Przygotowanie tego wszystkiego wymagało olbrzymiej pracy organizacyjnej. Obszar, który pomagali oczyścić z drzew Herzer i Mike, wraz ze wzniesionymi przez nich budynkami, przeznaczono na olbrzymią rzeźnię. Stawiano ogrodzenia i już planowano następne. Kiedy nadejdzie czas, grupy naganiaczy przejdą przez las, płosząc przed sobą wszystko, co żyje. Istniała szansa, że zbierze się w ten sposób dostatecznie dużo zwierząt na planowane farmy. A ponieważ w spędzie mieli brać udział wszyscy protofarmerzy, powinno być mniej narzekania, że dostają zwierzęta za darmo.
Dwoje rekreacjonistów, małżeństwo mieszkające w głębi doliny, przygnało do Raven’s Mill większość swojego stada koni. Nie mieli innego wyboru. Krótko po wyłączeniu Sieci, zaczęły się ataki dzikich zwierząt. Po utracie źrebaka upolowanego przez coś, co prawdopodobnie było pumą, i poszarpaniu konia przez tygrysa zdecydowali się na przenosiny.
Konie wymagały dużych zasobów i środków. Potrzebowały paszy albo sporego obszaru pastwisk. Choć tam, gdzie pierwotnie mieszkali, było prawie dość pastwisk, w zimie i tak należało je dokarmiać. Edmund jednak zgodził się przekazać im spore łąki w zamian za prawo użycia ich koni jako podstawy dla planowanej kawalerii Raven’s Mill. Po dłuższym przemyśleniu kwestii, jako że kawaleria oznaczała, że część z ich podopiecznych prawdopodobnie nie wróci do domu, zgodzili się.
Wcześniej jednak konie miały odegrać ważną rolę w spędzie. Choć nie były w stanie poruszać się między drzewami, obszar, na który zwierzyna miała zostać zagnana, znajdował się po drugiej stronie rzeki od Raven’s Mill i został niedawno oczyszczony. Istniała szansa, że z pomocą jeźdźców i różnych częściowo wyszkolonych rekreacjonistów uda się rozdzielić różne gatunki i zebrać zwierzęta w zagrodach.
Problem w tym, że nie było dość wyszkolonych jeźdźców.
I dlatego Herzer dostał ten przydział od Edmunda.
Podchodząc do corralu, Herzer przyjrzał się stadu. Zauważył, że znajdowały się w nim dwa różniące się typy koni, ale nie wiedział o tych zwierzętach dość, by orientować się, jakiej rasy są przedstawicielami. Jedne były nieduże i drobnokościste. Kiedy kłusowały albo reagowały na inne konie, miały skłonność do wysokiego podnoszenia nóg, wysoko przy tym trzymając karki i ogony. Ich kłus wyglądał jak taniec Bast, a zwierzęta zdawały się unosić nad ziemią.
Druga odmiana była znacznie większa i o masywniejszej budowie ciała, ale miała w sobie część tylko tej gracji co drobniejsze sztuki. Ich bieg nie był tak popisowy, tak taneczny jak u tych pierwszych, ale Herzer spostrzegł, że sam kłus wyglądał na… gładszy. I zdecydowanie były szybkie. Widział jednego z młodszych koni, pięknego rudzielca — choć wiedział, że u koni z jakiegoś powodu nazywa się to kasztanem — jak pędzi z jednego końca pastwiska na drugi, najwyraźniej wyłącznie z własnej chęci, i bardzo się cieszył, że nie siedzi na jego grzbiecie.
Przy płocie otaczającym pastwisko zebrało się około dziesięciu mężczyzn i dwie kobiety. Kiedy Herzer podszedł, przyglądali się koniom i rozmawiali ściszonymi głosami. Najwyższy z nich obejrzał się na niego i skłonił głowę. Mężczyzna miał na sobie cudzoziemski strój z epoki. Sądząc po kapeluszu z piórem, siwiejących, kasztanowych włosach sięgających połowy pleców, szpiczastych wąsach, rozpiętej na piersiach koszuli i wysokich butach ewidentnie był rekreacjonistą, ale zdawał się też tu dowodzić.
— Dzień dobry, sir — odezwał się Herzer, przyglądając się koniom. — Szukam koniuszego.
Mężczyzna wyszczerzył radośnie zęby i roześmiał się.
