Ostin surowo na niego spojrzał.
— Wstrzymaj język… Wszystko będzie jak ustalone?
— Uczciwa ugoda — powiedział człowieczek z dziwnym uśmieszkiem. — Wy wypełniacie umowę — i nasz… Partner wypełnia ją bezwzględnie.
— To wszystko — rzucił Ostin. — Możesz iść.
I znowu szary człowieczek się uśmiechnął — życzliwie, nawet słodko:
— Nie wszystko, mój królu… Wyszło nieporozumienie. Złotych sztabek powinno być pięć.
— Piątą otrzymasz w monetach.
— O, mój królu… Kto, jak nie wy, wie, jaki stop mają te wasze monety… Profil wasz, bezspornie, jest dobry, ale złoto…
Ostin szarpnął się:
— Ze mną się nie targuje, czarowniku. Ale może urządzi cię posada nadwornego czarodzieja?
Człowieczek zarechotał:
— Kusząca propozycja, mój królu… — Twarz w okamgnieniu stwardniała: — Żarty na bok. Tego, co dla was zrobiłem, nie zrobiłby nikt inny. Rozmawiać z morskim potworem, targować się, wyznaczać cenę — spróbujcie, znajdźcie ochotnika! Przecież niepotrzebna mu wasza małżonka, uwierzcie, jemu, żeby tylko coś zeżreć. Rytuał swój wypełnić… Ileż trzeba było trudu, żeby objaśnić, wytłumaczyć: król sam żonę proponuje, kto by nie przyjął takiej propozycji?
— Cicho, ty! — Wyszeptał pobladły Ostin.
Czarownik znowu się uśmiechnął:
— Tak, nie złoto wasze… Dla mnie ważne są zasady: obiecałeś — płać!
— Dostaniesz — powiedział Ostin przez zęby. — Ale zgodnie z umową: rano, jak wszystko się skończy, zabieraj się stąd, daleko i na długo…
Szary czarownik chrząknął, zrobił przesadnie niski pokłon i wyśliznął się precz.
Dzień był wiosenny; jasny i ciepły.
Czarna kareta wypełzła ze stolicy pod osłoną ciemności; chowano się przed nią, nikt nie chciał patrzeć na ten żałobny pojazd. Powóz był wyposażony i przystrojony zgodnie ze starożytnym rytuałem: państwowa flaga przykrywająca dach, a na obu drzwiach — wizerunek wyciągniętej dłoni, przynoszącej ofiarę. Z przodu pokornie więdły białe orchidee.
Kareta pełzła i pełzła, kołysząc się na wybojach i oto w powietrzu zapachniało morzem i dał się słyszeć ledwie rozróżniamy szelest fal; woźnica na koźle skulił się. Z wnętrza karety, na głucho zamkniętej i zasłoniętej, nie dochodził żaden dźwięk, ani odgłos jakiegokolwiek ruchu.
Towarzysze strasznego pojazdu trzymali się nieopodal — król z oficerami straży, wszyscy wierzchem; szary człowieczek na pokornym mule, kilku przerażonych kamieniarzy na wozie z wysokimi krawędziami, a dalej, ukrywający się w krzakach i oparach mgły — najbardziej śmiali i ciekawi z okolicznych mieszkańców.
Kareta wjechała na brzeg i jej wąskie koła od razu ugrzęzły prawie po same osie; woźnica niemiłosiernie poganiał konie, a te rżały i z przerażeniem zerkały na morze, chociaż jego wody były zadziwiająco spokojne — gładkie jak szkło.
Kareta z trudem dociągnęła się do płaskiej, pionowej skały i stanęła. Woźnica zeskoczył z kozła, podbiegł do koni i zastygł, jakby szukał u nich wsparcia. Śmiałkowie, schroniwszy się za skałami, widzieli, jak oficerowie straży otworzyli karetę i opuścili podnóżki, jak król prawie na rękach wyciągnął bezwolną żeńską postać, odzianą w długie białe szaty. Z wozu wyładowali się kamieniarze z narzędziami; w piasek z pustym dźwiękiem upadł, wymagany przez rytuał, złoty łańcuch.
Woźnica chował twarz w końskich grzywach, coś tam szeptał, drżącą ręką gładząc chrapy — zapewne uspokajał płoche zwierzęta. Król machnął na niego ręką — migiem wskoczył na kozła, i skierował karetę tyłem do morza. Konie poniosły jak oszalałe. W piasku zostały głębokie bruzdy, zostawione przez obręcze kół.
