— Ten upadek może wywołać kolejną globalną burzę pyłową — stwierdził Sax. — Chociaż równocześnie w wartościach bezwzględnych doda sporo ciepła do systemu.
— Zamknij się, Sax — burknęła Maja, a potem odezwał się Frank:
— Teraz kolej na nas, prawda? Teraz w nas uderzą? Jesteśmy następnym celem.
Sax skinął głową.
Opuścili budynek zarządu i wyszli do parku. Ludzie stali tam nieruchomo, obróceni twarzami ku północnemu zachodowi. Panowało milczenie, jak gdyby odprawiali jakiś religijny obrządek. Wyglądali zupełnie inaczej niż osoby oczekujące na zbombardowanie ich przez policję. Teraz był już dzień; niebo miało kolor matowego, przytłumionego pyłem różu.
Nagle horyzont przecięła ciężko jaskrawa kometa; ludzie w tłumie zaczęli nerwowo łapać oddech, tu i ówdzie rozległy się krzyki. Widok był rzeczywiście niezwykły: opadała ku nim krzywo olśniewająca biała linia. Potem w jednej chwili strzeliła im nad głowami, a następnie zniknęła na wschodnim horyzoncie. Jej przelot nie trwał nawet tak długo, aby któryś z obserwujących zdołał złapać oddech. Po chwili pod stopami zgromadzonych lekko zadrżała ziemia i ciszę rozdarły okrzyki. Na wschodzie wystrzeliła nagle chmura i wzniosła się bardzo wysoko na różowej kopule marsjańskiego nieba. Szczyt jej pióropusza znalazł się na wysokości chyba dwudziestu tysięcy metrów, pomyślała Nadia.
Później na niebie nad głowami ludzi pojawiła się kolejna jaskrawa nitka białego płomienia, ciągnąc za sobą ognisty ogon komety. Za nim pojawiła się następna, a potem jeszcze jedna. Cała ich płonąca wiązka przecięła niebo, potem zaczęły spadać w kierunku wielkiej doliny Marineris. A gdy wreszcie świetlisty deszcz się zakończył, zgromadzeni w Kairze świadkowie tego spektaklu długo jeszcze stali słaniając się na nogach. Byli na wpół oślepieni i ciągle jeszcze mieli przed oczyma jaskrawe linie, ale wiedzieli jedno: po raz kolejny udało im się przeżyć.
— Niebawem pojawią się siły ONZ — powiedział złowrogo Frank. — W najlepszym razie.
— Czy sądzisz, że powinniśmy… — zaczęła Maja. — Czy sądzisz, że my…
— Pytasz, czy będziemy bezpieczni w ich rękach? — spytał kwaśno Frank.
— Może powinniśmy znowu wsiąść do samolotów?
— W świetle dziennym?
— Cóż, może to lepszy pomysł niż zostawanie tutaj! — odcięła się. — Nie wiem jak ty, ale ja nie chcę, by mnie postawiono pod ścianą i rozstrzelano!
— Jeśli to będzie UNOMA, nie zrobią tego — oświadczył Sax.
— Niczego nie możemy być pewni — odrzekła Maja. — Wszyscy na Ziemi sądzą, że to właśnie my jesteśmy prowodyrami.
— Ależ tu nie ma żadnych prowodyrów! — zaprzeczył Frank.
— Tak, tylko że oni będą ich szukać tak długo, aż znajdą — odparła Nadia.
To ich uciszyło.
Wreszcie odezwał się spokojnym głosem Sax:
— Może ktoś uznał, że bez nas będzie im prościej wszystko kontrolować.
Nadeszły kolejne informacje o uderzeniach na drugiej półkuli i Sax zasiadł przed ekranami, aby je śledzić. Ann stała za nim bezradnie i również obserwowała dane; tego rodzaju zderzenia występowały przez całą epokę Noachian i szansa zobaczenia jednego z nich na własne oczy wydała jej się zbyt kusząca, aby z niej zrezygnować. Nawet pomimo faktu, że te kolizje były sztucznie wywołane przez ludzi.
Podczas gdy ci dwoje w milczeniu wpatrywali się w ekran, Maja dalej próbowała namówić całą grupę, aby podjęli jakąś decyzję, aby coś zrobili, na przykład odlecieli albo gdzieś się ukryli. Po prostu, żeby zrobili cokolwiek! Klęła na Saxa i Ann, kiedy nie odpowiadali. Frank poszedł zobaczyć, co się dzieje w porcie kosmicznym. Nadia towarzyszyła mu do drzwi budynku zarządu. Obawiała się, że Maja ma rację, ale nie miała już ochoty jej słuchać. Przed biurowcem pożegnała Franka i chwilę stała w miejscu, patrząc na niebo. Było już popołudnie i w dół stoku Tharsis zaczęły wiać dominujące wiatry zachodnie, przynosząc pouderzeniowy pył. Wyglądał jak dym na niebie wywołany pożarem lasu po drugiej stronie Tharsis. Światło w Kairze pociemniało, kiedy chmury pyłu zasłoniły słońce, a polaryzacja namiotu stworzyła krótkie tęcze i pozorne słońca, jak gdyby cała materia świata rozpadła się na cząstki kalejdoskopu. Skulone postacie pod płonącym niebem. Nadia zadrżała na całym ciele. Gęstsza chmura zakryła słońce jak zaćmienie. Nadia wróciła z zacienionej przestrzeni do środka i ruszyła do biura, które zajmowali przedstawiciele pierwszej setki. Akurat gdy weszła, Sax powiedział:
— Bardzo prawdopodobne, że niebawem zacznie się kolejna globalna burza.
