— Powiedziałeś jej, że chcesz się przyjaźnić, ale wcale tego nie chcesz? — zapytała z furią.
— Nie, nie. Powiedziałem jej, że chcę być jej przyjacielem i to prawda. Ale oprócz tego chciałbym ją pieprzyć tak, żeby jej para uszami poszła!
— Tak, tak, TAKI — rozentuzjazmował się Mike. — Trafiła kosa na kamień.
— Czemu jej tego po prostu nie powiesz? — indagowała go dalej Courtney.
— I co, mam jej dać okazję, do wygrywania mnie przeciw Cruzowi? Wydawało mi się, że dokładnie o to jej chodzi. Albo o kręcenie mną jak jakąś marionetką. Nie wiem, czy była taka już wcześniej, czy jest to efekt tego, co przytrafiło się jej w drodze. Ale już w łaźni próbowała się mną bawić. Nie, dziękuję bardzo.
— Rety, to prawie równie złe, jak kobieta — zauważył Mike i oberwał zaraz w ramię.
— Ach! Uderzasz zbyt szybko, mój panie! — odpowiedział Herzer, uderzając się w pierś. — To nie jest rzecz, o którą warto kruszyć kopie. Ale wystarczy, wystarczy!
— Obaj jesteście okropni — obruszyła się Courtney.
— I dlatego właśnie nas kochasz, prawda? — Herzer uśmiechnął się.
— HERRICK — dobiegł ich głos z tyłu. Herzer odwrócił się i znieruchomiał z uwagą.
— Ach, sir… och… Edm… Burmistrz Talbot!
— Rachel powiedziała mi, że brałeś udział w grach w rozszerzonej rzeczywistości, a w szczególności w Poszukiwanie Trzeciego Tronu. To prawda? — Bez wstępów zapytał Edmund. Ukłonił się jednak uprzejmie Courtney i Mike’owi stojącym obok z otwartymi ustami.
— Tak, sir Edmundzie.
— Wystarczy samo „tak” — rzekł Talbot z uśmiechem. — Grałeś jako paladyn, tak?
— Tak… burmistrzu.
— To wiąże się z jazdą konną. Używałeś konia?
— Tak, burmistrzu.
— Konkretnie wymaga to cholernie dobrej jazdy konnej ze sztuczkami, przynajmniej dla paladyna.
Herzerowi przed oczami przebiegło nagle wspomnienie spadku w bezdenną otchłań, gdy po wykonaniu niewłaściwego kroku zleciał z bardzo wąskiego mostu.
— Tak, sir, jeździłem.
— I używałeś swojego konia przez całą misję?
— Tak, sir, używałem.
— Wystarczy Edmund. Udało ci się ukończyć grę?
— Tak… burmistrzu. Ukończyłem ją.
— Razem z wierzchowcem?
— Tak.
— A ilu prób potrzebowałeś, żeby przedostać się przez, Jcim był ten sukinsyn, który umieścił tu ten most”?
— Nie wiedziałem, sir, że ma nazwę — ze śmiechem odpowiedział Herzer.
— Ma — potwierdził Edmund. — Ile razy.
— Cztery.
— Jak udało ci się przedostać konia na drugą stronę?
— Zrobiłem z lin kołyskę. Przeciągnąłem go na linach, choć strasznie wierzgał. Edmund zastanowił się nad tym chwilę, po czym zachichotał.
— Jezu. Jak to zrobiłeś, miałeś ze sobą muły ze sprzętem?
— Mniej więcej, sir.
— Czy jeździłeś kiedyś na prawdziwym koniu? Albo choćby mule?
— Cóż, sir, to były prawdziwe konie.
— Chodzi mi takie, które nie były wygenerowane. Które urodziły się, dorosły i zostały ujeżdżone.
— Raz, sir.
— Jakieś problemy?
— Raczej nie, sir. Czy mogę wiedzieć, czemu pan pyta?
— Dobra — odpowiedział Edmund. — Jak dla mnie to wystarczy. W przyszłym tygodniu robimy wielkie polowanie. W poniedziałek rano zgłosisz się do Kane’a, koniuszego przy dużych zagrodach koło mostu, gdzie wszyscy będą się zbierać przed nagonką.
— O Boże — jęknął Herzer. — Czyli chyba jednak nie uda mi się poodpoczywać.
— Och, z pewnością znajdzie się trochę czasu i na to. Ale potrzebujemy jeźdźców, którzy pomogliby kontrolować zwierzęta i służyli za kurierów. I właśnie zostałeś powołany!
— Tak jest, sir — było wszystkim, na co mógł się zdobyć Herzer.
Kiedy Edmund odchodził, chłopak zaczął mamrotać coś cicho pod nosem.
— Hej! — powiedziała Courtney, kopiąc go w kostkę. — Co mówiłeś?
