To, czego Schneilowie zdołali się dowiedzieć o ich mitologii, wierzeniach i zwyczajach, dawało już jakieś pojęcie o trudach prowadzonego przez nich życia i odsłaniało fragmenty plemiennych dziejów. Powstali z tchnienia boga Tasurincziego, twórcy całego istnienia, i nie mieli imion własnych. Ich imię zawsze było tymczasowe, względne i przejściowe: ten, który nadchodzi lub odchodzi, mąż tej, która właśnie zmarła, lub ten, który opuszcza czółno, ten, który się urodził lub wystrzelił z łuku. Jedyne liczby, jakie istniały w ich języku, to: jeden, dwa, trzy lub cztery. Wszystkie pozostałe wielkości określane były jako „dużo”. Ich wyobrażenie raju było skromne: to miejsce, gdzie w rzekach są ryby, w lasach zaś zwierzyna łowna. Łączyli swoje wędrowne życie z drogą gwiazd przez firmament. Wskaźnik dobrowolnych śmierci był u nich bardzo wysoki. Schneilowie opowiedzieli nam o paru przypadkach samobójstw wśród mężczyzn i kobiet Macziguengów, z którymi sami się spotkali; pośród tych ostatnich przede wszystkim – poprzez wbicie ciernia czambiry w serce albo w skronie lub spożycie trującego napoju z powodów zupełnie błahych, jak sprzeczka, nieudany strzał z łuku czy reprymenda ze strony kogoś z rodziny. Nic nie znacząca trudność mogła popchnąć Macziguengę do samobójczej śmierci. Tak jakby jego wola życia, jego instynkt samozachowawczy zostały ograniczone do minimum.
Najbłahsza choroba najczęściej okazywała się dla nich śmiertelna. Jak wiele amazońskich plemion panicznie bali się kataru – reagowali przerażeniem na każde kichnięcie w ich obecności – ale, w odróżnieniu od innych, gdy padali ofiarą choroby, nie chcieli zdrowieć. Z pierwszym bólem głowy, krwotokiem, po wypadku już gotowali się na śmierć. Odmawiali zażywania lekarstw czy poddania się kuracji. „Po co, jeśli i tak musimy odejść”, odpowiadali. U swych szamanów czy znachorów – zwanych seripigari – szukali pomocy jedynie w celu wypędzenia z nich złych duchów lub wyleczenia przypadłości duszy; ale wystarczyło im, że zło objawiało się cielesnymi dolegliwościami, by uznać je natychmiast za nieuleczalne. Często można było zaobserwować u Macziguengów, jak chory kładzie się na brzegu rzeki, by tam czekać na śmierć.
Równie skrajny jak fatalizm i bojaźliwość Macziguengów był ich nieufny, przewrażliwiony stosunek do obcych. Ogrom cierpień doznanych przez plemię w okresie gorączki kauczuku, gdy polowali na nich „uzdatniacze” z osad zbieraczy lub Indianie z innych plemion spłacający w ten sposób swoje długi wobec szefów, odcisnęły przerażające piętno na ich mitach i podaniach odnoszących się do tej epoki zwanej przez nich czasem wykrwawiania drzew. Być może Macziguengowie, jak utrzymywał misjonarz dominikański, ojciec Jose Pio Aza – pierwszy badacz ich języka – rzeczywiście byli ostatnim śladem cywilizacji panamazońskiej (zaświadczonej tajemniczymi petroglifami rozrzuconymi w regionie górnej Urubamby), która od pierwszego starcia z Inkami, ponosząc klęskę za klęską, zaczęła stopniowo zanikać.
Nawiązanie pierwszych kontaktów przyszło parze lingwistów z ogromnym trudem. Dopiero po roku usilnych starań rodzina Macziguengów udzieliła Schneilowi gościny. Opowiedział nam o delikatności całego doświadczenia, o przeżywanym tego ranka u źródeł rzeki Timpia niepokoju i nadziejach, kiedy całkowicie nagi ruszył wreszcie ku samotnie stojącej chacie splecionej z kory i pokrytej słomianym dachem, w której był już poprzednio trzykrotnie, zostawiając podarunki – nie spotkawszy wówczas nikogo, ale czując za plecami spojrzenia Macziguengów śledzących go zza krzaków – i zobaczył, że tym razem pół tuzina jej mieszkańców nie ucieka.
