Litowaliśmy się nad naszymi przodkami, którym przyszło żyć w czasach mrocznych i nieoświeconych.
Kiedy wróciliśmy do hotelu, Flora zrzuciła ubranie. Padła na łóżko z rozrzuconymi nogami.
— Bierz mnie! — krzyknęła. — Jestem pijana!
Sam byłem trochę pijany, więc ją wziąłem.
Madison Jefferson Monroe pilnował, byśmy przez cały wieczór nie wypili więcej niż jednego drinka. Mimo pokusy żadnemu z nas nie wolno było spróbować drugiego, pozostały nam wyłącznie napoje orzeźwiające. Nie chciał ryzykować, że powiemy coś bezmyślnego pod wpływem alkoholu, substancji, do której tak naprawdę nie byliśmy przyzwyczajeni. Okazało się, że nawet jeden drink potrafi rozluźnić język i zmiękczyć mózg; pewnym uczestnikom wycieczki wyrywały się uwagi, które, podsłuchane, mogłyby sprawić nam spore kłopoty.
Zdumiało mnie, że ludzie z XX wieku potrafią wypić tyle i się nie przewracają.
— Przyzwyczaj się do alkoholu — poradził mi Sam. — To ulubiona trucizna w większości miejsc spod prądu. Wyrób sobie tolerancję, bo możesz mieć kłopoty.
— Żadnych narkotyków? — zainteresowałem się.
— No, tu i tam znajdziesz trochę zielska, ale nic naprawdę psychodelicznego. Pałace nochali to nasz autentyczny wynalazek. Naucz się pić, Jud. Naucz się pić.
Nieco później odwiedził mnie w pokoju Jeff. Flora leżała na łóżku nieprzytomna. Porozmawialiśmy sobie o specyfice zawodu kuriera. Nawet go polubiłem, mimo że taki był gładki, taki bez wyrazu.
Najwyraźniej lubił swoją pracę. Jego specjalnością były Stany Zjednoczone XX wieku. Skarżył się tylko na to, że bez przerwy ogląda zamachy.
— Nic tylko morderstwa i morderstwa — powiedział. — Dallas, Los Angeles, Memphis, Nowy Jork, Chicago, Baton Rouge, Cleveland, raz za razem, raz za razem. Nawet nie wiesz, jak męczy mnie przebijanie się przez tłum na estakadzie, wskazywanie właściwego okna na piątym piętrze, przyglądanie się tej biednej kobiecie, kiedy wpełza na tylne siedzenie. Huey Long nie ma przynajmniej aż takiego wzięcia. W Dallas jest mnie za to chyba ze dwudziestu. Czy ludzi naprawdę nie interesuje to, co w XX wieku było piękne i szczęśliwe?
— A coś było? — zdziwiłem się.
Śniadanie zjedliśmy w Brennan's, obiad u Antoine'a, obejrzeliśmy Garden District, wróciliśmy na Stare Miasto, by zwiedzić katedrę na Jackson Street, a potem poszliśmy przyjrzeć się Missisipi. Widzieliśmy Clarka Gable'a i Jean Harlow w „Red Dust”, odwiedziliśmy pocztę i bibliotekę publiczną, kupiliśmy mnóstwo gazet (dopuszczalnych jako pamiątki). Przez kilka godzin słuchaliśmy radia. Przejechaliśmy się tramwajem zwanym Pożądaniem. Jeff zabrał nas na przejażdżkę wypożyczonym samochodem. Każdemu z nas oferował możliwość poprowadzenia go, ale nikt się nie zgodził; z przerażeniem obserwowaliśmy skomplikowaną czynność zmiany biegów. Jednym słowem, doświadczyliśmy dwudziestowiecznej codzienności. Jak gąbka nasiąknęliśmy smakiem epoki.
Potem udaliśmy się do Baton Rouge, by obejrzeć zabójstwo senatora Longa.
Dotarliśmy tam w sobotę, siódmego września. Zajęliśmy pokoje w hotelu; Jeff przysięgał, że jest to najlepszy hotel w mieście. Odbywała się właśnie sesja parlamentu stanowego. Huey przybył z Waszyngtonu, by jej przewodzić. Włóczyliśmy się po mieście bez celu aż do późnego niedzielnego popołudnia. Potem nasz kurier zabrał całą grupę na przedstawienie.
Jeff założył sobie termoplastyczną maskę. Rumianą twarz o zdrowej cerze zmienił na poznaczoną dziobami po ospie i ozdobioną wąsami. Nosił ciemne okulary, które pożyczył chyba od Dajaniego.
— Trzeci raz prowadzę tu grupę — oznajmił nam. — Moim zdaniem nie wyglądałoby najlepiej, gdyby ktoś dostrzegł identyczne trojaczki w korytarzu, gdzie zastrzelono Hueya.
