staje na czworakach. Sprawdza pod łóżkiem, potem zbiera się na odwagę i otwiera drzwi ciemnej, bardzo ciemnej szafy. Słyszy tylko własny oddech i szum wentylatora z łazienki na korytarzu. Okrągłe głosy mamy i Iana, którzy rozmawiają na dole.
– Boże? – próbuje raz jeszcze.
Ale z tą samą swobodną pewnością, z którą wie, że za kilka godzin słońce wzejdzie, Faith wie także, że jest sama w tych czterech białych ścianach.
Nagle robi się jej bardzo zimno, zaczyna się bać. Okrywa się kołdrą i tupiąc głośno, biegnie przez pokój, by mama przyszła sprawdzić, co się u niej dzieje. Słyszy kroki na schodach, skrzypnięcie siódmego stopnia, szuranie butów, gdy mama wchodzi na dywan. Oblicza, ile czasu minie, nim znajdzie się pod drzwiami.
– Zadawali mnóstwo pytań – mówi Faith na tyle głośno, by jej słowa dotarły na korytarz, nie odrywając wzroku od smugi światła pod przymkniętymi drzwiami. – Ale z drugiej strony oni nigdy Cię nie widzieli. – Wstrzymuje oddech. Kącikiem oka widzi zmęczony uśmiech mamy, cienki jak ostrze noża.
Z walącym sercem i dłońmi zaciśniętymi na kołdrze Faith mówi do pustego pokoju, aż znowu słyszy głos matki na dole, aż jest całkowicie pewna, że nikt jej nie słucha.
***
*Wszystkie cytaty z „Raju utraconego” Johna Miltona w przekładzie Macieja Słomczyńskiego.
*Szmuk (jidysz) – kretyn, głupek.
*Wszystkie cytaty z Biblii pochodzą z Biblii Tysiąclecia.
*Meszuge (jidysz) – wariat, szaleniec.
*Gra słów; po angielsku guard (strażnik, opiekun) oraz God (Bóg) wymawia się bardzo podobnie.
*Faith (ang.) – wiara.
*Przełożył Adam Pajgert.
*Przełożył Profanus (G. Wolff).
*Aluzja do biblijnego króla Salomona.
*W oryginale gra słów: The White house – dom White'ów, White House – siedziba prezydentów; Biały Dom.
*Bible Belt, Pas Biblijny; tym terminem określa się południowo – wschodnie stany USA, zamieszkane głównie przez protestanckich fundamentalistów.
*hell (ang.) – piekło.
*WASP – biały protestant anglosaskiego pochodzenia.
*Przełożył Stanisław Barańczak.
*W oryginale gra słów. Calling znaczy zarówno telefonowanie, jak i powołanie.
*Przekład Z. Kubiaka