Kobietę w bieli powiedli ku skale; ciekawscy, obserwujący z daleka, trącali jeden drugiego łokciami w bok. Król się denerwował, co rusz spoglądał na jaśniejące niebo i na ciche, gładkie morze; szary człowieczek, zjawiwszy się obok, coś mu niespiesznie objaśniał.
Robotnicy stali, zbiwszy się w gromadę i naczelnik straży musiał długo wrzeszczeć i wymachiwać pięściami, aż zabrali narzędzia i, jak poprzednio, przyciskając się jeden do drugiego, ruszyli ku skale.
Szary człowieczek rzeczowo wskazywał, gdzie należy drążyć skałę, gdzie mocować skoble; zastukał młot, początkowo z niechęcią, a potem coraz szybciej i niespokojniej — zbliżał się świt. Kobieta w bieli siedziała, właściwie na wpół leżała na piasku, a król raz za razem z niepokojem na nią spoglądał.
Wreszcie roboty przy skale zostały zakończone. Oficerowie, nie spoglądając jeden na drugiego, wzięli kobietę pod ręce, Nie sprzeciwiała się. Wspólnymi siłami postawili ją przy skale, ręce rozłożyli na boki, dwa skoble na nadgarstki, dwa skoble na kostki nóg i złoty łańcuch w poprzek piersi.
— Przecież jemu niewygodnie będzie żreć — wyszeptał chłopak około szesnastu lat, który razem z innymi czaił się pośród skał. Odpowiedzią był siarczysty policzek wymierzony przez sąsiada.
Robotnicy porzucili kilofy i młotki i biegiem rzucili się do ucieczki, odeszli także oficerowie straży, pospiesznie wskakując na siodła. Król kilka sekund stał przed przykutą do skały kobietą, potem szybko spojrzał na morze — i pospieszył do konia.
Wstawał świt.
* * *
Leciał, zmuszając do uległości skrzydła i wiedząc, że nie zdąży.
Bądźcie przeklęte wszystkie opóźnienia i zwłoki! Bądźcie przeklęte przepowiednie, wyryte na kamiennych ścianach i wszystkie na świecie proroctwa!
„I była wielka bitwa, i poległy od uderzeń Jukki dzieci jego i bratankowie, i krewni, płonęli w ogniu… Obejrzał się Sam-Ar i zobaczył jak straszliwy Jukka znowu podnosi się z wody… Starli się w boju, i słońce zakryło lico swoje z przerażenia, i gwiazdy uchodziły precz, a rozgrzany wiatr osłabł i runął na ziemię…”
A teraz wiatr stał ścianą, znosił Armana w tył, jakby odrzucał, chcąc ostrzec…
„Jukka przychodzi z morza i dzieci jego, i wnuki, i prawnuki zjawiają się z otchłani… Bierz swój ogień i niechaj ochroni on ciebie przed straszliwym Jukką, i przed dziećmi jego, i wnukami, i…”
Wnuk albo prawnuk wielkiego Jukki chciał pożreć księżniczkę Jutę. I oto Arman leciał, a skrzydła drętwiały, dlatego że powiedziano w proroctwie: „Dla dwieście pierwszego potomka radość i długie życie, jeśli będzie strzegł się tworów morza…”
Jeszcze miał nadzieję, że zdąży przechwycić księżniczkę w drodze — w drodze na kaźń. Ale wiosną noce stawały się coraz krótsze, a dzieci Jukki, jak nakazuje im prawo, zjawiają się po ofiarę o świcie…
Ostatnim razem, na drogę do królestwa Ostina Arman stracił noc i pół dnia. Teraz zostawała tylko noc, a do tego jeszcze wiatr i mdłe, paskudne uczucie strachu: nie zdąży. Nie zdąży wydrzeć Juty spod nosa potwora, nie przechwyci, nie uniesie daleko, daleko… Potomek Jukki zjawi się o świcie, a on, Arman, stanie twarzą w twarz z…
Skrzydła obwisły, jakby sparaliżowane. Ten strach tkwił we wszystkich jego przodkach, zaczynając od walecznego Sam-Ara, który rozegrał wielką bitwę i, umierając, błagał nielicznych pozostałych przy życiu potomków: strzeżcie się!
Tylko z wielkim trudem Armanowi udało się opanować i powstrzymać od haniebnego upadku. Jeszcze jest czas. Morskie stworzenia są powolne, wyrwie Jutę z rąk konwojentów… Tak naprawdę z rąk katów…
Znowu przypomniał sobie twarz Ostina i nienawiść, prawie tak samo silna, jak do tej pory strach, sprawiła, że z jeszcze większą zawziętością ciął powietrze skrzydłami.
Читать дальше