– Posłuchaj, George – odezwał się wreszcie. – Muszę to sobie bardzo dokładnie przemyśleć.
Pół godziny później Vernon wyszedł od George'a Lane'a z kopertą w dłoni. Zatrzymał taksówkę, wsiadł do niej i poprosiwszy kierowcę, by włączył taksometr, ale nie odjeżdżał, przez kilka minut masował sobie prawą skroń przy uspokajającym akompaniamencie warczącego silnika, zastanawiając się, co robić. W końcu kazał się zawieźć na South Kensington.
W pracowni paliło się światło, ale nie zadzwonił do drzwi. Skrobnął tylko kartkę na schodach, a ponieważ najpewniej pierwsza przeczytałaby ją gospodyni, wyraził się ogólnikowo. Złożył świstek na cztery, po czym wepchnął go przez szparę na listy i pospiesznie wrócił do czekającej taksówki. „Zgoda, ale pod jednym warunkiem: że ty ewentualnie zrobisz dla mnie to samo. V."
Clive trafnie przewidział, że linia melodyczna pozostanie nieuchwytna, póki będzie siedział w Londynie, w swej pracowni. Codziennie się przymierzał, podejmował śmiałe próby i wysiłki, ale płodził jedynie kiepsko lub starannie zakamuflowane cytaty z własnych dzieł. Nie pojawiło się nic, co narodziłoby się ze swego własnego idiomu, co miałoby własne piętno, co niosłoby ze sobą element zaskoczenia, który byłby gwarancją oryginalności. Każdego dnia, zrezygnowany, oddawał się w końcu łatwiejszym, nudniejszym zajęciom, jak choćby przygotowywanie orkiestracji, przepisywanie pomazanych stron partytury oraz szczegółowe opracowywanie rozkładu akordów minorowych, które wyznaczały rozpoczęcie powolnej części utworu. Trzy spotkania rozrzucone równo w ciągu ośmiu dni uniemożliwiły mu wyjazd do Krainy Jezior: przed wieloma miesiącami obiecał udział w charytatywnym bankiecie, następnie wyświadczając przysługę siostrzeńcowi, który pracował w radiu, zgodził się na pięciominutową pogawędkę przed mikrofonem oraz dał się nakłonić do wystąpienia w roli jurora na konkursie kompozytorskim w pewnej szkole. Wreszcie musiał odłożyć wyjazd o kolejny dzień, ponieważ Vernon poprosił go o spotkanie.
W chwilach wolnych od pracy przeglądał mapy, wcierał wosk w traperki i sprawdzał wyposażenie – rzecz bardzo ważna, gdy zamierza się wybrać na zimową wędrówkę po górach. Zasłaniając się duchem wolności artystycznej, mógłby się wypiąć na wszystkie zajęcia, ale nie znosił takiej arogancji. Miał kilku przyjaciół, którzy zagrywali kartą geniusza, ilekroć było im wygodnie, nie wywiązując się z tego lub owego zobowiązania w przekonaniu, że im więcej zamieszania sprawią, tym większy będzie powszechny szacunek dla nieodpartej natury powołania do spraw wyższej rangi. Ludzie tego rodzaju – powieściopisarze byli najgorsi z najgorszych – z powodzeniem wmówili swym przyjaciołom i rodzinom, że nie tylko ich praca, ale też każda drzemka i przechadzka, każdy napad milczenia, depresja czy pijacki wybryk noszą usprawiedliwiające znamię dążności do wzniosłego celu. Maska, pod którą kryje się mierność, tak Clive widział tę sprawę. Nie wątpił, że sztuka stanowi powołanie wyższego rzędu, nie wierzył jednak, że nietakt jest jej częścią. No, być może należałoby uznać, że na każde stulecie przypadają ze dwa wyjątki: Beethoven owszem, Dylan Thomas z całą pewnością nie.
Nikomu się nie zwierzył, że przeżywa impas w pracy. Mówił tylko, że wybiera się na krótką wycieczkę krajoznawczą. Bo w istocie wcale nie uważał, że drepcze w miejscu. Niekiedy praca wymagała od człowieka tak wiele, że należało postępować w sposób, który -jak uczyło doświadczenie – przynosi najlepsze efekty. Zatem Clive pozostał w Londynie: zjawił się na kolacji, porozmawiał w radiu, przyznał nagrodę na konkursie i po raz pierwszy w życiu ściął się ostro z Vernonem. W rezultacie dopiero pierwszego marca pojechał na stację Euston, gdzie wykupił miejsce w pociągu do Penrith.
