Kiedy zmęczony Trevize zapadł wreszcie w nierówny sen, zbliżał się. już świt.
Następny dzień po aresztowaniu Trevizego był pomyślny dla burmistrz Branno. Chwalono ją bardziej, niż na to zasłużyła, nie wspominając ani słowem o incydencie na posiedzeniu Rady.
Mimo to wiedziała dobrze, że Rada wkrótce otrząśnie się i podniesie tę kwestię. Musiała szybko działać. Odkładając więc na bok wszystkie inne sprawy, zajęła się sprawą Trevizego.
W czasie kiedy Trevize dyskutował z Peloratem o Ziemi, Branno spotkała się w swoim biurze z radnym Munnem Li Comporem. Ponieważ Compor, zupełnie odprężony, siedział naprzeciw niej, po drugiej stronie biurka, mogła go jeszcze raz ocenić.
Był niższy i drobniejszy od Trevizego i tylko dwa lata starszy. Obaj byli radnymi od niedawna, obaj byli młodzi i śmiali i to musiała być jedyna łącząca ich więź, gdyż poza tym różnili się pod każdym względem.
Podczas gdy Trevize zdawał się groźnie promieniować, Compor świecił łagodnym blaskiem niezachwianej pewności siebie. Być może wrażenie takie sprawiały jego jasne włosy i niebieskie oczy, nieczęsto spotykane u mieszkańców Fundacji. Nadawały mu one niemal dziewczęcą delikatność, dzięki czemu (jak osądziła Branno) był mniej atrakcyjny dla kobiet niż Trevize. Mimo to Compor był wyraźnie dumny ze swego wyglądu. Włosy nosił długie i starannie ułożone, a powieki miał umalowane na jasnoniebiesko, aby podkreślić kolor oczu. (W ostatnim dziesięcioleciu cieniowanie powiek na różne kolory stało się bardzo modne wśród mężczyzn.)
Nie był kobieciarzem. Żył statecznie z żoną, ale dotąd nie zgłosił zamiaru posiadania dzieci, a poza tym było wiadomo, że ma stałą kochankę, z którą spotyka się potajemnie. Tym również różnił się od Trevizego, który zmieniał partnerki równie często jak utrzymywane w krzykliwych kolorach pasy, z czego był bardzo znany.
W życiu obu radnych było niewiele szczegółów, których nie udało się wykryć ludziom Kodella, a sam Kodell siedział cicho w rogu pokoju, promieniując, jak zawsze, życzliwością.
— Radny Compor — powiedziała Branno — wyświadczył pan Fundacji wielką przysługę, ale nie jest ona niestety tego rodzaju, żeby można było panu wyrazić publicznie uznanie albo wynagrodzić to w normalny sposób.
Compor uśmiechnął się. Miał białe, równe zęby i Branno przez chwilę zastanawiała się, zupełnie bez związku ze sprawą, czy tak wyglądają wszyscy ludzie z sektora Syriusza. Opowieści Compora o tym, że wywodzi się z tego, raczej peryferyjnego, regionu opierały się na relacjach jego babki ze strony matki, która również była blondynką o niebieskich oczach i utrzymywała, jakoby jej matka pochodziła z sektora Syriusza. Jednak według Kodella nie było na to pewnych dowodów.
„Wiadomo, jakie są kobiety — powiedział Kodell. — Mogła sobie zmyślić pochodzenie z dalekiego i egzotycznego świata, żeby wydać się bardziej atrakcyjną niż była w istocie”.
„To takie są kobiety? — spytała sucho Branno, a Kodell uśmiechnął się i wybąkał, że oczywiście miał na myśli zwyczajne kobiety”.
— Nie jest konieczne, żeby mieszkańcy Fundacji dowiedzieli się o wyświadczonej przeze mnie przysłudze, wystarczy, że pani o tym wie — rzekł Compor.
— Wiem i nie zapomnę. I nie zrobię jeszcze jednej rzeczy, a mianowicie nie pozwolę, żeby pan przypuszczał, że pańskie zobowiązania na tym się skończyły. Obrał pan trudny kurs i musi pan go kontynuować. Chcemy wiedzieć więcej o Trevizem.
— Powiedziałem wszystko, co wiem.
— Może chciałby pan, żebym tak myślała. Może nawet sam pan tak myśli. Niemniej jednak) proszę odpowiedzieć na moje pytania. Zna pan gentlemana o nazwisku Janov Pelorat?
Czoło Compora zmarszczyło się, ale niemal natychmiast wygładziło z powrotem. Rzekł ostrożnie: — Może bym go poznał, gdybym go zobaczył, ale nazwisko nic mi nie mówi.