Zapowiedział nam też stanowczo, że mamy nie zwracać uwagi na innych Jeffów Monroe, gdyby zdarzyło się nam ich dostrzec. To on, ze śladami po ospie na twarzy, wąsami i ciemnymi okularami jest naszym kurierem, do pozostałych dwóch nie wolno nam się zbliżać.
Pod wieczór podeszliśmy wreszcie do kolosalnej, trzydziestotrzypiętrowej siedziby władz stanowych. Zachowywaliśmy się niczym przypadkowi przechodnie, podziwiający wzniesioną przez Longa katedrę za pięć milionów dolarów. Weszliśmy niepostrzeżenie. Jeff co kilka sekund zerkał na zegarek.
Ustawił nas w miejscu, z którego wszystko mieliśmy widzieć doskonale, pozostając jednocześnie poza zasięgiem kuł.
Nie sposób było nie zauważyć innych grup turystów, zajmujących miejsce w pobliżu. Jedną z nich prowadził niewątpliwie Jeff Monroe, drugą mężczyzna podobny, ale z okularami w drucianych oprawkach na nosie i śliwkowym znamieniem na policzku. W sposób bardzo wyszukany nie patrzyliśmy w ich kierunku. Oni pracowali ciężko, żeby nie zauważyć nas.
Zacząłem naprawdę martwić się paradoksem kumulacji. Miałem wrażenie, że każdy, kto kiedykolwiek skoczył pod prąd, by obejrzeć zabójstwo Longa, powinien tu być. Powinny tu być może i tysiące ludzi, rozpychających się łokciami, by zobaczyć cokolwiek, a jednak było nas zaledwie kilkunastu, reprezentujących turystów z roku 2059 i lat wcześniejszych. Gdzie się podziali inni? Czyżby czas był tak elastyczny, że to samo zdarzenie może się rozgrywać nieskończoną ilość razy, wciąż dla większej widowni?
— Idzie — szepnął Jeff.
Szef spieszył w naszym kierunku, za nim truchtem biegła obstawa. Huey był niewysoki, tęgi, miał czerwoną twarz, krótki, zadarty nos, włosy tak rude, że niemal pomarańczowe, grube wargi i dwa podbródki. Wydawało mi się, że wyczuwam w nim siłę; zastanowiłem się też, czy przypadkiem nie oszukuję sam siebie. Podchodząc do nas, pan senator podrapał się po lewym pośladku, powiedział coś do idącego po jego lewej stronie mężczyzny i kaszlnął. Garnitur miał pognieciony, włosy rozczochrane.
Z wyjaśnień naszego kuriera wiedzieliśmy, gdzie szukać zamachowca. Na chrząknięcie Jeffa — broń Boże nie wcześniej! — obróciliśmy głowy. Doktor Carl Austin Weiss wyszedł z tłumu, zrobił krok w kierunku senatora i wcisnął mu w brzuch dwudziestkę dwójkę. Strzelił raz. Huey, zdumiony, padł na wznak. Był śmiertelnie ranny. Jego obstawa nie patyczkowała się — zabiła doktora Weissa na miejscu. Na podłodze pojawiły się kałuże lśniącej krwi. Ludzie zaczęli krzyczeć, podnieceni, czerwoni na twarzach goryle naparli na nas z całej siły, każąc nam się cofnąć, jeszcze, jeszcze się cofnąć.
I to wszystko. Zdarzenie, które przyjechałem obejrzeć, właśnie się skończyło. Wydało mi się naraz nierzeczywiste, powtórka z historii starożytnej, sprytny, ale nie bardzo przekonywający tridim. Autentyczność przedstawienia wprawdzie nam zaimponowała, lecz nie pozostawiło ono po sobie większego wrażenia.
Żadna z latających wokół kuł nie wydała nam się prawdziwa. A przecież były to prawdziwe kule i gdyby któraś trafiła kogoś z nas, ten ktoś zginąłby prawdziwą śmiercią. Dla dwóch leżących na lśniącej posadzce korytarza ludzi to, co się zdarzyło, było nieodwracalną prawdą.
Odbyłem jeszcze cztery treningowe wycieczki, nim mianowano mnie pełnoprawnym kurierem czasowym. Pod prąd skakałem zawsze w okolice Nowego Orleanu. Doskonale poznałem historię tego regionu.
Trzecia wycieczka odbyła się w rok 1803 — rok zakupu Luizjany. Uczestniczyłem w niej jako jedyny kandydat wśród siedmiorga turystów. Przewodnikiem był niewysoki kurier o zdecydowanych, twardych rysach twarzy — Sid Buonocore. Kiedy wspomniałem go w rozmowie, Sam roześmiał się głośno.
Читать дальше