Jeżeli Colin powierzy mi nadzór nad kimś, będzie to wyłącznie działanie wspierające, potrójnie na zapas. Istniała na to nawet specjalna teoria w inwigilacyjnej praktyce: tanio, w ograniczonym zakresie i poza kontrolą. Powstała w robotyce, ale wkrótce przeniesiono ją do roboty policyjnej. Jeśli będzie odpowiednio duża liczba zwiadowców o ściśle wyznaczonym zakresie zadań, nie zdołają się ze sobą porozumieć tak, żeby przedwcześnie domyślić się, czego właściwie szukają. W ten sposób można osiągnąć zupełnie nieoczekiwane wyniki, Colinowi byłam potrzebna jako ekwiwalent wolnego strzelca.
Nie przeszkadzało mi to zbytnio. Przynajmniej będę z dala od San Francisco.
— Ostatnio — mówił dalej Colin — Superbystrzy przedostają się na teren Stanów Zjednoczonych, pojedynczo i dwójkami, bardzo zakamuflowani zarówno kosmetycznie, jak i elektronicznie. Podróżują do rozmaitych miasteczek Amatorów Życia i do enklaw Wołów, a potem wracają na La Isla. Chcemy wiedzieć, dlaczego to robią.
— Może cierpią na chorobę Gravisona — mruknęłam pod nosem.
— Przepraszam, co mówiłaś?
— Pytałam, czy są jakieś postępy w penetracji Hueros Verdes?
— Nie — odparł, ale przecież nie powiedziałby mi prawdy, gdyby rzeczywiście były. Seksualny podtekścik umknął mu całkowicie.
— A nad kim ja mam rozciągnąć nadzór?
Zaskakujące, czułam w gardle banieczkę podniecenia. Od lat nic mnie już nie ekscytowało. Rzecz jasna, z wyjątkiem Davida, który jednak zabrał już swoje seksowne ramiona, a także swoje poczucie wyższości, i trzyma je teraz w gotowości, ażeby wskoczyć na jakiś czas w sam środek życia innej kobiety.
— Będziesz śledzić Mirandę Sharifi — odpowiedział.
— O.
— Wszelkie dane identyfikacyjne i wyposażenie trzymam dla ciebie w schowku na stacji grawkolei. Będziesz uchodziła za Amatorkę Życia.
Było to ciut obraźliwe. Colin insynuował, że mój wygląd nie był aż tak olśniewający, żeby na pierwszy rzut oka poznać genomodyfikację. Ale dałam spokój.
— Ona sama opuściła wyspę tylko jeden jedyny raz. Tak nam się wydaje. Jeśli zdarzy się to jeszcze raz, masz podążyć za nią.
— Ale skąd możemy mieć pewność, że to ona? Jeżeli kamuflują się kosmetycznie i elektronicznie, może mieć inne rysy twarzy, inne włosy, a nawet inny obraz mózgu, którym zakryje własny.
— To prawda. Ale ich głowy są trochę zniekształcone, trochę za duże. Coś takiego ciężko ukryć.
Jasne, że o tym wiedziałam. Każdy o tym wiedział. Trzynaście lat temu, kiedy Superbezsenni przybyli tu po raz pierwszy z Azylu, ich wielkie głowy dały powód wielu nieeleganckim żartom. W samej rzeczy wyglądało to tak, że to właśnie ich podkręcony metabolizm i zmiany w procesach chemicznych w mózgu spowodowały to i wiele innych odchyleń od normy, bo przecież genomodyfikacje u ludzi to bardzo złożona sprawa. Superbezsenni, o ile sobie przypominam, nie należą do szczególnie przystojnych.
— Te ich głowy nie są aż tak wielkie, Colin. Przy zróżnicowanym oświetleniu trudno je w ogóle zauważyć.
— Mamy też podczerwone zdjęcia ich organizmów. Są w kartotece od czasu tamtej rozprawy. Nie można zmienić położenia wątroby ani zamaskować tempa trawienia w dwunastnicy.
Ale też i jedno, i drugie stanowi naszą cechę rodzajową. Zdjęć w podczerwieni jako identyfikatorów nie uznaje się przecież nawet w sądownictwie. Nie można na nich polegać. No, ale w końcu lepsze to niż nic.
Wszystko było lepsze niż to nic z Davidem. Niż to nic z Stephanie. Niż to coś z Katousem. „Dziękuję pani”.
— Wypady z Huevos Verdes w ostatnim czasie bardzo się nasiliły. Oni muszą coś planować. A my musimy się dowiedzieć co — oznajmił Colin.
— Si, senar — odrzekłam, ale nie wyglądał na rozbawionego.
