Waldemar Łysiak - Kolebka

Здесь есть возможность читать онлайн «Waldemar Łysiak - Kolebka» весь текст электронной книги совершенно бесплатно (целиком полную версию без сокращений). В некоторых случаях можно слушать аудио, скачать через торрент в формате fb2 и присутствует краткое содержание. Жанр: Историческая проза, на польском языке. Описание произведения, (предисловие) а так же отзывы посетителей доступны на портале библиотеки ЛибКат.

Kolebka: краткое содержание, описание и аннотация

Предлагаем к чтению аннотацию, описание, краткое содержание или предисловие (зависит от того, что написал сам автор книги «Kolebka»). Если вы не нашли необходимую информацию о книге — напишите в комментариях, мы постараемся отыскать её.

Debiut ksiżkowy Waldemara Łysiaka, młodego wówczas 26-letniego pisarza. Jest to ksiżka szczególna – powieć historyczna z epoki napoleońskiej, przedstawiajca losy dwóch braci. Jest tu i epopeja wojenna, dramat wielkiej miłoci i dzieje spisku uknutego na życie Napoleona, a także galeria wielkich postaci historycznych Rok

Kolebka — читать онлайн бесплатно полную книгу (весь текст) целиком

Ниже представлен текст книги, разбитый по страницам. Система сохранения места последней прочитанной страницы, позволяет с удобством читать онлайн бесплатно книгу «Kolebka», без необходимости каждый раз заново искать на чём Вы остановились. Поставьте закладку, и сможете в любой момент перейти на страницу, на которой закончили чтение.

Тёмная тема
Сбросить

Интервал:

Закладка:

Сделать

– Kto?! Kto tu był?!

– Pan Torres… i… ma… marynarze. Bili.

Szedłem ulicą spokojny jak nigdy. Miasto tętniło dziką radością, iluminowane, pijane, strzelające wiwaty. Nie przypuszczałem dotychczas, że jest w nim aż tylu plantatorów, tylu kupców, marynarzy, podejrzanych spekulantów i pośredników – tylu białych. Z Cafe Morne-a-Cail dochodziły gardłowe okrzyki, wznoszono toasty, kąpano się w błogim rewanżu na eks-wyzwoleńcach.

Pierwszy zagadnięty marynarz wyjaśnił mi, że to “monsieur Torres”, który “swym piekielnym węchem pierwszy wyniuchał nowinę”, stawia tafię i poncz wszystkim spragnionym, albowiem wzbogacił się niezmiernie zagarniając największą partię “czarnuchów” na, o Boże! na “Człowieka wolnego” i sprzedając ją Holendrom.

Rozsunąłem sznury koralików u wejścia. Siedział tam gdzie zawsze, w kącie, otoczony pijaną zgrają, miły, kochany, serdeczny dla każdego. Gdy mnie zobaczył, coś mu błysnęło we wzroku, nie, nie strach i nie konfuzja, coś, czego nie potrafię określić, a co odgadnąłem natychmiast, czując, że i ja, i ktokolwiek inny na jego miejscu czułby to samo.

– Długo zabawiłeś. Cóż generał, ulgę dał?

– Nie, ale dał mi…

– Nie szkodzi. Mam już pieniądze na “list”, zrobiłem interes, o jakim nie śniłeś! Więc cóż ci dał Richepance?

Schyliłem się do jego ucha.

– Papiery. Cenniejsze pono od złota! I wieść pewną, lecz tu ci jej powtórzyć nie mogę.

– To wyjdźmy.

Pożegnał towarzyszy obiecując, że zaraz wróci i poklepywany przymilnie, rozpychając kompanów i dziewczyny, potoczył się do tylnego wyjścia, torując mi drogę. Na małym podwórku, na tyłach kuchni, panował już mrok, który spadł nagle, anim go zauważył.

– Gdzie te papiery?

– Tu.

Podałem mu zwój, ten sam, który mi wręczył, tylko wyjęty z bambusa. Rozwinął. Ciemno było więc postąpił krok ku wiszącej nad drzwiami latarni, uniósł dokument ku górze i wpatrywał się przez chwilę, po czym przyszła chyba ta sekunda, krótka jak mgnienie oka, gdy zmiarkował…

Mówiłem, że Antyle nauczyły mnie panować nad sobą. Ale nauczyły też okrucieństwa.