— Mam nadzieję, że rzeczywiście tak się stanie — mruknęła Maja. Przechadzała się po pomieszczeniu tam i z powrotem jak wielki kot po klatce. — Pomogłaby nam uciec.
— Uciec dokąd? — spytał Sax.
Maja syknęła przez zęby.
— Mamy samoloty. Moglibyśmy wrócić do Hellespontus Montes, do kesonowego osiedla.
— Dostrzegą nas.
Na ekranie Saxa pojawiła się twarz Franka. Patrzył na swój komputerek na nadgarstku i obraz drżał.
— Jestem przy zachodniej bramie z burmistrzem. Na zewnątrz stoi kilka niezidentyfikowanych roverów. Zamknęliśmy wszystkie bramy, ponieważ ludzie z roverów nie chcieli się nam przedstawić. Najwyraźniej otoczyli miasto i próbują się dostać z zewnątrz do elektrowni. Nałóżcie walkery i bądźcie gotowi do drogi.
— Mówiłam wam, że trzeba uciekać! — krzyknęła Maja.
— Nie mogliśmy uciekać — odparł Sax. — Tak czy owak, zdaje się, że teraz mamy nie większe szansę niż w zwykłej walce wręcz. Jeśli ktoś od razu będzie się próbował przedrzeć, zostanie zaatakowany. Mają przewagę i pokonają nas samą swoją liczbą. Słuchajcie, cokolwiek się zdarzy, spotkajmy się wszyscy przy wschodniej bramie, dobrze? A teraz… w drogę, róbcie swoje. Frank — odezwał się do ekranu — powinieneś również się tam dostać, jak tylko będziesz mógł. Ja spróbuję wydać pewne polecenia automatycznym urządzeniom elektrowni, co powinno zatrzymać tych ludzi na zewnątrz przynajmniej do zmroku.
Była trzecia po południu, chociaż wszystkim wydawało się, że jest późny wieczór, ponieważ niebo było aż gęste od wysoko położonych, szybko poruszających się chmur pyłu. Ludzie z zewnątrz przedstawili się w końcu jako policja UNOMY i zażądali, aby ich wpuścić do miasta. Frank wraz z burmistrzem Kairu poprosili, by obcy okazali upoważnienie z ONZ z Genewy i zapewnili, że nie użyją w mieście broni. Siły znajdujące się na zewnątrz nie odpowiedziały.
O wpół do piątej po południu w całym Kairze zawyły alarmy. Było oczywiste, że przedarto materię namiotu i to najwidoczniej w sposób katastrofalny, ponieważ na ulicach zaczął nagle zacinać ostry, wschodni wiatr. We wszystkich budynkach rozdzwoniły się syreny ciśnieniowe. Nie było prądu. Natychmiast po przerwaniu powłoki na ulicach zaroiło się od postaci w walkerach i hełmach, które bezładnie biegały tam i z powrotem, próbując się przedostać do bram; co rusz ktoś padał potrącony przez tłum lub powalony przez wiatr. Wszędzie wokół w oknach pękały z trzaskiem szyby, powietrze było pełne ostrych przezroczystych drobinek plastyku. Nadia, Maja, Ann, Simon i Jeli opuścili budynek zarządu miasta i zaczęli się przedzierać ku wschodniej bramie. Zebrały się tam prawdziwe tłumy, toteż panował wielki ścisk. Komora powietrzna była otwarta i ludzie usiłowali się do niej wedrzeć. Wiele osób mogło w tym tumulcie zostać zadeptanych na śmierć, a jeśli śluza powietrzna zablokowałaby się z jakiegoś powodu, wszyscy znaleźliby się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. I w dodatku, jeśli się nie włączyło interkomu hełmu na ogólne pasmo, wszystko to działo się w całkowitym milczeniu, z wyjątkiem głuchych odgłosów jakichś dalekich wybuchów. Przedstawiciele pierwszej setki nastawili nadajniki na swój stary kanał i usłyszeli, jak przez zakłócenia i zewnętrzne hałasy przebija się głos Franka.
Читать дальше