Kir Bułyczov - Ludzie jak ludzie
Здесь есть возможность читать онлайн «Kir Bułyczov - Ludzie jak ludzie» весь текст электронной книги совершенно бесплатно (целиком полную версию без сокращений). В некоторых случаях можно слушать аудио, скачать через торрент в формате fb2 и присутствует краткое содержание. Жанр: Фантастика и фэнтези, на польском языке. Описание произведения, (предисловие) а так же отзывы посетителей доступны на портале библиотеки ЛибКат.
- Название:Ludzie jak ludzie
- Автор:
- Жанр:
- Год:неизвестен
- ISBN:нет данных
- Рейтинг книги:5 / 5. Голосов: 1
-
Избранное:Добавить в избранное
- Отзывы:
-
Ваша оценка:
- 100
- 1
- 2
- 3
- 4
- 5
Ludzie jak ludzie: краткое содержание, описание и аннотация
Предлагаем к чтению аннотацию, описание, краткое содержание или предисловие (зависит от того, что написал сам автор книги «Ludzie jak ludzie»). Если вы не нашли необходимую информацию о книге — напишите в комментариях, мы постараемся отыскать её.
Ludzie jak ludzie — читать онлайн бесплатно полную книгу (весь текст) целиком
Ниже представлен текст книги, разбитый по страницам. Система сохранения места последней прочитанной страницы, позволяет с удобством читать онлайн бесплатно книгу «Ludzie jak ludzie», без необходимости каждый раз заново искать на чём Вы остановились. Поставьте закладку, и сможете в любой момент перейти на страницу, на которой закончили чтение.
Интервал:
Закладка:
— To nietrudne — powtórzył szusza. — Przecież pan sam pokazywał wczoraj Alisie bajkę o królu modliszek.
— Nie, już nie o to mi chodzi. Kto cię nauczył mówić?
— Ja go uczyłam — powiedziała Alisa.
— Nic nie rozumiem. Dziesiątki biologów obserwują szusze i nigdy żaden szusza nie odezwał się słowem.
— A nasz szusza nawet czytać umie. Umiesz?
— On mi tyle ciekawych rzeczy opowiada…
Żyjemy z Alisą w wielkiej przyjaźni.
A więc dlaczego milczałeś tak długo?
Bo się wstydził — odpowiedziała za szuszę Alisa.
Szusza spuścił oczy.
Przełożyła IRENA LEWANDOWSKA
O PEWNYM WIDMIE
Latem mieszkamy we Wnukowie. Jest to bardzo wygodne, ponieważ chodzi tam jednoszynowa kolejka, a od przystanku do naszego domku jest pięć minut drogi. W lesie, po przeciwnej stronie szosy, rosną opieńki i koźlaki, ale jest ich znacznie mniej niż zbieraczy grzybów.
Przyjechałem na letnisko prosto z zoo i zamiast, żeby wypocząć, wpadłem w kipiący wir miejscowego życia. Jego ośrodkiem był chłopczyk sąsiadów, Kola, słynny na całe Wnukowo, ponieważ zabierał innym dzieciom zabawki. Przyjeżdżał nawet do niego psycholog z Leningradu, który potem napisał pracę naukową o chłopczyku Koli. Psycholog studiował Kolę, a Kola jadł konfitury i marudził przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Przywiozłem mu z miasta trzykołową rakietę fotonową, żeby wreszcie przestał.
Oprócz tego przebywała tam babcia Koli, która lubiła rozmawiać o genetyce i pisała powieść o Mendlu, babcia Alisy, chłopczyk Jura, jego mama Karma, trojaczki z sąsiedniej ulicy, które chórem śpiewały pod moimi oknami i wreszcie widmo.
Widmo mieszkało gdzieś pod jabłonią i pojawiło się stosunkowo niedawno. W widmo wierzyły Alisa i babcia Koli. I nikt więcej.
