Na początku lat osiemdziesiątych willa po wuju stała się domem młodego, zamożnego kompozytora – w owym czasie Clive napisał już muzykę do przeboju kinowego Dave'a Spielera pod tytułem Boże Narodzenie na Księżycu – któremu w pogodnych chwilach wydawało się, że na zapadnięte kanapy i resztę, niby-graty, niby-antyki, wszystko kupione na Lots Road, spływa z wysokich posępnych sufitów pewne dostojeństwo. Wrażenie powagi umocniło się jeszcze, kiedy o porządek zaczęła dbać energiczna gospodyni. Niby-graty, odkurzane i polerowane, przemieniły się ostatecznie w antyki. Wyprowadzili się ostatni lokatorzy i w domu zapanowała cisza gabinetu. W ciągu kilku lat Clive przegalopował przez dwa małżeństwa, z których wyszedł raczej bez szwanku. Trzy kobiety, z którymi łączyły go bliskie stosunki, mieszkały za granicą. Ta, z którą był obecnie, Susie Marcellan, przebywała w Nowym Jorku i nigdy nie zjawiała się na dłużej. Upływ lat i sukcesy zawęziły jego życie do wyższych celów – chronił swą prywatność, jeśli nie obsesyjnie, to na pewno starannie. Dziennikarze i fotografowie stracili prawo wstępu i dawno minęły czasy, kiedy Clive wykroił sobie parę minut między spotkaniem z przyjaciółmi lub kochanką a przyjęciem, by machnąć śmiałe intro, a nawet całą piosenkę. Odeszła epoka domu otwartego.
Niemniej Vernon z przyjemnością tam przychodził, bo przeżył w tym miejscu kawałek swej młodości i wiązały się z nim miłe wspomnienia: dziewczyny, wesołe wieczory umilane narkotykami oraz praca do białego rana w małej sypialni położonej w głębi domu. Wspomnienia z epoki maszyny do pisania i kalki. Nawet teraz, kiedy wysiadł z taksówki i ruszył schodami do drzwi, odezwało się w nim, choć tylko szczątkowo, uczucie, którego już nie miewał, a mianowicie posmak wyczekiwania, wrażenie, że wszystko może się zdarzyć.
Kiedy Clive otworzył drzwi, Vernon nie zobaczył w jego postawie żadnych wyraźnych oznak kryzysu czy załamania. Uściskali się w przedpokoju.
– W lodówce mam szampana.
Clive przyniósł butelkę i dwa kieliszki i poprowadził gościa schodami na górę. W domu panowała duszna atmosfera i Vernon domyślił się, że przyjaciel nie wychodził przez dzień czy dwa. Nie domknięte drzwi odsłaniały bałagan w sypialni. Vernon wiedział, że gdy Clive ma wiele pracy, czasem daje gospodyni wolne na dłużej. Wygląd pracowni potwierdzał pierwsze wrażenie. Na podłodze walały się arkusze papieru nutowego, a przestrzeń wokół fortepianu i komputera, na którym Clive niekiedy opracowywał orkiestrację, zajmowały brudne talerze, filiżanki i kieliszki. Powietrze było ciężkie i wilgotne, jak gdyby oddychano nim od dawna.
– Przepraszam cię za bałagan.
Wspólnie uprzątnęli książki i papiery z foteli, następnie usiedli do szampana i zdawkowej rozmowy. Clive opowiedział Vernonowi o swym spięciu z Garmonym na pogrzebie Molly.
– Nasz minister naprawdę powiedział „spierdalaj"? Mogliśmy o tym napisać w aktualnościach.
– Racja. Ja staram się nie wchodzić nikomu w drogę.
Ponieważ zeszli na Garmony'ego, Vernon zrelacjonował swe dwie rozmowy telefoniczne z George'em Lane'em. Historia powinna była zaciekawić Clive'a, tymczasem on nie okazał większego zainteresowania sprawą zdjęć i nakazu sądowego. Najwyraźniej słuchał jednym uchem. Zerwał się na nogi, gdy tylko Vernon skończył opowiadać. Dolał szampana. Zapadło ciężkie milczenie, które zapowiadało zmianę tematu. Clive odstawił kieliszek i przemierzył pracownię w tę i z powrotem, delikatnie masując sobie lewą dłoń.
– Myślałem sporo o Molly – odezwał się wreszcie. -O tym, jak umarła, jak to się szybko rozegrało, jak była bezradna, jak bardzo by nie chciała, żeby tak to się potoczyło. O tym, o czym obaj rozmawialiśmy.
Zamilkł. Vernon upił szampana i czekał.
