Dawniej, na przykład, Vernon mieszkał u niego przez rok i ani razu nie zaoferował się, że zapłaci czynsz. Czy można zaprzeczyć, że przez te wszystkie lata to Clive dbał, by grała muzyka – w każdym możliwym sensie tego wyrażenia? Wino, jedzenie, dach nad głową, muzycy i inni ciekawi ludzie, inicjatywa, dzięki której Vernon jeździł z wesołym towarzystwem do domów wynajmowanych w Szkocji, w górach północnej Grecji i na wybrzeżu Long Island. Czy on kiedykolwiek zaproponował i zorganizował wspaniałą atrakcję? Kiedy to ostatni raz zaprosił Clive'a do siebie? Przed trzema, może czterema laty. Dlaczego nigdy nie docenił należycie owego gestu przyjaźni, jaki krył się za pożyczeniem mu znacznej sumy, by mógł przetrwać trudny okres? Gdy miał infekcję kręgosłupa, Clive odwiedzał go niemal codziennie, ale kiedy on sam poślizgnął się na chodniku przed domem i złamał nogę w kostce, Vernon przysłał sekretarkę z torbą łzawych książek wziętych z redakcji „The Judge".
Mówiąc już bez ogródek, co on, Clive, wynosi z tej przyjaźni? Zawsze dawał, a czy kiedykolwiek coś dostał? Co ich wiązało? Łączyła ich Molly, spajały nagromadzone lata wspólnych przeżyć i nawyków, ale tak naprawdę środek był pusty, przynajmniej w oczach Clive'a. Wyrozumiały krytyk tej nierównowagi mógłby ją wytłumaczyć biernością Vernona i jego pochłonięciem własnymi sprawami. Teraz jednak, po wypadkach ostatniego wieczoru, Clive skłonny był uznać to za przejaw istotniejszego faktu – całkowitego braku zasad u przyjaciela.
Za oknami pociągu, nie widziany przez Clive'a, prześlizgiwał się nagi las o zimowej geometrii posrebrzonej niestopniałym szronem. Nieco dalej, między brązowymi obrąbkami turzycy, rozłożyła się leniwa rzeka, a za równiną jej rozlewiska mury z kamienia okalały lodowe łąki. Na obrzeżach rdzawego miasteczka zalesiano obszar nieużytków przemysłowych: rzędy drzewek w plastikowych osłonach ciągnęły się niemal po widnokrąg, gdzie z kolei spychacze rozprowadzały hałdy ziemi uprawnej. Ale Clive patrzył wprost przed siebie na puste miejsce w przedziale, pogrążony w udręce żarliwej buchalterii stosunków międzyludzkich, nieświadomie wypaczając i koloryzując przeszłość, widząc ją przez pryzmat swego obecnego rozżalenia. Od czasu do czasu jego uwagę pochłaniały inne myśli, trochę też poczytał, lecz lejtmotyw jego podróży na północ był tylko jeden – długa i przemyślana redefinicja przyjaźni. Prawdziwą ulgę przyniosło więc otrząśnięcie się z zadumy parę godzin później na peronie w Penrith i marsz z torbami w poszukiwaniu taksówki. Do Stonethwaite było ponad dwadzieścia mil i Clive z radością wdał się w zdawkową rozmowę z kierowcą. Ponieważ przyjechał poza sezonem i do tego w środku tygodnia, był jedynym gościem w hotelu. Poprosił o pokój, który wynajmował już przedtem trzy lub cztery razy, jedyny, gdzie stał stolik, przy którym można było pracować. Pomimo zimna otworzył okno na oścież, żeby w trakcie rozpakowywania się pooddychać charakterystycznym zimowym powietrzem Krainy Jezior – torfowa woda, mokre skały, omszała ziemia. Zjadł samotnie w barze, pod okiem wypchanego lisa w szklanej gablocie, zmartwiałego w drapieżnym przysiadzie. Po krótkim spacerze w gęstym mroku skrajem hotelowego parkingu wrócił do środka, życzył kelnerce dobrej nocy i poszedł do swego pokoiku. Najpierw czytał przez godzinę, potem leżał w ciemności, wsłuchany w szum wezbranego potoku, zdając sobie sprawę, że lejtmotyw niechybnie powróci i że lepiej poddać mu się od razu, niż wlec go za sobą nazajutrz po górach. To nie uczucie srogiego rozczarowania narzucało się świadomości, lecz zapamiętana rozmowa i coś jeszcze, a mianowicie to, co Clive chętnie by Vernonowi powiedział, gdy już przemyślał sprawę. Wspominał i zarazem fantazjował: wyobraził sobie dramat sceniczny. Włożył w swe usta najlepsze kwestie, doniosłe słowa wypływające z rozsądku, którego smutne oskarżenia były o tyle dotkliwe i niezbite, że cechowała je zwięzłość i powściągliwość emocjonalna.
