– Kiedy przyjechałaś? – spytał Eliot.
– Wczoraj wieczorem, pociągiem z Londynu.
– Mieszkasz stale w Londynie?
– Tak.
– I nigdy przedtem tu nie byłaś?
– Nawet nie wiedziałam o istnieniu Boscarvy ani o tym, że Grenville Bayliss jest moim dziadkiem. Moja matka nigdy mi o tym nie mówiła, aż do ostatniej nocy przed swoją śmiercią.
– A skąd w tym wszystkim wziął się Joss? Trudno to było wytłumaczyć.
– To był zupełny przypadek. Poznałam go w Londynie, a gdy wysiadałam z pociągu, on przypadkowo znalazł się na stacji.
– Gdzie się zatrzymałaś w Porthkerris?
– U pani Kernów na Rybackim Zaułku.
– A czy zdajesz sobie sprawę z tego, że Grenville jest starym, chorym człowiekiem?
– Tak.
– Myślę, że z tym listem od pana Pedersena trzeba uważać. Może moja matka byłaby najlepsza…
– Ależ oczywiście.
– Całe szczęście, żeś go w porę dostrzegła.
– Przypuszczałam, że on do was napisze. Bałam się tylko, że będę pierwszą osobą, która przyniesie wam wszystkim tę wiadomość.
– Teraz ktoś zrobi to za ciebie! – Eliot uśmiechnął się, przez co od razu wyglądał młodziej, mimo swoich dziwnych oczu i gęstych włosów barwy srebrnego lisa.
– Wiesz co? Zaczekaj tutaj, a ja poszukam mamy i spróbujemy włączyć ją do akcji. Napijesz się tymczasem kawy lub czegoś innego?
– Jeśli nie sprawię kłopotu…
– Żaden kłopot. Powiem Pettiferowi. – Otworzył drzwi za sobą. – Czuj się jak u siebie w domu.
Zamknął cicho drzwi i wyszedł. Pettifer… „Pettifer także kiedyś służył w marynarce, a potem usługiwał mojemu ojcu, był także kierowcą. A jego żona dla nas gotowała”. Tyle dowiedziałam się od matki. A znów Joss powiedział mi, że pani Pettifer umarła. Ale w tamtych, dawnych czasach zabierała Lizę i jej brata do kuchni i robiła im gorące grzanki z masłem. To ona osłaniała te dzieci przed ciemnością i chłodem, dzięki niej czuły się bezpieczne i kochane.
Póki byłam sama, zwiedzałam pokój, w którym kazano mi czekać. Była tam oszklona szafka z dziełami sztuki Wschodu, w tym także małymi przedmiotami z nefrytu. Zastanawiałam się, czy to te, o których wspominała matka. Rozglądałam się w nadziei, że zobaczę również weneckie lustro i biurko w stylu davenport, gdy wtem moją uwagę przykuł obraz wiszący nad gzymsem kominka. Kiedy zaczęłam mu się przyglądać, zapomniałam o wszystkim innym.
Był to portret młodej dziewczyny ubranej według mody panującej we wczesnych latach trzydziestych: szczupłej, o płaskim biuście, w białej sukni zwisającej luźno aż do bioder. Ciemne, krótko obcięte włosy czarująco niewinnie odsłaniały długą, smukłą szyję. Kobieta na obrazie siedziała na wysokim taborecie, trzymając w dłoniach tylko jedną różę na długiej łodydze. Nie widać jednak było jej twarzy, gdyż odwrócona tyłem do malarza, patrzyła przez jakieś niewidoczne okno, prosto w słońce. Całość była utrzymana w kolorach różowym i złotym, stwarzając wrażenie światła słonecznego przeświecającego przez cienki materiał białej sukienki. Było to zachwycające.
Drzwi za mną otworzyły się nagle, toteż odwróciłam się, przestraszona. Do salonu wszedł starszy mężczyzna, łysy, lekko przygarbiony, stąpając ostrożnie i uroczyście. Nosił binokle i koszulę w paski o staromodnym sztywnym kołnierzyku, a na niej niebiesko-biały fartuch, jakiego używają rzeźnicy.
– Czy tu jest ta młoda dama, która chciała napić się kawy? zapytał niskim, grobowym głosem, co w połączeniu z jego uroczystym wyglądem nasuwało skojarzenia z przedsiębiorcą pogrzebowym.
– Owszem, chętnie, jeśli to nie sprawi kłopotu.
– Czy pani życzy sobie mleka i cukru?
– Dziękuję, nie słodzę. Prosiłabym o trochę mleka. Właśnie podziwiałam ten portret…
– O, tak, jest bardzo ładny. Nazywa się „Dama z różą”.