— Cholera, cholera, cholera, nie przeżyję tego.
* * *
Kiedy matka weszła do kuchni, Rachel podniosła głowę znad potrawki.
— Jest jedzenie.
— Dziękuję — odpowiedziała Daneh, biorąc miskę i częstując się.
— Jak sobie radzisz?
— Rano zaczęłam wymiotować — kobieta usiadła — ale na szczęście nie trwało to cały dzień.
— Jesteś chora? — zapytała zaniepokojona Rachel. Nie potrafiła wyobrazić sobie gorszej sytuacji dla miasta niż jakaś poważna choroba ich jedynego wyszkolonego lekarza.
— Nie — odparła Daneh bezpośrednio. — Jestem w ciąży. To było jeszcze gorsze.
— Jak? Kiedy? — zapytała Rachel, a potem głośno zamknęła usta. — Och, mamo.
— To nie koniec świata — stwierdziła Daneh, biorąc do ust łyżkę jedzenia i kiwając głową. — Nie takie złe.
— Mamo!
Daneh westchnęła i wzruszyła ramionami.
— Takie rzeczy się zdarzają. Zdarzyło się to mnie, i na swój sposób nadal się to dzieje.
— Co zamierzasz zrobić? — spytała Rachel, opanowując w końcu głos. Uświadomiła sobie nagle, że była to prawdziwa i szczera aż do bólu dorosła rozmowa. I wyglądało na to, że musi zacząć odpowiednio się zachowywać. Nagle zaczęła żałować, że jej ojciec nie jest dziewczyną. Wiedziałby, co powiedzieć.
— Będę miała małego braciszka? Czy chcesz… coś z tym zrobić?
— Co? — ostro zareagowała Daneh. — Wiesz, jak zrobić aborcję? Ja nie! I jak właściwie miałabym ją przeprowadzić sama na sobie? Jest wrotycz, ale z tego, co o nim słyszę, to równie dobrze może zabić matkę. Więc co miałabym zrobić z tym… czymś, co rośnie w moim wnętrzu?
— Nie wiem, mamo — wyszeptała Rachel. — Ale z tego, co czytałam, rodzenie dzieci wymaga od nas wysiłku… Hmm, obie mamy… odpowiednie biodra, w przeciwieństwie do niektórych. Ale… no wiesz, to ty jesteś lekarzem. Jeśli coś ci się stanie, co ja mogę zrobić?
— A co ja mogę? — ze złością spytała Daneh. — Nie mam żadnych odpowiednich narzędzi! Nigdy nie uczestniczyłam w porodzie z ciała! Nie było niczego takiego od tysiąca lat! Co u diabła mam o tym wiedzieć? Czemu spodziewasz się ode mnie cudów?
— Wcale nie, mamo — zaoponowała Rachel, przełykając ostrzejszą ripostę. — Ale ty przynajmniej masz jakieś pojęcie, co się dzieje. Ja nie wiem nawet tego.
— Cóż, w takim razie już czas, żebyś zaczęła się uczyć — odparła Daneh po chwili zużytej na opanowanie się. — To twój nowy projekt naukowy. Niezależnie od tego, czy będę to ja, jeśli nie uda mi się tego w jakiś sposób pozbyć, czy ktoś inny. Zostaniesz ekspertem w teorii rodzenia.
— Mamo, jestem dziewicą — krzyknęła, straciwszy nagle panowanie nad sobą.
— Chcesz, żebym ja została ekspertem od rodzenia?
— A kto inny? — ze złośliwym chichotem odpowiedziała Daneh. — Przynajmniej nie musimy się martwić, że tobie też się to przytrafi. Przynajmniej na razie. Zauważyłam, że sporo czasu spędzasz z Herzerem.
— Jasne — parsknęła Daneh. — Edmund też nim był. I zobacz, co z tego wynikło.
— Och, Herzer. — Rachel opuściła wzrok. — To tylko przyjaciel.
* * *
Wszyscy nazywali to Wielkim Spędem, a do udziału w nim zostały zaangażowane grupy uczniowskie, praktycznie razem ze wszystkimi mieszkańcami Raven’s Mill. Powód był prosty: myśliwi potwierdzili, że w lasach kryło się całkiem sporo zdziczałych zwierząt domowych, z których wiele dałoby się wykorzystać na planowanych farmach. Zapasy jedzenia też kurczyły się szybciej, niż przewidywano. Celem spędu było wygnanie zwierząt z lasów na otwartą przestrzeń. Tam zwierzęta nadające się do ponownego udomowienia zostałyby oddzielone i zagnane do zagród. A dzikie zabite albo przegnane i zachowane żywe, aby dalej zamieszkiwały i rozmnażały się w okolicy.
Читать дальше