– Cóż, Colin ją kocha – mówię wolno. – Nie zawsze stawiał na pierwszym miejscu jej dobro, ale ją kocha. To nie on mnie martwi… tylko Faith. Musiałaby radzić sobie z nowym bratem albo siostrą i matką, która w gruncie rzeczy nie jest jej matką. Nie sądzę, by rzeczą słuszną akurat teraz było zmuszanie jej do układania sobie świata na nowo. – Spoglądam na Colina, marszcząc brwi. – Faith dokonuje cudów. Zabranie jej ode mnie tego nie zmieni. I nie zmieni faktu, że dokądkolwiek pójdzie, ludzie pójdą za nią, będą chcieli wziąć kawałek jej na własność. – Czuję na sobie oczy mojej córki jak promienie słoneczne na czubku głowy, gdy wychodzisz na dwór. – Nie potrafię powiedzieć, dlaczego Faith taka jest – mówię cicho. – Ale jest. I nie potrafię powiedzieć, dlaczego zasługuję na to, by ją mieć. Ale ją mam.
Metz takie podejście lubi nazywać „wężem w dżungli”. Ze świadkiem w rodzaju Mariah White ma dwie rzeczy do wyboru: zaatakować i wykorzystać jej zakłopotanie albo zacząć sympatycznie, zadawać pytania łagodnie, po czym – gdy najmniej się będzie tego spodziewała – zadać śmiertelny cios. Najważniejsze to doprowadzić Mariah do zwątpienia w samą siebie. Przyznała przecież, że to jej pięta achillesowa.
– Musi pani już być zmęczona rozmowami o tej depresji sprzed siedmiu lat?
Mariah uśmiecha się uprzejmie.
– Chyba tak.
– Czy wtedy po raz pierwszy w życiu była pani tak poważnie chora?
– Tak.
Jego głos ocieka współczuciem.
– Od tamtej pory wielokrotnie cierpiała pani na nawroty depresji, prawda?
– Nie.
– Ale przecież bierze pani leki – mówi Metz z naganą, jakby Mariah udzieliła złej odpowiedzi.
Przez moment sprawia wrażenie zdezorientowanej i Metz uśmiecha się w duchu.
– No tak, ale właśnie dzięki lekom nie wpadam w depresję.
– Jakie lekarstwo pani bierze?
– Prozac.
– Czy został przepisany dlatego, by łagodzić gwałtowne zmiany nastroju?
– Nie mam gwałtownych zmian nastroju. Cierpię na depresję.
– Pamięta pani noc, gdy próbowała się pani zabić?
– Właściwie nie. W Greenhaven powiedziano mi, że przypuszczalnie wyparłam to z pamięci.
– Czy obecnie jest pani w depresji?
– Nie.
– Gdyby nie brała pani leków, przypuszczalnie byłaby pani w głębokiej depresji.
– Nie wiem – odpowiada Mariah wymijająco.
– Wie pani, czytałem o przypadkach, gdy ludzie biorący prozac załamywali się. Wariowali, próbowali popełnić samobójstwo. Nie martwi się pani, że może się jej to przydarzyć?
– Nie – mówi Mariah, z lekkim zdenerwowaniem spoglądając na Joan.
– Czy przypomina sobie pani, by biorąc prozac, kiedykolwiek pani zwariowała?
– Nie.
– Czy biorąc prozac, zrobiła pani komuś krzywdę?
– Nie.
– A czy gwałtownie pani reagowała?
– Nie.
Metz unosi brew.
– Nie? Więc uważa się pani za osobę zrównoważoną emocjonalnie?
– Tak – odpowiada Mariah zdecydowanie.
Metz podchodzi do stołu i bierze kasetę.
– Proszę o wpisanie tej kasety na listę dowodów.
Joan zrywa się na równe nogi i podchodzi do sędziego.
– Wysoki sądzie, nie może mu wysoki sąd na to pozwolić. Pan Metz zaskoczył mnie tym dowodem. Mam prawo zapoznać się z materiałem na kasecie.
– Wysoki sądzie – protestuje Metz – pani Standish pierwsza podjęła kwestię zrównoważenia emocjonalnego pani White podczas zażywania prozacu.
Sędzia Rothbottam bierze kasetę z rąk Metza.
– Obejrzę ją w swoim gabinecie i podejmę decyzję. Zarządzam krótką przerwę.
Adwokaci wracają na swoje miejsca. Mariah siedzi jak sparaliżowana, nie mając pojęcia, co właściwie się dzieje. Dopiero po chwili Joan uświadamia sobie jej dezorientację i spokojnie podchodzi, by pomóc jej zejść.
– Co jest na kasecie, Mariah? – pyta Joan, gdy siadamy za stołem.
