Korytarz kończył się kilkadziesiąt metrów dalej ścianą tak gładką, jak te wszystkie, które widzieli na zewnątrz. Nie była ona jednak z kamienia, lecz z tej samej substancji, z której powstały domy Przodków.
— To tutaj? — Mura uderzył pięścią w mur, a Kosti skinął ponuro głową.
— Nie widać tu żadnego otworu…
Dudnienie, do którego zdążyli się już przyzwyczaić, wyczuwalne było zarówno w ścianach, jak i w podłodze. Trudno powiedzieć, w jakim stopniu ten rezonans pogłębiał ich niepokój, ale niewątpliwie przyczynił się do tego, że w nikłym świetle wąskiego korytarza czuli się jak w pułapce.
— Wygląda na to, że utknęliśmy — odezwał się mechanik. — Chyba że wyjdziemy znowu na zewnątrz. Co wy na to? A gdzie Wilcox i Shannon?
Dan wszystko mu wyjaśnił. On również miał teraz nadzieję, że pozostali w dolinie koledzy znajdą odpowiedni klawisz i otworzą wrota. Zdecydował się tam wrócić, ruszył więc wzdłuż korytarza w kierunku wejścia. Doskonale pamiętał drogę: najpierw prosto, a potem pod kątem ostrym w prawo…
Gdy jednak dotarł do zakrętu, nie ujrzał następnego, długiego holu, lecz szczelinę głęboką na około półtora metra. Zatrzymał się oszołomiony. Był przecież tylko jeden korytarz, i to bez żadnych wylotów. Powinien mieć przed sobą prostą drogę do wyjścia, a zamiast tego wyrastał z ziemi kolejny mur. Wyciągnął rękę i dotknął gładkiej powierzchni. To nie była fatamorgana.
Odwrócił się na pięcie z tłumionym okrzykiem strachu i zobaczył wyrastającą ze skały następną ścianę, która odcinała go od Kostiego i Mury. Zareagował natychmiast i zdążył wczołgać się w zwężający się otwór. Gdyby nie ogromna silą Kostiego, mógł przepłacić życiem ten brawurowy skok. Metal uderzył o metal, zabrzęczą], i oto znaleźli się w dwumetrowej celi.
— Wspaniale — mruknął Kosti. — Potrzymają nas tutaj, aż znajdą czas, żeby się nami zająć. Mura drgnął.
— Teraz nie ma już wątpliwości, że Snall ich ostrzegł.
Steward jednak nie wyglądał na zmartwionego. Kosti walił w ścianę i przysłuchiwał się odgłosom, jakby miał nadzieję, że w ten sposób odkryje tajemnicę skał zamykających się w najmniej pożądanym momencie.
— Są zdalnie sterowane — kontynuował spokojnie Mura. — Sądzą na pewno, że mają nas w garści.
— Ale się mylą, prawda? — pytanie Dana było uzasadnione wobec zachowania kolegi.
— Zobaczymy. Drzwi zewnętrzne są kontrolowane przez dźwięki. Słyszałem, jak Tang mówił, że zakłócenia spowodowane tą instalacją mieszczą się częściowo w zakresie przez nas niesłyszalnym. A więc może znajdziemy rozwiązanie tej zagadki.
Rozpiął tunikę i zaczął szperać w wewnętrznej kieszeni, w której wszyscy Branżowcy przechowują swoje najcenniejsze skarby. Wyjął około dziesięciocentymetrową rurkę z białej, wypolerowanej substancji. Mógł to być kawałek kości.
Kosti przestał walić w ścianę.
— A więc to jest twój zaczarowany flet…
— Właśnie. I zaraz sprawdzimy, czy służy wyłącznie do wabienia insektów na Karmuli.
Przyłożył miniaturową rurkę do ust i dmuchnął, chociaż uszy Ziemian nie zarejestrowały żadnego dźwięku. Radość Kostiego znikła.
— Bez sensu… Mura uśmiechnął się.
— Jesteś strasznie niecierpliwy, Karl. Ta piszczałka ma dziesięć ultra dźwiękowych nut, a ja wykorzystałem zaledwie jedną. Dopiero, gdy wypróbuję wszystkie, będziesz mógł powiedzieć, że nie mamy klucza do tych drzwi.
Nastąpiła długa cisza i nic się wokół nie zmieniło.
— Nic z tego — kręcił głową Kosti.
Mura nie zwracał na niego uwagi. W przerwach odsuwał flet od ust i odpoczywał chwilę. Dan był przekonany, że steward zagrał już ponad dziesięć dźwięków, a mimo to nadal nie okazywał zniechęcenia.
