— Któż to może wiedzieć!
Zapadł już wieczór i jadalnia pogrążona była w mroku. Mino wyciągnął rękę przez stół i zapalił wiszącą nad nim lampę, ale poza jej kręgiem w pokoju było ciemno. Na stole leżały okulary matki oraz karty od pasjansa. Mino wziął karty i zaczął rozdawać, mówiąc:
— Chodź, zagramy w karty przed kolacją.
— Co za pomysł! — zawołałam. — Chcesz teraz grać w karty?
— Tak… jedną partyjkę, w sześćdziesiąt sześć… No chodź!
Usłuchałam, usiadłam naprzeciw niego i machinalnie wzięłam do ręki karty, które mi podawał. Zaczęłam grać. Wydawało mi się, że wszystkie figury mają dziwnie szyderczy i obłudny wyraz twarzy: walet pikowy, czarny, ponury, z czarnym okiem i czarnym kwiatem w ręku, królowa kier — złośliwe, rozwydrzone stare babsko, król karo — otyły, zimny, obojętny, nieludzki. Wydawało mi się, że gra toczy się między nami o jakąś wielką stawkę, ale co to była za stawka, tego nie wiedziałam. Byłam śmiertelnie smutna, co chwila wzdychałam, jak gdybym chciała się upewnić, czy w dalszym ciągu ten nieznośny ciężar przytłacza mi piersi, i wciąż stwierdzałam, że nie tylko nie znika, ale się powiększa.
Mino wygrał pierwszą partię, potem drugą.
— Co się z tobą dzieje? — zapytał tasując karty. — Robisz błąd za błędem.
Rzuciłam karty i powiedziałam:
— Nie męcz mnie, Mino… Nie mogę teraz grać w karty.
— Dlaczego?
— Nie wiem.
Wstałam i przeszłam się po pokoju, rozpaczliwie wykręcając sobie palce, a potem zaproponowałam:
— Chodźmy do mego pokoju!
— Chodźmy!
Weszliśmy do przedpokoju i tam, po ciemku, Mino objął mnie i pocałował w szyję. I wtedy po raz pierwszy w życiu wydało mi się, że patrzę na miłość tak samo jak on, który uważał ją tylko za środek pozwalający nie myśleć i nie pamiętać o niczym, ani skuteczniejszy, ani przyjemniejszy od innych. Ujęłam jego głowę w obydwie ręce i mocno pocałowałam go w usta. Trzymając się wpół weszliśmy do mego pokoju. Było tam całkiem ciemno, ale nie zdawałam sobie z tego sprawy. Czerwona jak krew mgła przesłaniała mi oczy i każdy nasz gest zdawał się być nowym płomieniem, podsycającym pożar, jaki nas ogarnął. Bywają chwile, kiedy każdym nerwem widzi się w ciemności, a wtedy przestaje być ona groźna i jest jak światło słoneczne. Owo wrażenie jednak dotyczy wyłącznie zbliżenia fizycznego; widziałam więc tylko nasze ciała oświetlone nocą, przypominające ciała topielców wyrzucone przez fale na kamienisty brzeg.
Kiedy oprzytomniałam, leżałam wyciągnięta na łóżku, światło lampy padało na mój nagi brzuch. Zaciskałam uda, nie wiem, czy z zimna, czy ze strachu, i zasłaniałam ręką łono. Mino przyglądał mi się, a potem powiedział:
— Teraz twój brzuch będzie rósł, będzie co miesiąc większy, aż przyjdzie dzień, kiedy ból każe ci rozsunąć nogi, które teraz tak zazdrośnie zaciskasz. Wyskoczy ciemnowłosa główka dziecka i ty wypchniesz je z siebie. Odbiorą je, a potem położą w twoich ramionach i będziesz szczęśliwa; na świecie przybędzie jeden człowiek. Miejmy nadzieję, że nie powie kiedyś tego, co mówił Astarita.
— Czego?
— „Przeklinam dzień, w którym się urodziłem”.
— Astarita to bardzo nieszczęśliwy człowiek — powiedziałam — ale ja jestem pewna, że moje dziecko będzie szczęśliwe i że powiedzie mu się w życiu.
Potem otuliłam się kołdrą i zdaje się, że nawet zdrzemnęłam się na chwilę. Ale wzmianka o Astaricie znowu podsyciła mój niepokój. Nagle usłyszałam obcy głos, który krzyknął mi do ucha: „Pam! Pam!” — jak gdyby imitując wystrzał z rewolweru. Przerażona, gwałtownie usiadłam na łóżku; lampa paliła się jeszcze. Wyskoczyłam z łóżka i pobiegłam do drzwi, żeby sprawdzić, czy są szczelnie zamknięte. Ale wpadłam na Mina, który, już ubrany, stał właśnie przy drzwiach i palił papierosa. Zmieszana zawróciłam i przysiadłam na krawędzi łóżka.
