- być sobą i zarazem kimś innym - kłamać - kłamać - kłamać w prawdzie. Łłłbum. Zebrałem sól co do ziarenka.
Miała filiżanki piękne, na chińską modłę malowane, z cieniutkiej porcelany. Usiadłem z powrotem przy łóżku, chuchając w herbatę parującą. Panna Jelena oddychała ustami otwartemi, rumieńce gorączkowe zabarwiły jej lica. Poprawiłem pled. Deszcz przycichł
nieco, w ogóle cisza spadła na stary budynek, cisza i światło słoneczne jasne, snopami tęczowemi przez marostiekło bijące. Ręka unosząca filiżankę poruszała się tak powoli...
Zobacz, Alfred: oto jest wszystko, co naprawdę istnieje: tu, teraz.
Zasypiałem i budziłem się.
Stała nade mną z nożem w dłoni, srebrne słońce przelewało się po ostrzu.
Złapałem ją w oko żywe. Patrzyła wcale przytomnie, w zamyśleniu długiem. Ile tak stała? Zdjęła już odzienie wierzchnie, była w prostej bluzce białej i wełnianej spódnicy. Nóż chwiał się jej w dłoni. Stereometrja trzymała jednak stalowa. Nie poruszyłem się, nie uśmiechnąłem.
Wróciła do kuchenki, do garnka na ogniu.
Herbata jej wystygła zupełnie. Poszedłem zaparzyć świeżej. Panna Muklanowiczówna
krzątała się przy kartoflance.
Zjedliśmy w milczeniu. Nie było dwóch krzeseł, potem Jelena siadła mi na kolanach, gdy przysunąłem się do okna. Ustał nareszcie deszcz, tęcze wyprysnęły nad miasto. Było ciepłe, letnie popołudnie. Bawiła się moimi włosami spiętemi na karku. Przycisnąłem jej rączkę do suchych ust. Od strony placu Tichwińskiego i kwartału bankowego rozległy się strzały, koń bez jeźdźca przegalopował trotuarem. Wieża Sibirchożeta zwieńczona nieproporcjonalnie wielką buławą ciemności zachwiała się, poczem nieznośnie powoli jęła kreślić na tęczowem niebie łuk własnej, czarnej tęczy, do końca wszakże - do samej ziemi - zachowując gieometryczną zwartość konstrukcji. Nie usłyszeliśmy grzmotu. Przewróciła się na wschód, ku Moskiewskiej Bramie Trjumfalnej i Wzgórzu Jerozolimskiemu. Po chwili zapadły się kominy nowej szkoły junkierskiej. Cały Irkuck zbudowano na zmarzlinie, a wszak nie była to naturalna gieologia Nadbajkala. Po dachach widocznych z okna izdebki mogliśmy wskazać: ten dom krzywy, ten pochyły, ten zapadnięty, ten podmyty. Coraz trudniej o linje i kąty proste.
Siedzieliśmy w cieple przy czaju cierpkim, słonym i patrzyliśmy, jak padają stare potęgi Mrozu.
Potem rozległy się kolejne strzały i ciemność inkaustowa rozlała się ku Zaułkowi Greckiemu od serca miasta, tak głęboko zranionego upadkiem Szulca/Pobiedonoscewa. Czy rzeczywiście spełnił on groźbę i wydał rozkazy na jego śmierć detonujące ładunki podłożone pod torami Koleji Transsyberyjskiej? Tak ili inaczie, nowy prawdybój tu teraz rozgorzeje.
Było jeszcze jasno i mieszkańcy Irkucka chronili się jak mogli, a, czego jak czego, ćmieczek mieli tu pod dostatkiem. Jezioro mroku rozlewało się kwartał za kwartałem. Panna Jelena też wyjęła z kredensu ogarek w ceramicznej obejmie, postawiła w oknie, zapaliła. Chlust, spadło na nas ćmiatło jak atłasowa peleryna, skuliliśmy się pod połą płaszcza czarodzieja, nikt nas teraz nie mógł zobaczyć, sami się widzieliśmy jeno połówkami, temi podświetlonemi od świecienia skaczącego na ścianie po prawej. I tak, chociaż siedziała mi na kolanach i tuliła się do piersi, widziałem zaledwie pół panny Jeleny, profil wyjęty z nicości; druga Jeleny połowa nie istniała.
I ona mnie wpółwidziała, półistniejąca.
- Tylko oko ma pan jeszcze tamtego młodzieńca.
- Niewielki koszt, panno Jeleno, niewielki. Kiedy pomyślę... Była panna na Cwietistej?
Wieliccy, ich dzieci - uratowali się? żyją?
- Tak, nie, nie wiem.
- Ottiepiel, da. Ach, z panną miałem to samo.
- O?