— To już więcej niż dziesięć — zaatakował go Kosti.
— Sygnał, który otworzył pierwsze drzwi, składał się z trzech dźwięków. Teraz więc muszę sprawdzić wszystkie kombinacje — podniósł znowu instrument do ust.
Kosti usiadł na podłodze, najwyraźniej odcinając się od działań, które uznał za bezskuteczne. Dan przykucnął obok. Cierpliwość Mury była niewyczerpana: minęła już jedna pełna godzina i ponad połowa drugiej. Dan zastanawiał się nad ilością powietrza w tej klitce. Nie dostrzegł żadnych szpar, którymi mogło dostawać się do środka, chyba że przenikało przez ściany skalne tak jak światło. Nie ulegało jednak wątpliwości, że zapas tlenu był ciągle odnawiany.
— To fiukanie nie zaprowadzi nas do nikąd — Kosti był już rozdrażniony. — Prędzej zedrzesz do końca rurkę, niż się przedostaniesz przez mur — powiedział uderzając dłonią w skałę.
Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, odcinek skalnej ściany poruszył się i powstała wysoka na około dwa metry, bardzo wąska szczelina.
— Udało się! — krzyknął Dan. Kosti zabrał się już do rozsuwania ciężkich drzwi — wyglądało na to, że dawno nie były używane.
— To nie jest dobra droga — marudził mechanik wytężając wszystkie siły, aby poszerzyć otwór.
— Nie, to na pewno nie jest korytarz — przytaknął Mura. — Ale niewątpliwie jest to jakieś wyjście z obecnej sytuacji i powinniśmy się z tego cieszyć. Ponadto wygląda, jakby nie było często używane, a to nawet lepiej dla nas. Musiałem trafić na jakąś rzadką kombinację. — Wytarł ostrożnie flet i schował do kieszeni.
Mimo że Kosti rozsunął drzwi maksymalnie, przejście było bardzo niewielkie, i o ile Mura poradził sobie z nim bez trudu, Kosti i Dan nieźle musieli się namęczyć. Przez moment mieli nawet obawy, że mechanik nie zdoła się przecisnąć. Przepchał swoje wielkie cielsko dopiero wtedy, gdy zrzucił podręczny pas i tunikę.
Teraz znaleźli się w drugim korytarzu, nieco węższym niż klitka, w której byli uwięzieni. Ze ścian promieniowało to samo szare światło. Po paru pierwszych krokach Dan stwierdził, że stąpa po czymś miękkim. Spojrzał w dół i dostrzegł warstwę kurzu przykrywającą zarówno podłogę, jak i jego buty. Miał wrażenie, jakby chodził po suchym, nadmorskim piasku.
Mura odpiął latarnię od pasa i skierował snop światła przed siebie. Ślady ludzkich stóp były tylko tam, gdzie sami je zostawili. Nikt więc tędy już od lat nie przechodził, może tylko jakiś uciekający z twierdzy Przodek, dawno, dawno temu.
— Hej! — wrzasnął nagle przerażony Kosti. Tam, gdzie przed sekundą było wąskie przejście, teraz pojawiła się gładka ściana. Powrót był więc niemożliwy.
— Znowu złapali nas w potrzask! — dodał mechanik chrapliwym głosem, ale Mura miał na ten temat inne zdanie.
— To chyba nie oni. Jest tu może jakiś mechanizm, który zamyka wrota automatycznie, gdy tylko ktoś tędy przejdzie. Nikt przecież nie używał tego korytarza od lat. Myślę, że Rich i jego ludzie nawet nie zdają sobie sprawy z jego istnienia. Sprawdźmy, dokąd nas zaprowadzi ta droga — przekonywał ich ożywiony steward.
Wydawało się, że przez parę metrów korytarz wiódł równolegle do ich poprzedniego miejsca pobytu. W gładkich ścianach nie było widać najmniejszego otworu, a mijają być może niezliczone ilości drzwi, które rozsunęłyby się w odpowiedzi na określoną kombinację nieuchwytnych dla ludzkiego ucha dźwięków. Nie mieli jednak ani czasu, ani sił, żeby teraz sprawdzić wszystkie możliwe tony.
— Powietrze… — szepnął Mura. Dan również wyczuł świeży powiew wiatru. Z zapachu kurzu i śmierci, którą przesiąknięty był ten tunel, wyłowili woń chłodu zewnętrznego świata i rosnących na Otchłani ziół. Tam, w dolinie, ich powonienie nie było tak wyczulone. Teraz jednak pragnęli tych zapachów…
Читать дальше