Oto, co zaszło: Vernon zatelefonował przed południem, używając słów tak podobnych do tych, które Clive wypowiedział tydzień wcześniej, że wydawały się świadomym cytatem, żartobliwym inkasowaniem długu. Chcę z tobą koniecznie pogadać, to bardzo pilne, rozmowa przez telefon nie wystarczy, musimy się zobaczyć, i to bezwarunkowo dziś.
Clive się wahał. Zamierzał złapać popołudniowy pociąg do Penrith.
– No to wpadnij – rzekł po namyśle. – Zrobię kolację. Skorygował plany swej podróży, przyniósł z piwnicy dwa wyborne wina burgundzkie i wziął się do gotowania. Vernon przyjechał spóźniony godzinę i Clive odniósł wrażenie, że przyjaciel stracił na wadze. Twarz miał pociągłą, wychudłą i nie ogoloną, palto wisiało na nim, jak gdyby było o kilka numerów za duże, a kiedy odstawił neseser, by wziąć podany kieliszek, drżała mu dłoń.
Łyknął chambertin clos de beze jak piwo i rzekł:
– Co za tydzień, co za straszny tydzień. – Wyciągnął rękę, żeby mu dolać, a Clive postąpił wedle życzenia, winszując sobie w duchu, że nie podał najpierw richebourga.
– Walczyliśmy dziś w sądzie trzy godziny i wygraliśmy. Myślałem, że na tym koniec. Ale wszyscy dziennikarze są przeciwko mnie, niemal co do jednego. W redakcji wrze. Zakrawa na cud, że w ogóle wyszedł dzisiejszy numer.
W tej chwili toczy się zebranie komisji zakładowej i na sto procent podejmą wniosek o wotum nieufności wobec mnie. Ale kierownictwo i zarząd stoją twardo po mojej stronie, więc nie jest tak źle. To bój na śmierć i życie.
Clive wskazał Vernonowi krzesło w kuchni, a on osunął się na nie i wsparłszy się łokciami o stół, zakrył twarz dłońmi i jęknął.
– Chrzanione pobożnisie. Przecież staram się uratować tę ich zasraną gazetę i zafajdane miejsca pracy. Ale oni woleliby to wszystko stracić, niż poświęcić jeden pierdolony przecinek. Żyją w fikcji. Zasługują na to, żeby powyzdychać z głodu.
Clive nie miał pojęcia, o czym Vernon mówi, lecz się nie odzywał. Dolał przyjacielowi wina, bo jego kieliszek znów był pusty, i odwrócił się do kuchenki, żeby wyjąć z piekarnika dwa brojlery. Vernon dźwignął neseser na kolana. Wziął głęboki, uspokajający oddech oraz kolejny haust chambertina, po czym odpiął zatrzaski. Zawahał się i wreszcie rzekł ściszonym głosem:
– Posłuchaj, chcę poznać twoje zdanie w tej sprawie, i to nie dlatego, że w pewien sposób dotyczy to również ciebie i że co nieco już wiesz, ale dlatego, że jesteś spoza branży, a ja chciałbym usłyszeć opinię kogoś z zewnątrz. Chyba odchodzę od zmysłów…
Mrucząc ostatnie słowa pod nosem, pogrzebał w neseserze i wyjął dużą, usztywnioną kopertę, z której wydobył trzy czarno – białe zdjęcia. Clive zgasił gaz pod rondlami i usiadł. Pierwsza fotografia, którą Vernon wcisnął mu w ręce, ukazywała Juliana Garmony'ego w prostej sukience do pół łydki, pozującego jak modelka na wybiegu, z rękoma lekko odsuniętymi od ciała, z jedną nogą wysuniętą do przodu, ze ściągniętymi odrobinę kolanami. Pod sukienką sterczały małe sztuczne piersi i widać było skrawek ramiączka od stanika. Minister miał umalowaną twarz, ale dyskretnie, bo naturalna bladość dobrze się komponowała, a szminka nadała surowym, wąskim ustom rys zmysłowości. Włosy były wyraźnie jego własne, krótkie, faliste, uczesane z przedziałkiem, tak że sprawiał eleganckie, ale zarazem rozpustne i nieco słoniowate wrażenie. W żadnym wypadku nie było to coś, co mogłoby ujść za niewinne przebranie albo śmiały wybryk na użytek aparatu fotograficznego. Na twarzy ministra malowało się napięcie i zapamiętałość człowieka ukazanego w stanie podniecenia seksualnego. Śmiałe spojrzenie prosto w obiektyw tchnęło świadomym wyuzdaniem. Oświetlenie było przyćmione, fachowo zrealizowane.
Читать дальше