– Molly – rzekł Clive, jak gdyby do siebie.
– Trafiłeś w dziesiątkę – odparł Vernon. Patrzył pożądliwie, czekając na reakcję przyjaciela, Clive tymczasem dalej przyglądał się zdjęciu, po części z chęci skrycia swych myśli. Najpierw poczuł zwyczajną ulgę, ulgę ze względu na Molly. Zagadka została rozwiązana. Oto, co pociągało ją w Garmonym: jego skryte życie, jego słabe strony i zaufanie, które niechybnie zbliżało ich do siebie coraz bardziej. Kochana Molly. Z pewnością była twórcza i figlarna, z pewnością go podpuszczała, wiodła coraz głębiej w marzenia, których nie mogła urzeczywistnić Izba Gmin, on zaś wiedział, że może na niej polegać. Gdyby zachorowała na co innego, niechybnie dopilnowałaby, żeby zdjęcia zostały zniszczone, zanim nastąpił koniec. Czy kiedykolwiek wykroczyło to poza sypialnię? Restauracje w zagranicznych miastach? Dwie dziewczyny wypuszczające się w miasto? Molly wiedziałaby, co i jak. Znała stroje i miejsca i niechybnie uwielbiała takie zabawne spiskowanie, bzdurność i seksowność tego wszystkiego. Clive znów sobie przypomniał, jak bardzo ją kochał.
– No i? – zapytał Vernon.
Żeby go powstrzymać, Clive wyciągnął rękę po drugie zdjęcie. Na nim, przedstawiającym ujęcie głowy i ramion, Garmony ubrany był w jedwabny kobiecy strój. Wysokie rękawy i karczek obszyto niewyszukaną koronką. Być może miał na sobie bieliznę. Efekt był jednak mniej udany, gdyż spod przebrania wyzierała przyczajona męskość, wyłaniały się żałosne pragnienia i nie spełnione nadzieje jego pogmatwanej tożsamości. Umiejętne operowanie światłem przez Molly nie zatarło konturów wydatnej kości żuchwowej dużej głowy ani wypukłości jabłka Adama. Wyglądał zupełnie inaczej, niż sądził. Te zdjęcia powinny się wydawać niedorzeczne – pomyślał Clive – one są niedorzeczne, ale z jakiegoś powodu zdjęła go groza. Tak mało wiemy o sobie nawzajem. Na ogół leżymy zanurzeni, jak kawałki kry, wystając nad powierzchnię zimną i białą skorupą naszych społecznych bytów. Oto miał przed oczami rzadki widok tego, co spoczywa pod powierzchnią, widok prywatności i zamętu pojedynczego człowieka, godności wywróconej do góry nogami przez przemożny imperatyw czystej fantazji i czystej myśli, przez nieusuwalny ludzki pierwiastek – umysł.
Po raz pierwszy Clive zaczął się zastanawiać, jak by to było, gdyby czuł sympatię do Garmony'ego. Stało się to możliwe dzięki Molly. Na trzecim zdjęciu minister miał na sobie szeroką marynarkę od Chanel i wzrok wbity w podłogę; być może na wewnętrznym ekranie własnego jestestwa był stuprocentową, realną kobietą, ale patrzący widział tylko unik. Spójrz prawdzie w oczy, jesteś mężczyzną. O wiele lepiej mu to wychodziło, gdy zwracał się prosto w obiektyw, swym roszczeniem stawiając czoło widzowi.
– No i? – Vernon tracił cierpliwość.
– Zadziwiające.
Clive oddał zdjęcia. Nie potrafił jasno myśleć, mając przed oczyma pozy Garmony'ego.
– Rozumiem więc – odezwał się – że walczysz, by zdjęcia nie dostały się do gazety.
Po części droczył się złośliwie, po części zaś starał się opóźnić wyrażenie swego zdania. Vernon popatrzył na niego zdumiony.
– Oszalałeś? Przecież to wróg. Przecież właśnie ci powiedziałem, że udało nam się uchylić sądowy zakaz publikowania.
– No tak, oczywiście. Przepraszam, nie nadążam.
– Chcę je opublikować w następnym tygodniu. Co o tym myślisz?
Clive odchylił się na krześle i splótł dłonie na karku.
– Myślę że twoi dziennikarze mają rację – powiedział dobitnie. – To okropny pomysł.
– Jak to?
– Zniszczysz go w ten sposób.
– Pewnie, cholera, że zniszczę.
– Chodzi mi o to, że zniszczysz go jako człowieka.
– Mhm.
Zapadło napięte milczenie. Clive miał w głowie tak wielki natłok obiekcji, że zdawały się one przekreślać siebie nawzajem.