— Jest naukowcem.
Usta Compora ułożyły się w raczej pogardliwe, choć niewypowiedziane „O!”, jak gdyby był zdziwiony, że burmistrz podejrzewa go o znajomości z naukowcami.
— Pelorat to interesujący człowiek, który z osobistych powodów pragnie odwiedzić Trantor. Będzie mu towarzyszył radny Trevize. Otóż, skoro był pan bliskim przyjacielem Trevizego i być może zna jego sposób myślenia, niech mi pan powie, czy zdaniem pana Trevize zgodzi się lecieć na Trantor?
— Jeśli dopilnuje pani, żeby Trevize wsiadł na statek i jeśli statek ten poleci na Trantor, to czy będzie mógł on zrobić coś innego niż lecieć tam? — odparł Compor. — Na pewno nie sugeruje pani, że wznieci bunt i przejmie statek.
— Nie zrozumiał pan. On i Pelorat będą sami na statku, a Trevize będzie siedział za sterami.
— Pyta pani, czy dobrowolnie poleci na Trantor?
— Tak, pytam właśnie o to.
— Pani burmistrz, skąd mogę wiedzieć, co on zrobi?
— Radny Compor, był pan blisko z Trevizem. Wie pan, że wierzy on w istnienie Drugiej Fundacji. Czy nigdy nie mówił panu, gdzie jego zdaniem mieści się Druga Fundacja, gdzie można ją znaleźć?
— Nigdy, pani burmistrz.
— Myśli pan, że ją znajdzie?
Compor roześmiał się. — Myślę, że Druga Fundacja, bez względu na to, czym była i jak była ważna, została zniszczona za czasów Arkady Darell. Wierzę w jej opowieść.
— Naprawdę? W takim razie dlaczego zdradził pan przyjaciela? Jeśli szuka tego, co nie istnieje, to jaką szkodę mógłby nam wyrządzić rozpowszechniając swoje dziwaczne teorie?
— Nie tylko prawda może być szkodliwa — odparł Compor. — Jego teorie może są dziwaczne, ale głosząc je, mógłby wzbudzić niepokój w społeczeństwie Terminusa i wyzwalając wątpliwości i obawy co do roli Fundacji w wielkim dramacie historii Galaktyki, osłabić jej przewodnią rolę w Federacji i zniweczyć marzenia o Drugim Imperium Galaktycznym. Musiała pani sama tak pomyśleć, bo w przeciwnym razie nie kazałaby go pani aresztować w sali posiedzeń Rady, a teraz nie zmuszałaby go pani do udania się na wygnanie bez procesu sądowego. Dlaczego pani to zrobiła, pani burmistrz, jeśli wolno mi spytać?
— Może dlatego, że byłam na tyle ostrożna, by przypuścić, że istnieje, niewielka co prawda, możliwość, że on ma rację i że w związku z tym otwarte głoszenie takich poglądów może być dla nas jak najbardziej bezpośrednio niebezpieczne?
Compor nic na to nie powiedział.
— Zgadzam się z panem — mówiła dalej Bran — no — ale z racji mego urzędu jestem zmuszona wziąć taką możliwość pod uwagę. Pozwoli pan, że jeszcze raz spytam, czy wie pan o czymś, co mogłoby nam wskazać gdzie, jego zdaniem, mieści się Druga Fundacja i gdzie mógłby się udać.
— Nie wiem o niczym.
— Nigdy o niczym nie napomykał?
— Nie, oczywiście, że nie.
— Nigdy? Niech się pan tak nie spieszy z odpowiedzią. Proszę pomyśleć. Nigdy?
— Nigdy — rzekł stanowczo Compor.
— Nie robił żadnych aluzji? Nie dowcipkował na ten temat? A może rysował czy pisał coś machinalnie? A może zamyślał się w chwilach, które teraz, kiedy pan do nich wróci pamięcią, okażą się znaczące?
— Nic z tych rzeczy. Mówię pani, że te jego rojenia na temat Drugiej Fundacji są zupełnie mgliste. Wie pani o tym i traci pani tylko niepotrzebnie czas i zdrowie, zajmując się tym.
— Czy pan przypadkiem nie zmienił nagle frontu i nie broni przyjaciela, którego mi pan wydal?
— Nie — odparł Compor. — Wydałem go w pani ręce, bo tak mi nakazywał patriotyzm. Nie widzę żadnego powodu, żebym musiał tego żałować albo zmienić swój stosunek do tej sprawy.
Читать дальше