I ja mam teraz przegapić taką okazję, żeby się przypochlebić władzy? Widziałaś kiedy taki statek? Ludzie z dalekich światów są bogaci i dużo mogą. Sam gubernator się nimi interesuje i wysyła takie pilne polecenia, że Starsi chodzą w taki ziąb po wszystkich zagrodach. Pewnie już na całym Rossemie wiadomo, że z tymi ludźmi pilno się spotkać panom z Tazendy, a oni lądują na moim polu! — Prawie podskakiwał z emocji. — Ugości się ich porządnie… oni powiedzą o tym gubernatorowi — to czego się wtedy nie da załatwić?
Kobieta poczuła nagle, że mróz kąsa ją przez cienkie domowe ubranie. Skoczyła do drzwi, krzycząc przez ramię:
— No to leć szybko!
Ale Naroviemu nie trzeba było tego mówić. Pędził już w stronę, gdzie za horyzontem zniknął lądujący statek.
Generał Han Pritcher nie przejmował się ani przenikliwym zimnem panującym na tym świecie, ani rozpościerającą się wokół niegościnną, pustą i ponurą równiną. Nie przejmował się też ubogim otoczeniem ani nawet spoconym chłopem. Trapiło go tylko pytanie, czy obrali mądrą taktykę. Byli tu tylko on i Channis.
Statek, który zostawili w przestrzeni, nie potrzebował w normalnych warunkach dowódcy na pokładzie, ale mimo to Pritcher był niespokojny. Oczywiście za to posunięcie odpowiedzialny był Channis. Pritcher spojrzał na siedzącego naprzeciw młodzieńca, mrugającego akurat wesoło do kobiety, której zaciekawiony wzrok i otwarte z przejęcia usta mignęły na chwilę w otworze w przepierzeniu ze skór.
Przynajmniej Channis wydawał się zupełnie spokojny. Pritcher skonstatował ten fakt ze złośliwą satysfakcją. Ta gra już niedługo przestanie się toczyć po jego myśli. Na razie jednak ich ręczne radiostacje ultrafalowe były jedynym środkiem łączności ze statkiem.
W tym momencie chłop uśmiechnął się szeroko, skłonił kilka razy głowę i powiedział głosem pełnym szacunku i uniżoności:
— Szlachetni panowie, proszę pokornie o wybaczenie, że ośmielam się odzywać nieproszony, ale mój pierworodny — zacny chłopak i mądry jak rzadko, ale niekształcony, bo bieda u nas — właśnie przyleciał i mówi, że tylko patrzeć jak przyjdą Starsi. Chyba, panowie, było wam u mnie dobrze… czym chata bogata, tym rada… biedny ja, ale uczciwy… ciężko pracuję…
— Starsi? — spytał Channis od niechcenia. — Najważniejsi ludzie u was?
— Tak jest, szlachetny panie, a jeden w drugiego zacni ludzie i uczciwi, bo na całym Rossemie wiedzą, że u nas jest sprawiedliwie, chociaż życie ciężkie i niedużo się zbiera z pola i z lasu. Jakby panowie tak byli łaskawi wspomnieć Starszym, z jakim szacunkiem się u mnie przyjmuje gości, to może by poprosili dla mnie o nowy wóz, bo stary ledwie ciągnie, a bez wozu nie ma życia, bo tyle roboty w gospodarstwie i aż strach pomyśleć, jak nawali…
Patrzył na nich z pokorą i nadzieją, więc Pritcher skinął głową z wyniosłą łaskawością, jakiej można było oczekiwać od szlachetnego pana, w roli którego niespodziewanie się znalazł.
— Wieść o waszej gościnności na pewno dotrze do uszu Starszych.
Korzystając z tego, że znaleźli się sami, Pritcher rzekł do Channisa, który zdawał się drzemać:
— Nie zachwyca mnie specjalnie perspektywa spotkania z tymi Starszymi. A co ty o tym sądzisz?
Channis wyglądał na zaskoczonego.
— Co cię martwi?
— Wydaje mi się, że mamy ważniejsze sprawy do załatwienia niż zwracać tu na siebie uwagę.