Dotarliśmy niemal do granic ochronnej bańki. Za jej ledwo widocznym połyskiwaniem widziałam platformę, która podjechała, żeby zabrać ciało martwego zawodnika. Widziałam, jak jacyś Amatorzy pomagają dźwignąć je na platformę, gdzieś na samej krawędzi mego genetycznie wspomaganego wzroku. Amatorzy płakali. Załadowali ciało na platformę, która ruszyła następnie po wyścigowym torze. Po kilku metrach usłyszałam nagły zgrzyt i platforma stanęła. Amatorzy zaczęli pchać. Platforma ani drgnęła. Maszyna pogrzebowa, tak jak ostatnio wiele innych, ważniejszych maszyn, najwyraźniej się zepsuła.
Amatorzy Życia stali dookoła, wpatrując się w nią w oszołomieniu, bezsilni.
Poszłam za Colinem do budynku G-14, skołowana — właśnie tak, jak powinnam, będąc ofiarą choroby Gravisona.
2. Billy Washington: East Oleanta w stanie Nowy Jork
JAK SIĘ TYLKO DOWIEDZIAŁEM O TYM WŚCIEKŁYM szopie, pierwsze, co zrobiłem, to poleciałem zaraz do kafeterii, żeby powiedzieć Annie Francy. Biegłem całą drogę. Teraz to już nie takie łatwe. Myślałem tylko o tym, że może Lizzie jest już bezpieczna z Annie w kuchni, że może nie jest w lesie. Może.
— Leć, staruchu! Leć, stary pierdoło! — wrzasnął chłopak w alejce między hotelem a składem. Zawsze tam stali, łobuzy, jak była ładna pogoda. A była ładna pogoda. Zapomniałem, że mogą tam stać, bo inaczej bym poleciał naokoło, wzdłuż rzeki. Na szczęście dzisiaj po południu byli za leniwi albo za bardzo pokłóceni, żeby za mną ganiać. Gówno im powiem o szopie.
Przy służbowym wejściu do kafeterii, tam gdzie mają wchodzić tylko roboty, zacząłem walić w drzwi ile wlezie i niech szlag trafi tych, co usłyszą.
— Annie Francy! Wpuść mnie!
Po mojej prawej coś zachrobotało w krzakach i mało nie padłem. Szopy przychodziły tutaj po odpadki, które wylatują z robotów dostawczych. Ale to był tylko wąż.
— Annie! To ja, Billy! Wpuść mnie!
Niskie drzwiczki w końcu się otwarty. Wczołgałem się do środka na kolanach i łokciach. To właśnie Lizzie wykombinowała, jak otworzyć służbowe wejście bez sygnału od robota. Annie prędzej by wypuściła liście, niżby wpadła na coś takiego.
Były obie. Annie obierała jabłka, a Lizzie majstrowała przy robocie, który miał te jabłka obierać. Nie działał już miesiąc. No nie, Lizzie go nie naprawi. Jest bystra, ta mała, ale ma dopiero jedenaście lat.
— Billy Washingtonie! — odezwała się Annie. — Co się tak trzęsiesz? Stało się coś?
— Wściekłe szopy! — wysapałem. Serce waliło mi jak młot. — Aż cztery. Zgłosił je monitor. Przy rzece, tam gdzie Lizzie… gdzie Lizzie chodzi się bawić…
— Cśśś — powiedziała Annie. — Cśśś, kochany. Lizzie jest tutaj, bezpieczna.
Annie przytuliła mnie, kiedy tak siedziałem na podłodze, dysząc jak stary niedźwiedź. Lizzie patrzyła na nią tymi swoimi wielkimi oczami, szeroko otwartymi i błyszczącymi. Pewnie myśli, że wściekły szop to coś ciekawego. Nigdy żadnego nie widziała na oczy. A ja tak.
Annie to duża i miękka kobieta w kolorze czekolady, z piersiami jak poduchy. Nie powiedziałaby mi, ile ma lat, to jasne, ale wystarczyło zapytać terminalu w kafeterii albo w hotelu. Miała trzydzieści pięć. Lizzie w niczym nie była do niej podobna. Miała jasną skórę, rudawe włosy zebrane w ciasno splecione warkoczyki i była bardzo chuda. Nie miała jeszcze ani bioder, ani piersi. Ale miała za to swój rozum. Annie strasznie się tym martwiła. Ona już nie może pamiętać czasów, kiedy byliśmy zwyczajnie ludźmi, a nie Amatorami Życia. Ja pamiętam. Jak się ma sześćdziesiąt osiem, sporo się pamięta. Pamiętam czasy, kiedy Annie mogłaby być dumna z rozumu Lizzie.
Pamiętam też czasy, kiedy objęcia takiej kobiety jak Annie znaczyły zupełnie co innego niż zadyszkę z powodu chorego serca.
Читать дальше