— Zabierasz nas do Hiroko? — spytała Maja.
— Tak, spróbujemy się do niej przedostać. Ale to długa droga, a warunki nie są sprzyjające. Sądzę jednak, że nam się uda. Och, jak się cieszę, że was znaleźliśmy! Nie wiecie, jakim strasznym przeżyciem były te poszukiwania. Rozglądaliśmy się wokół i wszędzie znajdowaliśmy tylko trupy.
— Wiemy — oświadczyła Maja. — Znaleźliśmy Arkadego, a właśnie dziś zginęli Sasza, Aleks, Edvard, Samantha… i chyba również Jeli… Zaledwie parę godzin temu.
— Taak. No cóż, miejmy nadzieję, że nie dopadną już nikogo więcej.
Ekrany łazika pokazywały wnętrze następnego pojazdu, gdzie Ann, Simona i Saxa powitał chłodno młody nieznajomy. Michel obrócił się, spojrzał przez ramię w okno i syknął. Znajdowali się już na szczycie jednego z wielu kanionów tulejowych, które wiodły do Noctis; kraniec kolistego kanionu zniżał się bardzo szybko. Za drogą, opadającą gwałtownie po skalnej ścianie, kiedyś znajdowała się sztuczna pochyłość, która łączyła ten trakt z następnym, ale teraz zniknęła — najwyraźniej wysadzona w powietrze — zarówno rampa, jak i droga.
— Dalej musimy pójść pieszo — odezwał się po sekundzie zastanowienia Michel. — I tak musielibyśmy opuścić te pojazdy na dnie kanionu. To tylko około pięciu kilometrów. Czy wasze skafandry są dobrze wyposażone?
Napełnili zbiorniki z zapasów rovera, z powrotem nałożyli hełmy, po czym wyszli.
Przez chwilę stali patrząc po sobie: sześcioro uciekinierów, Michel i młody kierowca. Cała ósemka natychmiast wyruszyła w drogę. Panowały straszne ciemności, ale reflektorów na hełmach używali tylko podczas trudnego zejścia po popękanym odcinku pochyłości. Gdy znaleźli się na drodze, wyłączyli reflektory i dalej posuwali się w zupełnym mroku stromą, spadzistą ścieżką żwirową, która opadała w sposób naturalny w długim uskoku. Noc była bezgwiezdna i wiatr gwizdał w kanionie, czasami w porywach tak silnych, iż wydawało się, że zepchnie ich w tył. Wyglądało na to, że zaczyna się kolejna burza pyłowa; Sax mamrotał coś o różnicach między burzą równikową i globalną, ale nawet on nie mógł przewidzieć, co się teraz stanie.
— Miejmy nadzieję, że będzie globalna — odezwał się Michel. — Znacznie utrudniłaby im wyśledzenie nas.
— Nie sądzę, aby taka była, szczerze mówiąc… — odpowiedział mu Sax.
— Dokąd się udajemy? — wtrąciła Nadia.
— No cóż, na razie do Aureum Chaos. Mamy tam awaryjną bazę.
Musieli więc przemierzyć całą długość Valles Marineris — pięć tysięcy kilometrów!
— Jak się tam dostaniemy? — krzyknęła Maja.
— W kanionie czekają pojazdy — odrzekł krótko Michel. — Sami zobaczycie.
Droga była urwista, ale jak dotąd udawało im się iść szybkim krokiem, chociaż nie było to proste. Powoli wszystkich zaczynały boleć stawy. Prawe kolano Nadii zaczęło pulsować, a jej odcięty palec zaswędział po raz pierwszy od lat. Czuła pragnienie i było jej zimno w starym walkerze z “diamentowym” systemem grzewczym. Powietrze stało się tak pyliste i mroczne, że znowu musieli włączyć latarki na hełmach. Podskakujące trójkąciki żółtego świata ledwie oświetlały drogę, a kiedy Nadia się odwróciła, pomyślała, że podróżnicy wyglądają jak ławica głębinowych ryb, których świecące punkty jarzą się na wielkim oceanicznym dnie, albo jak górnicy w jakimś płynnym, gęstym od czarnego dymu tunelu. Nadia częścią swej istoty zaczęła się rozkoszować tą sytuacją — to była przecież w końcu jakaś odmiana, coś podniecającego, odczucie raczej fizyczne, a jednak pierwsze pozytywne wrażenie od czasu znalezienia ciała Arkadego. Ogarnęło ją coś w rodzaju upojenia, dziwna przyjemność, uczucie lekkie i nieco irytujące, przypominające trochę ponowne swędzenie utraconego palca.
Nadal był środek nocy, kiedy doszli do dna kanionu — szerokiego “U”, typowego dla wszystkich kanionów Noctis Labyrinthus. Michel podszedł do jednego ze sporych głazów narzutowych, dotknął go palcem, a potem podniósł właz.