- Byłem na panny grobie u Kryspina. Dopiero potem... Odwilż, Lato, wszystko odmarzło, panna znowu jest wraz gruźliczką w romansach zaczytaną i zabójczynią pociągową - a jaki sposób lepszy, by wszelkie śledztwa i pościgi uciąć, aniżeli pochować tam samą siebie, pod imieniem ukradzionem? Ale tu trafiła panna z powrotem na doktora Konieszyna, który zna pannę z Ekspresu, pannę chorującą właśnie, no i imię się obudziło.
Przesunęła paznokciem po bruzdach, gruzdach i pokaleczeniach na moim czole.
- A pan Benedykt której Jeleny szukał?
Objąłem ją mocniej.
- Niech panna zrozumie - szepnąłem. - Ja potrzebuję przy sobie takiej kobiety - kobiety właśnie - takiej kobiety, która w tej samej chwili zarówno oddać może za mnie życie, jak i nóż mi w serce wbić.
- Dziwnie pan mówi. Pan - „potrzebuje takiej kobiety”?
Pociągnąłem ją w mrok, na stronę niebytu.
- Przy mnie, przy tronie Królestwa Ciemności - szepnąłem. - Taką kobietę, Królową Lata: wierną towarzyszkę i zdrajczynię, przyjaciela i wroga - nie odróżnisz! - matkę i dzieciobójczynię, tarczę prawdy i miecz kłamstwa, panią litościwą i panią zagłady - nie odróżnisz! - kochankę naiwną i wyrachowaną staruchę, dziewczę płoche i obraz mądrości przebiegłej, serce krwawiące i kamień z Golgoty - kobietę i kobietę.
Wyrwała się na stronę światła.
- Pan Benedykt nawet oświadczyć się nie potrafi!
- Panna wie, o czym mówię, panna pokazywała doktorowi Konieszynowi artykuły, zna moje projekta, widzi prawdę o Towarzystwie Przemysłu Historji. To nie będzie przecież po prostu Sibirchożeto nasze prywatne. Nie idzie o bogactwa materji.
- Wiem. - Uśmiechnęła się lekko. - Nie odziedziczył pan tego, nie spadło na Syna Mroza z kłamstwa po ojcu. Wszystko to z pana czynów, z pana charakteru.
- Niech się panna nie wymiguje. Zostało policzone. Od początku - tak właśnie - z panny czynów, z panny charakteru.
- Cóż takiego?
Obróciłem ją znowu na granicę ćmiatła i światła.
- Wilk uralski.
- Wilk! - Spojrzała bystro. - A pan nazywał to - jak? odwagą? głupią brawurą?
Bezwstydem. Czy inaczej zapukałabym w ogóle do pana przedziału, do obcego mężczyzny?
- I wcześniej: to panna przecież się włamała, szperała mi po bagażu - czy źle pamiętam?
Ale panna pamięta także!
- Tak. - Obróciła wzrok ku przeszłości, to znaczy w niebyt. - Przeczytałam ten wasz długi list do miłości fałszywej. Poznałam pana, zanim się spotkaliśmy.
- Zanim się spotkaliśmy... Ano, zostało policzone: przyjaciel, nieprzyjaciel, miłość, nienawiść. - Cmoknąłem cicho. - Ale listy cudze czytać... Cóż, może istotnie w Lecie nie da się inaczej. Tylko - dlaczego akurat do mnie się panna włamywała? Na samym początku -
wtedy nie znała mnie panna w ogóle. Dlaczego więc?
- Akurat do pana? - Śmiała się. - Do innych także.
- Ale - dlaczego?
- Bo mogłam. - Spoważniała. - Czy pan Benedykt rozumie? Cóż to, nie wie pan, jakiego lekarstwa w Lodzie chciałam? „Przy tronie Królestwa Ciemności”, no ładnie - ale myśli pan, że w ostatnim momencie cofnę ten nóż? Żeby pan wiedział, o co prosi, żeby nie zdziwił się potem! Nie cofnę. W każdej chwili - w dowolnej chwili - bez powodu, panie Benedykcie, bez powodu - bo mogę. O to pan prosi? Nie cofnę! Nie cofnę! To już nie gra dwojga nieznajomych w podróży, już nie noc niewinnych kłamstw i prawd. Skoro stanę u pana boku -
to bądź pan pewien: stanę i ta, i ta.
Odruchowo szukałem jej drugiego oka, czarno-białe półwidoki tylko w błąd prowadziły, nie wiedziałem, do której Jeleny mówić: istniejącej czy nieistniejącej.
Odmarzło, zawahałem się.
- Nie jest przecie panna zimnym złoczyńcą, nie można tak skłamać samej siebie. Tych rumieńców, tego głosu drżącego, tych wszystkich spojrzeń pytających i niepewności ciała.
Читать дальше