Siedzieliśmy z Alisą na tarasie i czekaliśmy, aż nowy robot produkcji szczełkowskiej fabryki ugotuje manną kaszę. Robot już dwa razy się przepalił, więc Alisa i ja wymyślaliśmy fabryce, ale nie chciało nam się brać do gotowania, a nasza babcia pojechała do teatru.
Alisa powiedziała:
— On dziś przyjdzie.
— Kto on?
— Mój widm.
— Widmo, ono — poprawiłem ją automatycznie, nie spuszczając oczu z robota.
— Dobrze — Alisa nie zamierzała dyskutować. — Niech będzie mój widmo. A Kola zabrał trojaczkom orzechy. Czy to nie jest okropnie zdumiewające?
— Okropnie. Więc coś ty mówiła o widmie?
— On jest dobry.
— Twoim zdaniem wszyscy są dobrzy.
— Prócz Koli.
— No powiedzmy oprócz Koli… Myślę, że gdybym przywiózł smoka ziejącego ogniem, to też byś się z nim zaprzyjaźniła.
— Na pewno. A czy on jest dobry?
— Nikt jeszcze nie zdołał porozmawiać z nim na ten temat. Smok żyje na Marsie i pluje kipiącym jadem.
— Na pewno ktoś go skrzywdził. Po co zabraliście go z Marsa?
Na to pytanie nic nie mogłem odpowiedzieć. To była święta prawda. Nikt nie pytał smoka o zdanie, kiedy go wywożono z Marsa. A smok w czasie podróży pożarł ulubionego psa załogi statku "Kaługa", czym zasłużył sobie na nienawiść wszystkich kosmonautów.
— A więc co z tym widmem? Do czego ono jest podobne?
— Ono chodzi tylko wtedy, kiedy jest ciemno.
— Rozumie się. Tak jest od wieków. Nasłuchałaś się bajek babci tego Koli…
— Babcia Koli opowiada tylko o historii genetyki. Jak prześladowano Mendla.
— Ale, ale, jak reaguje twoje widmo na pianie koguta?
— Nijak. A dlaczego?
— Rozumiesz, przyzwoite widmo ma obowiązek znikać przy akompaniamencie straszliwych przekleństw, kiedy kogut zapieje.
— Zapytam go dzisiaj o koguta.
— Dobrze.
— I dzisiaj pójdę później spać. Muszę porozmawiać z widmem.
— Proszę bardzo. No dobrze, dosyć tych żartów. Robot już na pewno całą kaszę rozgotował.
Alisa siadła do kaszy, a ja do Zeszytów Naukowych Gwianskiego Ogrodu Zoologicznego. Był tu wyjątkowo interesujący artykuł o ukusamach. Przewrót w zoologii. Udało im się doprowadzić do rozmnażania ukusamów w niewoli. Małe rodziły się ciemnozielone, chociaż pancerze rodziców były niebieskie. Ściemniło się. Alisa powiedziała:
— No to ja idę.
— Dokąd?
— Do widma. Przecież obiecałeś.
— Myślałem, że żartowałaś. Ale jeśli tak bardzo chcesz, to idź do ogrodu, tylko włóż sweterek, bo zrobiło się chłodno. I nie idź za daleko. Najwyżej do jabłoni.
— Po co mam iść dalej? On tam na mnie czeka.
Alisa wybiegła do ogrodu. Patrzyłem za nią spod oka. Nie chciałem się wdzierać w świat jej fantazji. Niechże ją otaczają widma, wróżki, odważni rycerze, dobre wielkoludy z bajkowej błękitnej planety… Oczywiście pod warunkiem, że będzie chodziła spać o właściwej porze i regularnie jadła.
Zgasiłem światło na werandzie, żeby lepiej obserwować Alisę. Podeszła do starej rozłożystej jabłoni i stanęła.
I wtedy… od pnia jabłoni oddzielił się błękitny cień i ruszył na spotkanie Alisy. Cień jakby. płynął w powietrzu nie dotykając trawy.