— Wsiadajcie — zwrócił się do reszty.
Jak się okazało, w kanionie znajdowały się dwa takie “kamienne” pojazdy. Były to duże rovery, które pokryto cienką warstwą prawdziwego bazaltu.
— Jak sobie radzicie z ciepłem? Czy nie będziemy z jego powodu zbyt widoczni? — zapytał Sax, zaglądając do łazika.
— Magazynujemy całe ciepło w zwojach akumulacyjnych, które co jakiś czas zakopujemy. Nie zostawiamy więc za sobą żadnych śladów.
— Dobry pomysł.
Młody kierowca pomógł im wsiąść do nowych roverów.
— Wynośmy się wreszcie stąd — mruknął, dość obcesowo wpychając przyjaciół jedno po drugim przez luki komór powietrznych. Nagle światło ze śluzy oświetliło jego twarz w hełmie i Nadia zauważyła, że jest to Azjata, mniej więcej dwudziestopięcioletni. Pomagał uchodźcom, nie patrząc im w oczy i zachowywał się tak, jakby był niezadowolony, oburzony, a może przerażony ich towarzystwem.
W pewnej chwili powiedział pogardliwie:
— Następnym razem, kiedy będziecie przygotowywać rewolucję, zróbcie to lepiej.
Kiedy pasażerowie windy w wagoniku “Bangkok Friend” dowiedzieli się, że Clarke został zerwany i kabel spada, natychmiast przebiegli foyer, wpadli do przebieralni i pospiesznie nałożyli awaryjne skafandry kosmiczne. O dziwo, nie wybuchła powszechna panika; jeśli się denerwowali albo bali, uczucia te skrywali głęboko w sercach, na zewnątrz natomiast wszyscy zachowywali się bardzo pragmatycznie i w miarę spokojnie. W skupieniu czekali na rezultat pracy małej grupki osób, która, zgromadzona przy luku śluzy, próbowała ustalić, w którym dokładnie miejscu się znajdują i kiedy powinni opuścić wagonik. Ta powaga zadziwiła Petera Clayborne’a, w którego żyłach krew przewalała się wielkimi, wzburzonymi falami. Był bardzo zdenerwowany, a gardło miał tak zaciśnięte, że nie był pewien, czy zdołałby się odezwać, gdyby zaszła taka potrzeba. Jakiś mężczyzna z pierwszej grupy oznajmił spokojnym głosem, że zbliżają się do punktu areosynchronicznego, więc wszyscy zaczęli wchodzić do komory powietrznej, aż stłoczyli się w niej jak skafandry ustawione blisko siebie w szafce. Następnie zamknęli śluzę i wyssali z niej powietrze. Wtedy z sykiem otworzył się zewnętrzny luk i oczom ludzi ukazał się straszliwy widok: wielki prostokąt ugwieżdżonej, czarnej jak śmierć przestrzeni. Młody człowiek patrzył nań z przerażeniem; skok w tę przestrzeń, na dodatek w samym skafandrze, wydał mu się równy samobójstwu. Jednak ci, którzy znajdowali się na przedzie, już wyskoczyli, toteż reszta podążyła mechanicznie za nimi, wysypując s je niczym zarodniki z rozerwanej torebki nasiennej.
Wagoniki wraz z windą zaczęły się oddalać ku wschodowi i dość szybko stały się całkowicie niewidoczne. Grupa opadających postaci w kosmicznych skafandrach rozpraszała się coraz prędzej. Wiele osób leciało w dół ze stopami wymierzonymi prosto w Marsa, który wisiał pod nimi jak ubłocona piłka do koszykówki. Kiedy udało im się ustabilizować lot, odpalali główne silniczki, co unosiło ich lekko w górę. Grupa, która miała dokonać wszelkich niezbędnych obliczeń, ciągle dyskutowała głośno na ogólnym kanale, omawiając całe przedsięwzięcie, jak gdyby to był tylko problem szachowy. Spadający — mówili do siebie ci “teoretycy” — znajdują się dość blisko orbity areosynchronicznej, ale opadają z prędkością kilkuset kilometrów na godzinę. Kiedy wypali się połowa ich zapasów paliwa, powinni już lecieć nieco wolniej i dzięki temu trafić na orbitę o wiele stabilniejszą niż to konieczne, gdy się weźmie pod uwagę ich rezerwy powietrza… Innymi słowy, z pewnością nie spalą się przy wejściu w atmosferę, już raczej zagraża im niebezpieczeństwo uduszenia się z braku dostatecznej ilości tlenu. Ale w takim razie podstawową sprawą był moment, w którym wyskoczyli. Możliwe, że w cudowny sposób pojawią się skądś jacyś wybawcy, nigdy nie wiadomo. Tak czy owak, było oczywiste, że większość ludzi miała taką nadzieję.
Читать дальше