— Wielki mięczak, panie-ojcze. Przytwierdzony do kadłuba. Musi wysyłać jakiś związek… jakiś narkotyk…
— Lawler! Chodź, zobacz, co znalazł Gharkid!
— Później… później…
Byli jednak bezlitośni. Podeszli do niego, wzięli go pod ręce, każdy z jednej strony, i pomaszerowali z nim do burty. Lawler wyjrzał. Tutaj doznania były dużo bardziej intensywne niż gdziekolwiek na pokładzie; Lawler odczuwał głębokie, rytmiczne pulsowanie wzdłuż kręgosłupa, ogłupiające łomotanie w lędźwiach. Jądra twardniały. Sztywny penis drżał i sterczał w górę, ku gwiazdom.
Usiłował oprzytomnieć. Ledwie pojmował, co tu się dzieje.
Jakieś stworzenie zaatakowało okręt, doprowadzając wszystkich do szaleństwa.
Przypomniał sobie imiona, które zaczął dopasowywać do twarzy i postaci. Quillan. Gharkid. Oparli się temu. l ci, którzy nie oparli się: on i Neyana, Sundira i Martello, Sundira i Delagard. Kinverson i Pilya. Felk i Lis. Raz po raz nie kończąca się zmiana partnerów, gorączkowy taniec członków i pochew. Gdzie jest Lis? Chciał Lis. Nigdy dotąd jej nie chciał. Nigdy też nie pragnął Neyany. A teraz tak. Teraz Lis. A potem Pilya, nareszcie. Dać jej to, na co czekała przez całą podróż. A potem Sundira. Zabrać ją temu obrzydliwemu Delagardowi. Sundira, tak, potem znowu Neyana i Lis, i Pilya — Sundira, Neyana, Pilya, Lis — pieprzyć do świtu — pieprzyć do południa — pieprzyć aż po kres czasu…
— Zabiję go — powiedział Quillan. — Podaj mi oścień, Natim.
— Nie czujesz tej siły? — zapytał Lawler. — Jesteś odporny?
— Oczywiście, że nie — powiedział duchowny.
— A więc to śluby…
— To nie śluby mnie powstrzymują. To po prostu strach, Lawler. — A do Gharkida Quillan powiedział: — Oścień powinien go sięgnąć. Przytrzymaj mnie za nogi, żebym nie wypadł za burtę.
— Pozwól mi to zrobić — powiedział Lawler. — Ja mam dłuższe ręce.
— Zostań na miejscu.
Duchowny wychylił się za burtę. Gharkid przytrzymał go za nogi. Lawler trzymał Gharkida. Patrząc w dół, Lawler zobaczył coś, co wyglądało jak jaskrawożółta plama, o średnicy około metra, przylegająca do okrętu tuż nad linią wody. Była płaska i okrągła, z niewielką, pomarszczoną wypukłością na środku. Quillan sięgnął w dół, najdalej jak mógł, i dźgnął ją. Potem jeszcze raz. I znowu. Maleńki strumień błękitnej cieczy trysnął jak maleńka fontanna z grzbietu stworzenia. Kolejne szturchnięcie. Stworzenie zadrżało konwulsyjnie.
Lawler poczuł, że ból w lędźwiach złagodniał.
— Trzymajcie mnie mocniej! — zawołał Quillan. — Zaczynam spadać!
— Nie, panie-ojcze, nie!
Lawler zacisnął dłonie na kostkach Quillana. Poczuł, że ciało duchownego naprężyło się i odchyliło od kadłuba okrętu, gdy jednym krótkim i mocnym pchnięciem wbił oścień w cel. Stworzenie przylegające do okrętu skurczyło się gwałtownie. Jego ciało pociemniało, przybierając barwę głębokiej zieleni, a potem chorobliwej czerni; miękki korpus nagle poskręcał się dziwacznie; stwór zadygotał, wpadł do morza i zniknął w pianie za rufą.
Niemal natychmiast Lawler poczuł, że rozwiewa się reszta oparu spowijającego jego mózg.
— Mój Boże — powiedział. — Co to było?
— Mięczak, przynajmniej tak nazwał go Gharkid — odpowiedział Quillan. — Przykleił się do okrętu i usypiał nas jakimś silnym narkotykiem. — Ksiądz drżał, jakby uwolnił się od nieznośnego napięcia. — Niektórzy z nas umieli to opanować. Inni nie.
Lawler spojrzał na pokład. Nadzy ludzie powoli kręcili się dookoła, spoglądali ze zdumieniem, jak ludzie nagle wyrwani ze snu. Leo Martello stał obok Neyany patrząc na nią, jakby ją widział pierwszy raz w życiu. Kinverson był z Lis Niklaus. Oczy Lawlera napotkały wzrok Sundiry. Wyglądała na oszołomioną. Bez końca pocierała dłonią swój płaski nagi brzuch udręczonym, kurczowym ruchem, jakby chciała zetrzeć z niego odcisk ciała Delagarda.