– Ale nie widać jej twarzy.
– Ano nie.
– Czy to malował mój… to znaczy, pan Bayliss?
– O, tak. Ten obraz wisiał nawet w Akademii Sztuk Pięknych, mógł być setki razy sprzedany, ale pan komandor nigdy by się z nim nie rozstał.
Mówiąc to, staruszek skrupulatnie zdjął okulary i zaczął mi się intensywnie przyglądać. Oczy miał już wyblakłe ze starości. Kontynuował:
– Kiedy pani mówiła, przez chwilę przypominała mi kogoś. Tylko że pani jest młoda, a ona już by teraz była w średnim wieku. I jej włosy były czarne jak kruk. Moja stara tak zawsze mówiła: „Czarne jak skrzydło kruka”.
– Czy Eliot nic panu nie powiedział? – zapytałam.
– A czego takiego pan Eliot mi nie powiedział?
– Ta osoba, o której pan mówi, to była Liza, prawda? A ja jestem Rebeka, jej córka, – No tak. – Nieco się guzdrząc, włożył binokle znów na nos. Na jego ponurej twarzy mignął nikły przebłysk zadowolenia. – A więc miałem rację. W takich sprawach rzadko się mylę. – Wyciągnął do mnie spracowaną rękę. – To prawdziwa radość dla mnie poznać panienkę. Nigdy nie myślałem, że spotka mnie taka radość. A czy mamusia panienki też przyjechała?
Wolałabym, żeby Eliot bardziej ułatwił mi zadanie.
– Mama nie żyje. Umarła w zeszłym tygodniu, na Ibizie. Dlatego właśnie tu jestem.
– Umarła? – Oczy, starego zasnuły się mgłą.
– Bardzo mi przykro. Naprawdę bardzo mi przykro. Powinna była wrócić tu, do domu. Wszyscy chcieliśmy znów ją zobaczyć. – Wyciągnął dużą chustkę i wysiąkał nos. Potem dalej indagował: – A kto powie o tym panu komandorowi?
– Eliot poszedł po swoją matkę. Widzi pan, dziś przyszedł z Ibizy list do dziadka od człowieka, który… opiekował się mamą. Ale jeśli pan sądzi, że to nie jest dobry pomysł…
– To, co ja sądzę, nie ma żadnego znaczenia – odrzekł Pettifer. – A ktokolwiek powie o tym panu komandorowi, i tak nie złagodzi to jego bólu. Ale powiem panience jedno. Twój pobyt tutaj może bardzo dużo pomóc.
– Dziękuję panu!
Ponownie wytarł nos i schował chustkę.
– Pan Eliot i jego matka nie są tu u siebie. Ale były tylko dwie możliwości: albo pan komandor i ja przeprowadzimy się do High Cross, albo oni przeniosą się tutaj. A oni nie przyszliby tutaj na stałe, gdyby doktor się nie uparł. Mówiłem, że sami we dwóch też dalibyśmy sobie radę, przez tyle lat byliśmy razem… No, ale nie jesteśmy już młodzi, a jeszcze pan komandor przeszedł zawał…
– Tak, wiem.
– A kiedy moja umarła, nie było komu gotować. To znaczy, ja też potrafię to robić dosyć dobrze, ale sporo czasu zajmuje mi opieka nad panem komandorem, a nie zniósłbym, gdyby miał chodzić zaniedbany.
– Pewnie, że nie…
Przerwało mi trzaśniecie drzwi. Śmiały, męski głos zawołał: „Pettifer!” Stary powiedział:
– Przepraszam panienkę na chwilę. – I wyszedł sprawdzić, kto go woła, zostawiając otwarte drzwi.
– Pettifer!
Usłyszałam jego głos pełen satysfakcji.
– Cześć, Joss!
– Czy ona tam jest? Kto ma tu być?
Rebeka.
Tak, jest w salonie. Właśnie idę przynieść jej filiżankę kawy.
To bądź tak dobry i zrób od razu dwie. Dla mnie ma być czarna i mocna!
Słychać było w hallu jego zbliżające się kroki, a po chwili stanął już w drzwiach, długonogi, czarnowłosy i oczywiście wściekły.
– Co ty u diabła tu robisz? – gniewnie zażądał wyjaśnień.
Poczułam, że jeżą mi się włosy, jak u czujnego psa. Eliot w rozmowie ze mną użył zwrotu „dom”. Tu, w Boscarvie, był mój dom i Jossowi nic do tego, czy jestem tu, czy nie.
Читать дальше