– Nie mam pojęcia, słowo. – Chociaż w sali jest zimno, pot spływa mi strumieniem między piersiami i po plecach.
Sędzia wraca na salę, siada na krześle i prosi mnie o powrót na miejsce dla świadka. Kącikiem oka widzę woźnego, który na wózku wwozi telewizor i magnetowid.
– Cholera – mruczy Joan.
– Zezwalam na włączenie kasety do dowodów – mówi sędzia Rothbottam. Metz załatwia niezbędne formalności, po czym zwraca się do mnie:
– Pani White, przedstawiam pani materiał z kasety.
Kiedy naciska klawisz, zagryzam wargę. Na małym ekranie pojawiam się ja; rzucam się w stronę kamery, rysy mojej twarzy rozciągają się i zmieniają w niewyraźną plamę. Wrzeszczę tak głośno, że trudno rozróżnić słowa. Po chwili pojawia się moja dłoń, gotowa najwyraźniej uderzyć operatora.
Kamera chwieje się gwałtownie, zatacza barwny łuk i na krótko zatrzymuje się na Faith skulonej w kącie, na mojej matce w szpitalnej piżamie, na Ianie i jego producencie.
Nagranie z badań wysiłkowych mojej matki; Ian obiecał, że nie wykorzysta tego fragmentu.
Znowu mnie okłamał. Odwracam się ku galerii i przesuwam wzrokiem, aż znajduję Iana. Siedzi bez ruchu i twarz ma białą tak samo jak pewnie ja.
Kaseta mogła dostać się w ręce Metza tylko w jeden sposób, przez Iana. A jednak patrząc na niego, każdy by uwierzył, że tak samo jak ja zaskoczony jest faktem, iż kaseta wypłynęła w sądzie.
Nie mam czasu zastanowić się nad tym, bo Metz zaczyna:
– Pani White, pamięta pani ten incydent?
– Tak.
– Może nam pani opowiedzieć o dniu, w którym dokonano nagrania?
– Mojej matce robiono testy wysiłkowe po jej wskrzeszeniu. Zgodziła się, żeby pan Fletcher to sfilmował.
– Co się stało?
– Pan Fletcher obiecał, że nie będzie filmował mojej córki. Kiedy jednak to zrobił… po prostu zareagowałam.
– Po prostu pani zareagowała. Hmm. Czy często pani to robi?
– Starałam się ochronić Faith i…
– Tak lub nie wystarczy, pani White.
– Nie. – Przełykam ślinę. – Zwykle długo się zastanawiam, nim cokolwiek zrobię.
Metz przechodzi przez salę sądową.
– Czy, pani zdaniem, kaseta przedstawia panią jako osobę „emocjonalnie zrównoważoną”?
Waham się, starannie dobierając słowa.
– To nie jest jeden z moich lepszych momentów, panie Metz. Ale generalnie rzecz biorąc, jestem emocjonalnie zrównoważona.
– Generalnie rzecz biorąc? A co z tymi dość dziwnymi napadami furii? Czy wtedy fizycznie krzywdzi pani Faith?
– Nie krzywdzę Faith. Nigdy w życiu nie zrobiłam jej krzywdy.
– Pani White, sama pani oświadczyła, że jest pani osobą emocjonalnie zrównoważoną, ale kaseta przeczy pani słowom. Co oznacza, że kłamała pani pod przysięgą, czy tak?
– Nie…
– Niechże pani da spokój, pani White…
– Sprzeciw! – woła Joan.
– Podtrzymany. Udowodnił pan swoją tezę, panie Metz.
Metz uśmiecha się do mnie.
– Mówi pani, że nigdy nie wyrządziła pani córce fizycznej krzywdy?
– Nigdy.
– I nigdy nie skrzywdziła jej pani psychicznie?
– Oczywiście.
– Jest pani inteligentną kobietą. Słyszała pani zeznania składane na tej sali.
– Tak.
– Gdyby więc pani cierpiała na zespół Münchausena, co odpowiedziałaby pani na oskarżenia o krzywdzenie córki?
Wpatruję się w niego, czując żółć piekącą mnie w gardle.
– Że tego nie robię.
– I kłamałaby pani – tak samo jak skłamała pani na temat własnego zrównoważenia emocjonalnego. Jak skłamała pani na temat ochraniania Faith.
– Nie kłamię, panie Metz – mówię, z całych sił starając się zapanować nad sobą. – Nie kłamię. I chroniłam Faith. To właśnie robiłam, kiedy nagrywano ten materiał, może w prymitywny sposób, ale to nie zmienia faktu, że ją ochraniałam. Z tego powodu zabrałam ją ze szkoły, kiedy dzieci zaczęły się z niej wyśmiewać. Z tego powodu w tajemnicy ją wywiozłam, nim zaczęła się rozprawa.
Читать дальше