Mięczak był zwiastunem niebezpieczeństwa. Morze Puste w tych szerokościach geograficznych stawało się mniej puste.
Pojawił się nowy gatunek drakkeny — południowa odmiana. Były podobne do tych z pomocy, lecz większe, i wyglądały na bardziej przebiegłe, o zabawnie wyrachowanym spojrzeniu. W przeciwieństwie do tamtych, które pływały w liczących setki stadach, te podróżowały w gromadach liczących najwyżej kilka tuzinów osobników i kiedy ich długie, rurowate głowy wystawały z wody, sterczały daleko od siebie, jakby każdy członek bandy żądał i otrzymywał od swych kompanów własne, spore terytorium. Godzinami towarzyszyły okrętowi, niezmordowanie płynąc obok niego z nosami zadartymi wysoko w powietrze. Ich lśniące, szkarłatne ślepia nigdy się nie zamykały. Łatwo było uwierzyć, że czekały na zmrok i okazję, aby zakraść się na pokład. Delagard zarządził wcześniejszą zmianę wachty po to, aby patrolować pokład z bosakami w rękach.
O zmierzchu drakkeny zanurzyły się; wszystkie zniknęły jednocześnie, co było właściwością ich gatunku, jak gdyby zostały wessane jednym haustem przez ziejącą pod nimi głębię. Delagard wcale nie był przekonany, że odeszły, i przez całą noc utrzymywał patrole na pokładzie. Atak nie nadszedł, a rankiem okazało się, że morze jest puste.
Późnym popołudniem tego dnia, gdy zapadał już mrok, od nawietrznej przydryfowała do okrętu jakaś ogromna, amorficzna, miękka masa zbudowana z bladożółtej, lepkiej substancji. Ciągnęła się daleko, rozszerzając się na setki metrów, a może więcej. Mogła to być nawet wyspa jakiegoś dziwnego rodzaju, tak była wielka: kolosalna, wiotka wyspa, składająca się wyłącznie ze śluzu, gigantyczna aglomeracja smarków. Kiedy zbliżyli się do niej, zobaczyli, że ta ogromna, pomarszczona, pofałdowana rzecz jest żywa — przynajmniej częściowo. Jej bladokremowa powierzchnia drżała lekko, niemiarowo i wypuszczała malutkie, zaokrąglone wypustki, które natychmiast wtapiały się z powrotem w główną masę.
Dag Tharp przybrał dziwaczną pozę.
— Proszę bardzo, panie i panowie! Nareszcie Oblicze Wód!
Kinverson roześmiał się.
— Dla mnie to wygląda na zupełnie inną część ciała.
— Patrzcie tam — powiedział Martello. — Drobiny światła podnoszą się z niej i migoczą w powietrzu. Jakie są piękne!
— Jak świetliki — powiedział Quillan.
— Świetliki? — zapytał Lawler.
— Mają je na Sunrise. Insekty wyposażone w narządy luminescencyjne. Czy wiesz, co to są insekty? Żyjące na lądzie sześcionożne stawonogi, niewiarygodnie rozpowszechnione na większości zamieszkałych światów. Świetliki to insekty, które pojawiają się o zmierzchu i mrugają swoimi światełkami, włączając je i wyłączając. Bardzo ładne, bardzo romantyczne. Efekt jest podobny jak tutaj.
Lawler patrzył. Tak, to był piękny widok: drobne fragmenty tej ogromnej, napęczniałej, dryfującej masy oddzielały się i wzlatywały, unoszone w górę przez letnią bryzę, świecąc w locie krótkimi błyskami żółtego światła jak maleńkie szybujące słoneczka. Powietrze było ich pełne: tuziny, setki. Płynęły na wietrze, wznosiły się, opadały, znowu wznosiły. Włączały się i wyłączały, zapalały i gasły — błysk, błysk, błysk.
Piękno na Hydros było zawsze podejrzane. Obserwując taniec świetlików, Lawler czuł rosnący niepokój.
Nagle Lis Niklaus krzyknęła:
— Żagle w ogniu!
Lawler spojrzał w górę. Część świetlików przefrunęła nad okręt, a te, które zaczepiły się o żagle, 'przylgnęły do nich, świecąc równomiernie i zapalając splecioną z bambusa morskiego tkaninę. Niewielkie obłoczki dymu unosiły się spiralnie w górę w dziesiątkach miejsc; widać było małe czerwone płomyki palących się włókien. Okręt został zaatakowany.
Читать дальше