— Zwracanie na siebie uwagi może się okazać konieczne przy naszych dalszych posunięciach, Pritcher — rzekł cicho Channis. — Takich ludzi, jakich szukamy, nie znajdzie się wkładając rękę do worka i obmacując jego zawartość. Ludzie, którzy rządzą, za pomocą sztuczek psychicznych, wcale nie muszą się rzucać w oczy. Przede wszystkim psychologowie z Drugiej Fundacji stanowią prawdopodobnie tylko niewielką część całej populacji, tak jak uczeni i inżynierowie na twojej Fundacji. Pozostali mieszkańcy są prawdopodobnie właśnie zwykłymi ludźmi. Psychologowie mogą się nawet trzymać w głębokim cieniu i ludzie, którzy pozornie znajdują się na kierowniczych stanowiskach, mogą być szczerze przekonani, że naprawdę sprawują władzę. Rozwiązanie naszego problemu może się znajdować tutaj, na tym zamarzniętym okruchu planety.
— Zupełnie tego nie rozumiem.
— Przecież to całkiem jasne. Tazenda to prawdopodobnie olbrzymi świat, liczący wiele milionów, a może nawet wiele setek milionów mieszkańców. Jak bylibyśmy w stanie znaleźć wśród nich psychologów i uczciwie donieść Mułowi, że odkryliśmy Drugą Fundację? Natomiast tutaj, na tej podrzędnej planecie, na tym chłopskim świecie, wszyscy tazendcy władcy mieszkają — jak nas zapewnia nasz gospodarz — w głównej wiosce, w Gentri. Nie może być tam ich więcej niż kilkuset, Pritcher, a między nimi musi być jeden albo kilku ludzi z Drugiej Fundacji. W końcu do nich dotrzemy, ale najpierw spotkajmy się ze Starszymi — to krok, który logicznie prowadzi do celu.
Odsunęli się od siebie, kiedy ich czarnobrody gospodarz, wyraźnie podniecony, ponownie wpadł do pokoju.
— Szlachetni panowie, Starsi już idą. Błagam o wybaczenie, że razjeSzcze ośmielam się prosić, byście raczyli rzec słowo w mojej sprawie… — tu niemal zgiął się wpół, bijąc pokłony i dosłownie płaszcząc się przed nimi.
— Na pewno będziemy o tym pamiętać — rzekł Channis. — To są wasi Starsi?
Było oczywiste, że tak. Było ich trzech. Jeden z nich wystąpił do przodu. Skłonił się z pełnym godności szacunkiem i powiedział:
— Jesteśmy zaszczyceni. Pojazd już czeka, czcigodni panowie, i mamy nadzieję, że wyrządzicie nam przyjemność i udacie się z nami do Budynku Zebrań.
Trzecie interludium
Pierwszy Mówca spoglądał z zadumą na nocne niebo. Płynące po nim drobne chmurki przesłaniały na chwilę słabe lśnienie tej czy innej gwiazdy. Przestrzeń wyglądała zdecydowanie wrogo. Zawsze była zimna i odpychająca, ale teraz kryła jeszcze tego niesamowitego stwora, Muła i jego obecność zdawała się potęgować mrok i przekształcać go w złowieszczą groźbę.
Posiedzenie skończyło się. Nie trwało długo. Poświęcone było rozpatrzeniu wątpliwości i pytań, które nasuwał trudny matematyczny problem uporania się z mutantem psychicznym o niepewnej strukturze. Trzeba było przeanalizować wszystkie ekstremalne permutacje.
Czy teraz byli bardziej pewni swego? Gdzieś tam, w tamtym rejonie przestrzeni — w bliskim zasięgu, jak na odległości galaktyczne — znajdował się Muł. Co teraz zrobi?
Było dosyć łatwo kierować jego ludźmi. Reagowali zgodnie z planem. Ale jak zachowa się on sam?
Starsi, w tym przynajmniej rejonie Rossema, nie byli dokładnie tacy, jak można ,było się spodziewać. Nie byli zwykłą ekstrapolacją chłopstwa — ani starsi, ani bardziej oficjalni, ani mniej przyjaźni niż reszta.
Nic z tych rzeczy.
Wrażenie cechującej ich powagi, które Pritcher i Channis odnieśli podczas pierwszego spotkania, stawało się w miarę upływu czasu coraz silniejsze, aż w końcu spotęgowało się do tego stopnia, że powaga wydała się ich dominującą cechą.
Siedzieli wokół owalnego stołu, skupieni i oszczędni w ruchach, jak przystało mędrcom. Większość z nich miała już najlepsze lata za sobą, chociaż tych kilku, którzy nosili brody, przystrzygało je krótko i starannie pielęgnowało. Było wśród nich jednak dość takich, którzy wydawali się nie mieć jeszcze czterdziestki, by stało się jasne, że tytuł „starsi” był raczej wyrazem szacunku ze strony pozostałej ludności niż dosłownym określeniem ich wieku.
Читать дальше