Wróciłam ze spaceru, po czym pół godziny odsiedziałam, wpatrując się w komórkę, niezdolna podjąć decyzji, do kogo dzwonić: do Poli czy do Marcina. Nigdzie nie zadzwoniłam, za to Marcin przysłał SMS: „Wszyscy zdrowi. Jedziemy do domu”.
Pola weszła z rzadką miną, wystrojona w błyszczący srebrzyście, kusy top, który z całą pewnością nie pochodził z jej szafy, dżinsowe rybaczki i buty na wysokim do śmieszności czarnym koturnie.
– Nie pozwoliłem jej się przebrać w samochodzie, żebyś to sama zobaczyła – mruknął Marcin.
Spod nieporadnego makijażu wyzierała mocno przestraszona buzia. Nie było śladu po tej hardej pannicy, która od tygodni rozstawiała nas po kątach, jak chciała. Marcin wskazał jej krzesło przy stole, sam usiadł po przeciwnej stronie. Opadłam na krzesło pomiędzy nimi.
Masz nam coś do powiedzenia? – zapytałam.
No, chyba powinnam was przeprosić – mruknęła moja córka.
To przeproś – powiedział Marcin.
Spojrzała na niego, może nawet miała ochotę się odgryźć, ale chyba zrezygnowała, spojrzała na mnie i oświadczyła:
– Przepraszam, że was oszukałam. I że tak wam utrudniam życie.
Chciałam się odezwać, ale ubiegł mnie Marcin.
– Nam nic nie utrudniasz – powiedział. – Sama sobie utrudniasz. Tak jak ci powiedziałem w samochodzie, ja cię rozumiem, ale ty też spróbuj chociaż trochę nas zrozumieć.
Mogę już iść? – zapytała Pola.
Prosto do łóżka – odparłam. – Jutro wrócimy do tej rozmowy.
– Ale mamo…
– Muszę porozmawiać z twoim ojcem o tym, co się dziś stało. To już nie są żarty, dziewczynko.
Tego się nie spodziewała. Przyjrzała mi się z zastanowieniem, ale nic nie powiedziała. Zawołała Figę i obie poszły na górę.
Marcin wstał od stołu i zaczął robić herbatę.
– Jak ją znalazłeś? – zapytałam.
– Nie chcieli mnie wpuścić – zaśmiał się, wskazując niedbałym gestem swoją spraną koszulkę z Garfieldem. – Jakaś bardzo przejęta rolą panienka zaczęła mi tłumaczyć, że to nie jest miejsce dla mnie. Ja bym z nią nawet podyskutował, bo zaciekawiło mnie czemu, ale matka tej drugiej zrobiła takie piekło, że przyleciał manager klubu, ochroniarze go zaalarmowali. Osobiście dopilnował, żebyśmy znaleźli panienki i zmyli się z nimi możliwie szybko.
Co robiły?
One? Tańczyły na barze.
Co?
– Nic, czego by nie mogły podpatrzyć w teledyskach. – Jakbyś zobaczyła, co wyrabia reszta, to byś wiedziała, że to było najbezpieczniejsze dla nich miejsce. Ale jeśli miały oczy otwarte, a miały, to dostały szczegółowy instruktaż, bo towarzystwo było mieszane i już nieźle popłynęło.
Nie miałam więcej pytań.
Nawet się specjalnie nie opierały, chociaż szczęki im obu opadły, jak nas zobaczyły. Słowa nie zamieniliśmy tam w środku, zabraliśmy je i wyszliśmy w eskorcie dwóch ochroniarzy.
Ciekawe, co powiedziała matka tej całej Doti – westchnęłam.
Oj, chyba nic. Ledwie wyszliśmy na zewnątrz, tak natrzaskała dziewczynie po gębie, że tylko głowa latała.
Żartujesz!
A skąd! Żałuj, że nie widziałaś miny swojej córki, jak na to patrzyła. – Roześmiałam się, chociaż wcale nie było mi do śmiechu. – Ja nie mogłem niestety zastosować kary cielesnej. Za to porozmawialiśmy sobie trochę o risk management.
O czym?
O zarządzaniu ryzykiem – wyjaśnił z pobłażliwym uśmiechem – czyli ocenianiu stopnia zagrożenia, opłacalności pewnych zachowań i możliwych konsekwencjach, w tym również karach.
Na razie to ja zostałam ukarana – mruknęłam. – Będę musiała opowiedzieć o tym Trześniewskiemu.
– Jak uważasz.
Wolę, żeby się dowiedział ode mnie.
Jakoś mi się nie wydaje, żeby się paliła do opowiadania mu akurat o tym.
Nieważne, muszę z nim pogadać – westchnęłam po raz tysięczny tego długiego wieczoru. – Za chwilę wyjeżdża z nią na dwa tygodnie, musi wiedzieć, co jest i co się może zdarzyć. Już sobie wyobrażam te komentarze.