Schwyciwszy coś ciężkiego biegłem w dół po schodach, przeskakując po trzy stopnie. To mi się nie podobało. Albo czyjś głupi żart, albo… Co mianowicie "albo" nie wymyśliłem.
— Ostrożnie, tatusiu! — powiedziała głośnym szeptem Alisa. — Spłoszysz go.
Złapałem Alisę za rękę. Tuż przede mną rozpływała się w powietrzu błękitna sylwetka.
— Coś ty zrobił, tatusiu! Przecież ja go prawie uratowałam.
Alisa haniebnie szlochała, kiedy ją niosłem na taras.
Co to było pod jabłonią? Halucynacja?
— Dlaczego to zrobiłeś? — szlochała Alisa. — Przecież obiecałeś…
— Nic takiego nie zrobiłem — odpowiedziałem. — Widma nie istnieją.
— Przecież sam go widziałeś. Dlaczego mówisz nieprawdę? A przecież on nie znosi ruchu powietrza. Czy ty nie rozumiesz, że do niego trzeba podchodzić powoli, żeby go wiatr nie zdmuchnął?
Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Jednego byłem pewien — jak tylko Alisa uśnie, pójdę z latarką i starannie przeszukam ogród.
— A on mi dał list do ciebie. Tylko ja ci go teraz nie oddam.
— Jaki znowu list?
— Nie dam.
Teraz dopiero zauważyłem, że zaciska w piąstce kawałek papieru. Alisa spojrzała na mnie, ja na nią, i jednak dała mi tę kartkę.
Na kartce moim charakterem pisma był zanotowany harmonogram karmienia czerwonych krumsów. Szukałem tej kartki już trzy dni.
— Alisa, skąd wzięłaś moje notatki?
— Odwróć kartkę. Widmo nie miało papieru, to. ja mu dałam twój.
Na drugiej stronie nieznanym charakterem było napisane po angielsku: "Szanowny panie profesorze!
Ośmielam się zwrócić do pana, ponieważ znalazłem się w nieprzyjemnej sytuacji, z której wyjście mogę znaleźć jedynie przy postronnej pomocy. Niestety, nie mogę również opuścić kręgu o promieniu jednego metra, którego środkiem jest jabłoń. Zobaczyć mnie w moim obecnym godnym pożałowania położeniu można niestety tylko w ciemności.
Dzięki pańskiej córce, istocie dobrej i wrażliwej, udało mi się wreszcie nawiązać kontakt ze światem zewnętrznym.
Ja, profesor Kuraki, jestem ofiarą nieudanego eksperymentu. Doświadczenia, które przeprowadzałem, dotyczyły przesyłania materii na dalekie odległości. Udało mi się przesłać z Tokio do Paryża dwie indyczki i kota. Moi koledzy przejęli zwierzęta w idealnym stanie. Jednakże tego dnia, kiedy postanowiłem przeprowadzić eksperyment na sobie, bezpieczniki w laboratorium przepaliły się akurat w czasie doświadczenia i zabrakło energii do całkowitego przemieszczenia mojej osoby. Rozproszyłem się w przestrzeni, przy czym moja najbardziej skoncentrowana część znajduje się obecnie w okolicy pańskiej szanownej willi. Mój godny pożałowania stan trwa już drugi tydzień i niewątpliwie zostałem uznany za zmarłego.
Читать дальшеИнтервал:
Закладка:
Похожие книги на «Ludzie jak ludzie»
Представляем Вашему вниманию похожие книги на «Ludzie jak ludzie» списком для выбора. Мы отобрали схожую по названию и смыслу литературу в надежде предоставить читателям больше вариантов отыскать новые, интересные, ещё непрочитанные произведения.
Обсуждение, отзывы о книге «Ludzie jak ludzie» и просто собственные мнения читателей. Оставьте ваши комментарии, напишите, что Вы думаете о произведении, его смысле или главных героях. Укажите что конкретно понравилось, а что нет, и почему Вы так считаете.