— Cóż, jestem właścicielem tych koni — oznajmił. — A za moje grzechy Talbot uczynił mnie odpowiedzialnym za spędzenie wszystkiego, co wyjdzie z lasów. Nie wiem jednak, czy Edmund zdaje sobie sprawę, że świnie nie dają się zaganiać w stada. Ani jelenie. A ja mam tylko tuzin jeźdźców, z których żaden jeszcze nie próbował zaganiać zwierząt z konia. Jeśli więc szukasz koniuszego, to chyba chodzi ci o mnie. Kane — przedstawił się, wyciągając rękę.
— Herzer Herrick — odpowiedział Herzer, ściskając ją.
— To Alyssa, moja żona. — Mężczyzna dotknął ramienia stojącej obok niego blondynki. Była szczupła i żylasta, z przyjazną, smagłą od słońca twarzą. Ona też wyciągnęła dłoń na powitanie.
— Co możemy dla ciebie zrobić? — zapytała głębokim głosem.
— Jeździłem już konno — rzekł Herzer. — Zanim to wszystko się wydarzyło, ćwiczyłem rekreacyjnie walkę konno — dodał.
— Wirtualna rzeczywistość? — z powątpiewaniem zapytał Kane.
— Rozszerzona.
— Och, czyli wiesz, jak jeździć na koniu. — Właściciel koni roześmiał się pogodnie. — A nie tylko wydaje ci się, że wiesz.
— Cóż, jeździłem — poprawił Herzer. — Trochę.
— Walczyłeś konno? — zapytał koniuszy. — Czy tylko trochę jeździłeś?
— Zacząłem trening w walce kawaleryjskiej — przyznał chłopak. — Ale to było… trudne.
— Tak, to prawda — zgodziła się Alyssa. — Wszyscy myślą, że to łatwe, do czasu, aż sami spróbują.
— No cóż, może po prostu zobaczymy, co potrafisz na którymś z chłopców — zaproponował Kane, patrząc na żonę. — Chyba któryś z moich?
— Och, tak — odpowiedziała kobieta. — Moje mogłyby go unieść, ale twoje będą odpowiedniejsze.
— O co chodzi z tymi twoimi i jej? — zaniepokoił się Herzer, gdy Kane prowadził go do pobliskiej szopy.
— Sprowadziliśmy oba nasze stada — wyjaśnił zapytany. — Moje to hanarahy, jej to araby. Wiesz, na czym polega różnica?
— Widziałem je — powiedział Herzer, wskazując w stronę stada.
— Araby to te mniejsze, a hanarahy większe. — Kane pokazał w stronę zwierząt. — Chcesz wiedzieć więcej?
— Jak dużo? — z chichotem zapytał Herzer. — Ostatnio odnoszę wrażenie, że mój mózg zaczyna być przeładowany!
— Byłeś w programie szkoleniowym? — Kane otworzył drzwi do szopy. Wewnątrz, na słupkach wystających ze ściany, zawieszone były siodła, a na tylnej ścianie, na kołkach uzdy i wodze. Poniżej leżał stos koców. W powietrzu unosił się dziwny, gęsty zapach, na który składał się zapach skóry i końskiego potu — nie był nieprzyjemny, ale zdecydowanie skoncentrowany.
— Tak — odpowiedział prosto Herzer, łapiąc rzucone sobie siodło. Zauważył, że miało wysoki tył i niski przód. W trakcie szkolenia używał podobnych siodeł, ale z wyższym przodem. Nie miał pojęcia, poza strzemionami, jak się nazywają poszczególne elementy.
— Araby to bardzo stara rasa. Nigdy nie grzebano w nich inżynierią genetyczną — wyjaśnił Kane. — Nikt dokładnie nie wie, skąd pochodzą, ale wyróżniały się lekką budową, przywiązaniem do ludzi, wielką szybkością i wytrzymałością. Brakuje im też jednego kręgu, przez co są mniej podatne na łękowatość.
Podniósł koc i razem z wodzami wcisnął go Herzerowi w ramiona.
— Proszę, mamy wszystko.
— Dobrze.
— Pierwotnie istniały dwie odmiany koni, gorącokrwiste i zimnokrwiste. Nadążasz?
— Tak.
— Gorącokrwiste sprowadzają się do arabów. Zimnokrwiste wyhodowano w Ropazji, miały masywniejsze ciała i były stosunkowo wolne. Zostały wyhodowane do swoich rozmiarów w czasach przedindustrialnych i pracowały jako zwierzęta pociągowe i tym podobne. Jednak dobry koń kawaleryjski musi wykazywać się szybkością i zwinnością. Tak więc gdzieś w historii skrzyżowano je z arabami i otrzymano w ten sposób trzecią odmianę, zwaną ciepłokrwistą.
Читать дальше