Ostrze noża zagłębiło się miękko, tnąc koszulę, skórę, potem trzewia, aż rękojeść napotkała na opór. Myślałem, że krzyknie. Nie krzyczał. Tylko wybałuszył oczy i próbował sięgnąć do kieszeni. Pchnąłem od dołu po raz drugi i trzeci, dziwnie łatwo, jak w osełkę masła. Nie próbował już wyciągnąć noża, złapał się za podbrzusze i starał utrzymać równowagę. Spomiędzy palców sączyła mu się krew pomieszana z jakąś lepką białawą mazią.

– Juan! – z ust popłynęła mu druga strużka krwi.

Gdy wyszarpnąłem nóż po raz czwarty, padł ciężko na stertę pustych worków i znieruchomiał.

***

Niewielką balandrą przedostałem się na San Domingo. Byli już tam nasi. Jeszcze gdy byłem na pokładzie, dobiegło mnie niesione wiatrem “… będziem Polakami, dał nam przykład Bonaparte jak… ”

Gdy szedłem do portu w Port-au-Prince, skąd miał mnie zabrać do Europy szkuner “L’Argonuate”, potknąłem się o kamień i zakląłem po naszemu, soczyście. Skoczył do mnie kapral w wyszmelcowanym moderunku z karmazynowymi naszywkami:

– Polak jesteś, bracie?

Odwróciłem się i patrząc mu w oczy bluznąłem ohydnym przekleństwem.

Dominik – Szabla i bat

Tego październikowego ranka było zadziwiająco ciepło jak na porę roku tak zazwyczaj chłodną. A może podniecające oczekiwanie chwili rozgrzewało Dominika, może tłum, który tłoczył się zwartym szeregiem, wywoływał niepoważną, rzecz prosta, chętkę, by zrzucić ciasno opięty surdut i szerzej zaczerpnąć oddechu. Trzy dni temu, gdy był tu z Chłapowskim, działo się podobnie. Wtedy również tłumy mieszkańców wyległy na ulice, przepychając się ku bramie zwanej Brandenburską lub Charlottenburską, jako że rozkraczyła swoje dwanaście kolumn na drodze z Poczdamu przez Charlottenburg.

Wówczas – 25 października 1806 roku – nastąpiło tylko preludium. Do miasta wjechał na czele swego korpusu marszałek Davout. To pierwszeństwo należało mu się, było nagrodą za zwycięstwo pod Auerstadt, o którym mówiono, wbrew oficjalnym zapewnieniom, iż miało o wiele większe znaczenie dla przebiegu kampanii niż Jena samego cesarza. Lecz Davout znał swoje miejsce. Gdy przedstawiciele rządu municypalnego, na czele którego uciekający Fryderyk Wilhelm postawił księcia Hatzfeld, wręczyli mu klucze do Berlina, on zwrócił je, oświadczając, że należą do kogoś większego. W mieście zostawił tylko jeden pułk piechoty, którego zadaniem było pełnić razem z mieszczanami funkcje policyjne, sam zaś stanął o milę za miastem, we Friedrichsfeld, między Sprewą a lasem.

Berlin, zdany na łaskę Francuzów i pełen obaw o swój los, los wziętej stolicy, mógł Bogu składać dzięki, że tym pierwszym ze zwycięzców, który pojawił się w jego murach, jest właśnie Davout. W całej Wielkiej Armii nie było korpusu bardziej karnego niż korpus Davouta. Porządek był tu prawem niepodważalnym, złamanie tego prawa równało się wyrokowi śmierci, stawało się samobójstwem wichrzyciela. Davout, surowy do przesady, fanatyk karności i wróg bezprawia, był zarazem czułym ojcem swoich ludzi. Zabezpieczając się przed zimnem wybudował dla wojska drewniane, kryte słomą baraki, zorganizował dostawy żywności i rozproszył niepokój berlińczyków, przez co sklepy, zamknięte w dniu jego wjazdu, już następnego dnia zostały otwarte. To zaś dawało oddziałom puszczanym z Friedrichsfeldu na zwiedzanie miasta możliwość dokonywania zakupów.