— Jak myślisz? — spytałam. — Co zrobi Sonzogno?
Spojrzał na mnie:
— A skąd ja mogę wiedzieć?
— Ja go znam — zawołałam zdając sobie nagle sprawę z przyczyny gnębiącego mnie niepokoju. — To nic nie znaczy, że pozwolił się wyrzucić z pokoju bez słowa protestu… on może go zamordować… Jak myślisz?
— Oczywiście, że tak.
— I myślisz, że go zamorduje?
— Nie zdziwiłbym się, gdyby to zrobił.
— Trzeba ostrzec Astaritę — krzyknęłam i w popłochu zaczęłam się ubierać. — Jestem pewna, że on go zabije… O Boże, dlaczego nie pomyślałam o tym wcześniej?
Ubierając się pośpiesznie, mówiłam o moim lęku i złych przeczuciach. Mino palił papierosa i kręcił się po pokoju. Kiedy byłam już gotowa, powiedziałam mu:
— Idę teraz do Astarity… O tej porze zastanę go w domu… Czekaj na mnie tutaj!
— Pójdę z tobą.
Nie protestowałam, w gruncie rzeczy ucieszyłam się, że pójdziemy razem; bałam się, żeby przy takim podnieceniu nie zrobiło mi się słabo. Włożyłam płaszcz mówiąc: — Pojedziemy taksówką… będzie prędzej. — Mino także włożył płaszcz i wyszliśmy.
Na ulicy zaczęłam iść tak szybko, że biegłam prawie; Mino trzymał mnie pod rękę i wydłużał kroki, jak tylko mógł. Po chwili zatrzymaliśmy taksówkę, wsiadłam szybko, podając adres Astarity. Mieszkał w dzielnicy Prati; nigdy u niego nie byłam, ale wiedziałam, że ta ulica mieści się w pobliżu Pałacu Sprawiedliwości.
Taksówka ruszyła, a ja, pochylona do przodu, jak nieprzytomna zaczęłam śledzić trasę poprzez ramię szofera. Usłyszałam w pewnej chwili za sobą głos Mina, który powiedział cicho, jakby do siebie: — Wielkie rzeczy… najwyżej jeden wąż pożre drugiego — ale nie zwróciłam na to uwagi. Kiedy znaleźliśmy się przed Pałacem Sprawiedliwości, zatrzymałam taksówkę i Mino zapłacił. Przebiegliśmy szybko wysypane żwirem alejki skwerów. Ulica, na której mieszkał Astarita, ukazała mi się nagle przed oczami, długa, prosta, oświetlona — jak daleko sięgał wzrok — dużymi mlecznymi lampami. Stały tam rzędem kamienice wysokie i masywne, ulica robiła wrażenie opustoszałej, nie było na niej widać ani przechodniów, ani sklepów. Sądząc z numeru, dom Astarity znajdował się bliżej końca. Ulica ta wyglądała tak spokojnie, że powiedziałam:
— Możliwe, że to tylko moje urojenia… w każdym razie trzeba tam iść.
Minęliśmy cztery bloki domów i tyleż przecznic, kiedy Mino powiedział spokojnym głosem:
— A jednak coś się musiało stać, popatrz! — Podniosłam oczy i zobaczyłam w pobliżu zbiegowisko ludzi przed jedną z bram. Ludzie stali na chodniku i patrzyli w górę. Byłam pewna, że stoją przed bramą Astarity, i zaczęłam biec; wydawało mi się, że Mino biegnie za mną.
— Co się stało? Co tu się stało? — zdyszana zapytałam stojących przy bramie ludzi.
— Nie wiadomo dokładnie — odpowiedział mi młody blondyn bez płaszcza i kapelusza, trzymając rower — ktoś rzucił się z klatki schodowej, a może został zepchnięty… Policja szuka teraz na dachach tego drugiego.
Przecisnęłam się przez tłum do szerokiej, jasno oświetlonej sieni, gdzie także było pełno ludzi. Białe schody z żelazną kutą poręczą szły ślimakiem w górę. Przepychając się ciągle z impetem, który zdawał się unosić mnie w górę, zobaczyłam poprzez tłum pustą przestrzeń pod schodami. Na postumencie z białego marmuru stała naga skrzydlata postać z pozłacanego brązu, trzymająca w podniesionej ręce lampę, w której za matowymi szybkami paliła się żarówka. I właśnie pod tym postumentem leżało przykryte prześcieradłem ciało. Wszyscy patrzyli w jednym kierunku; spojrzałam tam także i zobaczyłam, że patrzę na czarny trzewik widoczny spod prześcieradła. W tej chwili dało się słyszeć rozkazujące nawoływanie: — Cofnąć się… cofnąć… wychodzić… prędzej! — Pchnięta gwałtownie do tyłu, znalazłam się wraz z innymi na ulicy; brama zatrzasnęła się.
Читать дальше