Od tamtego czasu Schneilowie jeździli tam często, choć na krótko – razem lub każde z osobna – żyjąc z tą lub z innymi rodzinami Macziguengów z górnej Urubamby i jej dopływów. Towarzyszyli im w okresie pory suchej, wypływając z nimi na połowy lub wyruszając na polowania i zbierając dokumentację, między innymi nagrania, które nam zaprezentowali. Był to zapis ciągu chrzęstów z pojawiającymi się nagle wysokimi dźwiękami, czasami zaś gardłowy zamęt będący, jak nam wyjaśnili, śpiewem. Mieli zapisany tekst jednej z takich pieśni, w transkrypcji i w przekładzie dokonanym przez jednego z misjonarzy dominikańskich w latach trzydziestych, a wysłuchanej ponownie przez Schneilów ćwierć wieku później w jednym z wąwozów rzeki Sepahua. Tekst wspaniale ilustrował stan ducha panujący we wspólnocie, o którym nam opowiadali. Do tego stopnia, że przepisałem pieśń w całości. Od tamtej pory noszę tę kartkę przy sobie, złożoną we czworo, w jednej z przegródek portfela, niczym amulet. Jeszcze można przeczytać:
Opampogyakyena shinoshinonkarintsi
Patrzy na mnie smutek
Opampogyakyena shinoshinonkarintsi
Patrzy na mnie smutek
ogakyena kabako shinoshinonkarintsi
patrzy na mnie uważnie smutek
ogakyena kabako shinoshinonkarintsi
patrzy na mnie uważnie smutek
okisabintsatana shinoshinonkarintsi
bardzo dokucza mi smutek
okisabintsatana shinoshinonkarintsi
bardzo dokucza mi smutek
amakyena tampia tampia tampia
przyniósł mi wiatr, wichurę
ogaratinganaa tampia tampia
przyniósł mi wiatr
okisabintsatana shinoshinonkarintsi
bardzo dokucza mi smutek
okisabintsatana shinoshinonkarintsi
bardzo dokucza mi smutek
amaanatyomba tampia tampia
przyniósł mi wiatr, wichurę
onkisabintsatenatyo shinonka
bardzo dokucza mi smutek
shinoshinonkarintsi
smutek
amakyena popyenti pogyentima pogyenti
przyniósł mi robaczka robaczka
tampia tampia tampia
wiatr, wichurę, wiatr.
Choć Schneilowie wystarczająco opanowali język Macziguengów, to daleko im jeszcze było do całkowitego poznania jego struktury. Był to archaiczny język o wibrującej dźwięczności, aglutynacyjny, w którym jedno tylko słowo złożone z wielu innych mogło wyrażać bardzo rozległą myśl.
Pani Schneil była w ciąży. Dlatego też oboje przebywali obecnie w bazie w Yarinacocha. Po przyjściu na świat ich pierwszego dziecka zamierzali wrócić do Urubamby. Syn czy córka, mówili, wychowa się tam i opanuje język Macziguengów lepiej, a być może i szybciej od nich.
Schneilowie, tak jak pozostali lingwiści, ukończyli studia na uniwersytecie w Oklahomie, byli jednak, przede wszystkim, podobnie jak ich koledzy, istotami ożywionymi duchowym projektem: rozpowszechnianiem Biblii. Nie wiem, jaka była ich konkretna orientacja religijna, bo pośród lingwistów Instytutu znajdują się przedstawiciele różnych Kościołów. Ku badaniu kultur pierwotnych pchał ich impuls religijny: przetłumaczenie Biblii na języki tych kultur, tak by mówiące nimi ludy mogły wysłuchać słowa Bożego w rytmie i modulacji ich własnej muzyki. Tym zamysłem kierował się doktor Peter Townsend – interesująca postać, mieszanka misjonarza i pioniera, przyjaciel meksykańskiego prezydenta Lazaro Cardenasa i autor książki o nim – zakładając Instytut i tymi pobudkami nadal kierują się lingwiści w swej mrówczej pracy. Przypadki silnej, niewzruszonej wiary, dla której człowiek jest w stanie poświęcić całe swoje życie i zaakceptować każdą ofiarę, zawsze mnie poruszały i zarazem przerażały, z takich bowiem postaw rodzą się zarówno heroizm, jak i fanatyzm, czyny altruistyczne, jak i zbrodnicze. Ale w przypadku lingwistów Instytutu, ich wiara wydała mi się podczas owej podróży zupełnie nieszkodliwa. Jeszcze pamiętam kobietę – dziewczynę prawie – od lat już żyjącą pomiędzy Shaprami znad Morony i osiadłą pomiędzy Huambisami rodzinę, której dzieci – rudowłose jankesiki – pluskały się nagie przy brzegu rzeki z miedzianoskórą dzieciarnią z osady, gadając i plując jak ona. (Huambisi plują, kiedy mówią, żeby pokazać, że mówią prawdę. Człowiek, który nie pluje przy mówieniu, jest dla nich kłamcą.)
Читать дальше