I teraz, gdy znowu nieprzebrane tłumy falowały po obu stronach szerokiej na kilkadziesiąt metrów alei, prowadzącej do zamku królewskiego, wszędzie pełno było francuskiego munduru. Poza żołnierzami, którzy utrzymywali porządek, zwanymi “les gendarmes”, widziało się kity, hełmy i czaka Francuzów rozsiane jak kolorowe kwiaty w szarym mrowiu berlińczyków, wśród czepków kobiecych, kapeluszy, chust i koronek, pośród dzieci siedzących na ramionach rodziców, pod drzwiami i na balkonach domów.

Tym razem Dominik, nauczony lekcją przy wjeździe Davouta, kiedy przybył za późno i niewiele widział, przywędrował pod flankujące bramę galerie już o świcie. Pozycja była nad wyraz dogodna.

Co pewien czas jakiś przypadkowy okrzyk lub mimowolny ruch ręką żołnierza, który pilnował porządku i nie pozwalał rozlewać się ciżbie w kształt nieregularnej plamy oliwy, jakiś jeździec przelatujący galopem lub też zwyczajnie, samoistny, niczym nie wywołany prąd przenikający masę, odwracał wszystkie głowy w kierunku głębi widniejącej w prześwicie kolumn, wszystkie stopy unosiły się na palcach, głośny szmer jak powiew wichru przetaczał się nad aleją i cichł aż do następnego razu.

Berlin wraz ze swymi kluczami czekał na Napoleona.

Napoleon. W Artillerieacademie jeden był tylko człowiek, pośród wielu nauczycieli, oficerów-artylerzystów i inżynierów, który wyrażał się o wielkim Korsykaninie bez nienawiści, z pewną dozą szacunku zmieszanego ze starannie skrywanym podziwem. Był nim kapitan Scharnhorst, ulubiony wykładowca Dominika, gorący pruski patriota, człek światły i prawy, w przeciwieństwie na przykład do takiego korepetytora, porucznika Perlitza, który przypominał chłopcu Borka. Pogląd Dominika na Bonapartego, wszystko co myślał o nim, co rozsądzał i oceniał, nasłuchując wieści o oszałamiających sukcesach kolosa, wszystko to streszczało się w jednym słowie: uwielbienie. Podobnie było z Chłapowskim, serdecznym druhem z wojskowej szkoły i Tancewiczem, który jednak nie dożył obecnej chwili, rozerwany przez przypadkowo eksplodujący pocisk, na ćwiczeniach. Dominik w marzeniach szarżował z młodym Kellermanem pod Marengo, a z Rappem pod Austerlitz, generałował i marszałkował, zdobywając Legię i krzyczał: “Vive l’empereur!” Wszystko to w twardej ławce lub na placu ćwiczeń i koszarowym dziedzińcu. Czekał na cesarza, śnił o dalszym marszu na wschód, ku Pznaniowi, ku ojczyźnie.

Читать дальше
Тёмная тема
Сбросить

Интервал:

Закладка:

Сделать

Похожие книги на «Kolebka»

Представляем Вашему вниманию похожие книги на «Kolebka» списком для выбора. Мы отобрали схожую по названию и смыслу литературу в надежде предоставить читателям больше вариантов отыскать новые, интересные, ещё непрочитанные произведения.


Arthur Clarke - Kolebka
Arthur Clarke
Waldemar Łysiak - Lider
Waldemar Łysiak
Waldemar Łysiak - Cena
Waldemar Łysiak
Waldemar Pfoertsch - Going Abroad 2014
Waldemar Pfoertsch
Waldemar Paulsen - Bismarck von unten
Waldemar Paulsen
Waldemar Bonsels - Himmelsvolk
Waldemar Bonsels
Waldemar Paulsen - Bürde der Lust
Waldemar Paulsen
Waldemar R. Sandner - 38 Geniale Geschäftskonzepte
Waldemar R. Sandner
Waldemar Knat - Бег
Waldemar Knat
Отзывы о книге «Kolebka»

Обсуждение, отзывы о книге «Kolebka» и просто собственные мнения читателей. Оставьте ваши комментарии, напишите, что Вы думаете о произведении, его смысле или главных героях. Укажите что конкретно понравилось, а что нет, и почему Вы так считаете.