Vernon posunął swój kieliszek po stole, żeby mu dolać wina, i rzekł:
– Nie rozumiem. Przecież ten facet to najgorsza zaraza. Sam tak nieraz mówiłeś.
– Fakt, to kanalia – przyznał Clive.
– Chodzą słuchy, że w listopadzie pokusi się o przewodnictwo w partii. To byłaby tragedia dla kraju, gdyby został premierem.
– I ja ta k myślę.
– No więc? – Vernon rozłożył ręce.
Znowu zapadła cisza. Clive wpatrywał się w pęknięcia na suficie, formułując myśli w głowie.
– Powiedz mi coś – przemówił w końcu. – Czy uważasz, że to coś złego, gdy mężczyzna przebiera się za kobietę?
Vernon jęknął. Zaczynał się zachowywać jak pijany. Z pewnością łyknął parę głębszych przed przyjazdem.
– Clive, na miłość boską!
– Kiedyś pochwalałeś rewolucję obyczajową. Stawałeś w obronie homoseksualistów.
– Nie wierzę własnym uszom.
– Stawałeś w obronie przedstawień i filmów, których inni chcieli zakazać. Nie dalej jak w zeszłym roku stanąłeś w obronie tych kretynów, których sądzono za to, że wbijali sobie gwoździe w jądra.
Vernon się skrzywił.
– W penisy, nie jądra.
– Czy Garmony nie ma prawa do wyrażania swych potrzeb seksualnych, których zawsze tak ochoczo bronisz? Jakie właściwie popełnił przestępstwo, że trzeba to nagłośnić?
– Przestępstwo hipokryzji, Clive. On chce ludzi wieszać i stawiać pod pręgierzem, głosi pochwałę rodziny, ciska gromy na imigrantów, azylantów politycznych, włóczęgów, ludzi z marginesu.
– To nieistotne.
– Ależ oczywiście, że istotne. Nie pieprz.
– Jeśli w tym, że jest się transwestytą, nie ma nic złego, to nie ma też nic złego w tym, że transwestytą okazuje się rasista. Złem jest natomiast być rasistą.
Vernon westchnął z udawanym politowaniem.
– Posłuchaj mnie…
Ale Clive'a poniosła już wena.
– Jeśli nie ma nic złego w tym, że się jest transwestytą -ciągnął – to nie ma też nic złego w tym, że okazuje się nim człowiek głoszący pochwałę rodziny. Że jest nim w życiu prywatnym, rzecz jasna. Jeśli nie ma nic złego w…
– Clive! Posłuchaj mnie. Całe dnie spędzasz w pracowni, śniąc o symfoniach. Nie masz pojęcia, o co toczy się gra. Jeśli teraz nie powstrzymamy Garmony'ego, jeśli w listopadzie zostanie premierem, to jego partia będzie miała dużą szansę wygrania wyborów w przyszłym roku. Pomyśl, pięć kolejnych lat! Będzie jeszcze więcej ludzi żyjących poniżej minimum socjalnego, jeszcze więcej osadzonych w więzieniach, więcej bezdomnych, więcej zbrodni, więcej zamieszek niż w zeszłym roku. Przecież on gada o powszechnym obowiązku służby wojskowej. Środowisko naturalne też ucierpi, bo facet woli przypodobać się swoim kolegom z kręgu biznesu, niż podpisać uzgodnienia dotyczące efektu cieplarnianego. Chce nas wyprowadzić z Europy. Będzie katastrofa gospodarcza! Może dla ciebie to pestka – Vernon zatoczył szeroko ręką po kuchni – ale dla większości ludzi…
– Licz się ze słowami, gdy pijesz moje wino – warknął Clive. Sięgnął po richebourga i napełnił kieliszek Vernona. – Sto pięć funtów butelka.
Vernon łyknął połowę zawartości.
– To tylko dowodzi mojej racji. Chyba po czterdziestce nie stałeś się wygodnickim prawicowcem, co?
Na ten atak Clive odpowiedział atakiem:
– Wiesz, o co w tym wszystkim naprawdę chodzi? Odwalasz czarną robotę za Lane'a. On cię wrabia. Wykorzystuje cię, Vernon, i dziwię się, że tego nie dostrzegasz. Nienawidzi Garmony'ego za jego romans z Molly. Gdyby miał coś na mnie albo na ciebie, też by to wykorzystał. A może ma? – dodał po chwili. – Pstrykała ci jakieś fotki? W stroju płetwonurka? Albo może w spódniczce baletnicy? O tym społeczeństwo też powinno się dowiedzieć.
Читать дальше