– Chodzi o rzecz następującą. Miewam ostatnio pewne lęki… – Podniósł rękę, żeby powstrzymać Vernona od pytań. – To prawdopodobnie głupstwo. Wiesz, coś w tym rodzaju, z powodu czego w nocy człowiek poci się ze strachu, a z czego rano się śmieje. Nie o tym chcę mówić. To na pewno nic poważnego, ale też nic nie tracę, prosząc cię o to, o co chcę poprosić. Przypuśćmy, że poważnie bym zachorował, jak Molly, że zacząłbym się staczać po równi pochyłej i popełniać okropne omyłki, no wiesz, straciłbym władzę sądzenia, zapomniałbym, co jak się nazywa albo kim jestem, rzeczy tego rodzaju. Chciałbym mieć pewność, że w takiej sytuacji byłby ktoś, kto pomógłby mi z tym skończyć… To znaczy, pomógłby mi umrzeć. Zwłaszcza gdy zabrnęłoby to na tyle daleko, że sam już nie potrafiłbym podjąć odpowiedniej decyzji we własnej sprawie albo nie mógł postąpić zgodnie z tą decyzją. Rzecz więc sprowadza się do tego, że proszę cię, jako mego najwierniejszego przyjaciela, byś mi pomógł, gdybym kiedykolwiek doszedł do takiego etapu, a ty uznałbyś, że należałoby to zrobić. Tak jak być może pomoglibyśmy Molly, gdybyśmy mieli wpływ… – Clive urwał, zmieszany zachowaniem Vernona, który patrzył na niego ze wzniesionym kieliszkiem, jak gdyby zamarzł w trakcie picia. Odchrząknął głośno. – Wiem, że to bardzo nietypowa prośba. Zdaję też sobie sprawę, że w tym kraju jest to przestępstwo, a ja nie chciałbym, żebyś z mojego powodu był na bakier z prawem, zakładając oczywiście, że się zgodzisz. Ale są sposoby i miejsca, i gdyby doszło do takiej sytuacji, chciałbym, byś wsadził mnie w samolot i zawiózł, dokąd trzeba. To ogromna odpowiedzialność i mogę o to prosić jedynie najbliższego przyjaciela, takiego jak ty. Chcę też, żebyś wiedział, iż nie mówię tego w desperacji czy powodowany panicznym strachem. Dokładnie to przemyślałem. – Vernon wciąż siedział i patrzył w milczeniu, toteż Clive dodał zawstydzony: – No, to by było chyba wszystko.
Vernon odstawił kieliszek, podrapał się w głowę i wstał.
– Może chcesz pomówić o tych lękach?
– Nie, w żadnym razie.
Zerknął na zegarek. Już się spóźnił do Lane'a.
– Hm, prosisz o dużo. Muszę się nad tym zastanowić. Clive skinął głową. Vernon pierwszy ruszył schodami na dół i dalej do wyjścia. Znów uściskali się w przedpokoju. Clive otworzył drzwi i Vernon wyszedł na dwór.
– Muszę to przemyśleć.
– Oczywiście. Dzięki, że wpadłeś.
Obaj przyjęli do wiadomości, że charakter prośby, jej intymność i wstydliwe refleksje nad łączącą ich przyjaźnią wywołały na krótko krępujące emocjonalne zbliżenie, z którym najlepiej mogli sobie poradzić, rozstając się bez jednego słowa więcej, i tak Vernon pomaszerował szybko ulicą w poszukiwaniu taksówki, a Clive wrócił schodami do swego fortepianu.
Lane sam otworzył drzwi swej rezydencji w Holland Park.
– Miałeś być wcześniej.
Uznawszy, że on próbuje grać rolę magnata prasowego, który wezwał redaktora na dywanik, Vernon nie raczył przeprosić za spóźnienie ani nawet odpowiedzieć i tylko ruszył za gospodarzem rozświetlonym holem do salonu. Na szczęście nie było tam niczego, co przypominałoby mu o Molly. Pokój umeblowano w stylu pałacu Buckingham, jak to ona kiedyś określiła: ogromne łososiowe kanapy, fotele o oparciach rzeźbionych w pnącza winorośli i ślimacznice, grube dywany w kolorze musztardowym, brązowe obrazy olejne z końmi wyścigowymi na murawie, reprodukcje sielankowego Fragonarda w ogromnych pozłacanych ramach przedstawiające panie na huśtawkach, a całą tę zasobną pustkę oświetlały lakierowane mosiężne lampy. Lane doszedł do masywnego marmurowego obramowania piecyka gazowego udającego kominek i odwrócił się.
Читать дальше