– Nie przejmuj się – machnął ręką. – Przecież to i tak wszystko moja wina.
Po raz kolejny nie mylił się, niestety.
Dwudziestego lipca wyjrzała na ten świat – niechętnie i bez pośpiechu – moja córka, Ula, nazwana tak po mojej matce, Urszuli.
Pierwszy raz w życiu dałem łapówkę. Przyjęła ona szlachetną postać dobrowolnej wpłaty na fundację przyszpitalną. Tak, zdaje się, było OK. Zapłaciliśmy trzy i pół tysiąca złotych – to były duże pieniądze, ale inwestycja słuszna. Kupowało się za to poród rodzinny, pojedynczy pokój z własną łazienką, opiekę anestezjologa, położnej i lekarza.
Dla mnie to był normalny standard, ale Dasza widziała to inaczej. Jeszcze pamiętała, jak piętnaście lat temu najpierw rodziła Polę, marznąc samotnie w wielkiej hali na tak zwanym stanowisku porodowym, które wyglądało jak katafalk, a potem spędziła blisko tydzień w ośmioosobowej sali z jedną łazienką i trzema prysznicami na cały oddział kobiet po porodzie.
Przyjechaliśmy do szpitala po pierwszych niewyraźnych skurczach. Minęły już dwa wyznaczone terminy porodu, więc lekarz prowadzący ciążę zdecydował, że nie ma na co czekać. Oksytocyna, znieczulenie i akcja.
Po czterech godzinach czerwony kulfonik (nos dokładnie taki jak mój – biedne dziecko!) wyjrzał, rozpłakał się niezadowolony, a ja poczułem, że nic już nigdy nie będzie takie samo.
Przecinałem pępowinę, myłem, ważyłem, ręce mi się trzęsły, płakałem jak bóbr. Położne patrzyły na mnie dziwnie, ale miałem to gdzieś. Byłem ojcem. Nareszcie. Patrzyłem na rozkrzyczane ciałko, ważone i mierzone, i wiedziałem, że od dzisiaj nie będę już musiał zadawać wzniosłych pytań o sens życia ani swoje przeznaczenie. Już wiedziałem. Miałem już wszystko, czego mi brakowało. Wszystko, czego potrzebowałem. Byłem ojcem!
Dasza leżała jeszcze na obserwacji, a ja wyszedłem na korytarz i zadzwoniłem do Poli. Dwa dni wcześniej wróciła z wyjazdu z Trześniewskim, bo plan był taki, że Ula urodzi się pod jej nieobecność, żeby odsunąć ją od całego tego niemożliwego do uniknięcia zamieszania. Nie udało się, a raczej Ula zdecydowała inaczej.
Wsiadaj w metro i przyjeżdżaj zobaczyć swoją przyrodnią siostrę. Rudą jak marchewka.
No, nie wiem – odpowiedziała Pola ostrożnie. – Musiałabym jeszcze umyć głowę.
To przyjedź z brudną.
– Nie, muszę umyć, tylko strasznie mi się nie chce. Nie, chyba nie przyjadę.
Jak nie, to nie. Nie miałem zamiaru dać się ściągać na ziemię humorami Poli. Zacząłem rozsyłać SMS – y na pół świata. I łzawo czytać odpowiedzi.
Gdzie Pola? – zapytała Dasza, jak już mogłem znowu do niej wejść.
Odcięła się – powiedziałem. – Ja ci muszę wystarczyć.
– Na to wygląda – szepnęła mocno rozczarowana.
Biedna Dasza, nadał nie potrafiła się rozstać z tymi swoimi idyllicznymi wyobrażeniami. W tej sprawie nie mogłem jej pomóc. Mogłem ją potrzymać za rękę i już nie płakać z zachwytu nad różowym pakunkiem śpiącym w rynience z pleksiglasu obok łóżka Daszy.
Nie wiem, czy to w reakcji na zachowanie Poli, czy mimo wszystkich tych luksusów zadziałał instynkt samozachowawczy, dość że zanim minęła doba od porodu, Dasza zażądała, by wypisać ją ze szpitala. Nie chciała słuchać żadnych tłumaczeń, chciała tylko wstawać i uciekać. Lekarz dyżurny patrzył na mnie jak na idiotę, pielęgniarki jak na potwora, nic to.
Następnego dnia po porodzie byliśmy już w domu i poszliśmy na spacer. Z mocno zdziwionym psem i dwudniowym dzieckiem w wózku. Było słonecznie, Dasza nie miała problemów z chodzeniem, spacer był długi, cudny. Jeśli nosiłem w sobie jakiekolwiek idylliczne wyobrażenia, to właśnie mi się spełniły. Goniłem wiewiórki i ogłupiałe w lipcowym upale wrony. Chciałem połknąć świat tu i teraz. A Ula spała.
Читать дальше