Lubił długie podróże koleją z powodu kojącego rytmu, jaki nadawały myślom – tego właśnie potrzebował po utarczce z Vernonem. Ale zadomowienie się w pustym przedziale pierwszej klasy nie przyszło tak łatwo, jak powinno. Wszedłszy na peron w ponurym nastroju, Clive uzmysłowił sobie raptem nierówność swego kroku, jak gdyby jedną nogę miał dłuższą. Usiadłszy w przedziale, zdjął but i zobaczył zbitą masę czarnej gumy do żucia wgryzioną głęboko we wklęsły bieżnik podeszwy. Pociąg ruszył, a Clive wciąż dźgał, ciął i skrobał scyzorykiem w pocie czoła, wykrzywiając górną wargę z obrzydzenia. Pod patyną brudu guma nadal była różowawa, jak ludzkie ciało, i roztaczała lekki, ale wyraźny zapach mięty. Co za okropność – taki intymny kontakt z byłą zawartością czyichś ust, takie karygodne chamstwo ludzi, którzy żują gumę i przyklejają ją, gdzie popadnie! Po powrocie z toalety, gdzie umył ręce, przez kilka minut szukał okularów do czytania, a kiedy wreszcie znalazł je na siedzeniu obok, uświadomił sobie, że nie zabrał długopisu. Gdy w końcu skupił swą uwagę na widokach za oknem, owładnęła nim znajoma mizantropia i w zabudowanych krajobrazach widział już tylko szpetotę i bezsensowne wysiłki człowieka. W zaciszu zachodniego Londynu, dzień w dzień pochłonięty własnymi sprawami, Clive bez trudu mógł sobie wyobrażać, że cywilizacja jest sumą wszystkich gatunków sztuki, plus wyrafinowane wzornictwo, dobra kuchnia, wina i tym podobne. Teraz jednak wyglądało na to, że jest czymś innym – mila za milą ciągnęły się skromne nowoczesne domy, których najważniejszym celem zdawało się służenie za podstawkę antenom telewizyjnym i czaszom satelitarnym, fabryki produkujące bezwartościowe śmiecie reklamowane w telewizji oraz, na ponurych parkingach, długie szeregi ciężarówek, które je rozwoziły, a wszędzie były drogi i tyrania motoryzacji. Wyglądało to jak ranek po hucznej biesiadzie. Nikt sobie takiego końca nie życzył, ale nikogo nie pytano o zdanie. Nikt tego nie zaplanował, nikt nie chciał, ale większość ludzi musiała w tym żyć. Komu przyszłoby do głowy, gdyby patrzył na to stacja za stacją, że istnieje dobroć i wyobraźnia, że narodzili się Purcell, Britten, Shakespeare albo Milton? Czasem, gdy pociąg nabierał szybkości i coraz bardziej oddalał się od Londynu, ukazywała się angielska wieś, a z nią początki piękna albo raczej jego relikty, lecz po paru sekundach przed oczy wpełzała rzeka uregulowana do postaci betonowego ścieku albo raptowna rolnicza głusza bez żywopłotów i drzew, i drogi, nowe drogi, prące naprzód bez końca, bez wstydu, jak gdyby liczyło się tylko to, by znaleźć się gdzie indziej. Jeśli chodziło o dobro wszelkich innych form życia na ziemi, plan człowieka był nie tyle fiaskiem, ile grubą pomyłką od samego początku.
Jeżeli kogokolwiek należało winić za to wszystko, to Vernona. „Clive nieraz jeździł tą trasą w przeszłości i widoki nigdy go nie przygnębiały. Nie potrafił złożyć tego na karb gumy do żucia ani zawieruszonego długopisu. Awantura z poprzedniego dnia wciąż rozbrzmiewała mu w uszach i lękał się, że jej echo ścigać go będzie po górach i zniszczy jego spokój. Nosił w sobie nie tyle ścierające się głosy, ile rosnący niesmak z powodu postępowania przyjaciela, i coraz silniej odczuwał, że tak naprawdę nigdy nie znał Vernona. Odwrócił się od okna. I pomyśleć, że ledwie tydzień wcześniej zwrócił się do niego z najbardziej nietypową i intymną prośbą. Ależ wielki błąd popełnił, zwłaszcza że mrowienie w lewej ręce całkiem minęło. To był głupi niepokój wywołany pogrzebem Molly. Jeden z tych zwyczajnych przystępów lęku przed śmiercią. Ależ się odsłonił tamtego wieczoru! Myśl, że Vernon poprosił potem o to samo, wcale nie przynosiła pociechy, gdyż jego ta sprawa nic nie kosztowała prócz wepchnięcia świstka papieru przez drzwi. Być może znamionowało to… pewien brak równowagi w ich przyjaźni, który od zawsze dawał o sobie znać i którego Clive w głębi serca był świadom, tyle tylko że zamykał na to oczy, ganiąc się za miewanie niegodziwych myśli. Aż do tej pory. Tak, w ich stosunkach nastąpił przełom, w którego świetle – jeśli zadać sobie trud i się nad tym zastanowić – spięcie z poprzedniego wieczoru nie stanowiło już tak wielkiego zaskoczenia.
Читать дальше