Zapewniono mi wygody hotelowego pokoju z moich czasów, ale pomieszano jeż czymś, co wydawało się urządzeniami sanitarnymi z czasów Chrystusa, a jeżeli chodzi o jedzenie, to te orzechy i owoce wydawały się bardziej odpowiednie dla któregoś z moich odległych przodków trudniących się zbieraniem owoców — powiedzmy z okresu czterdziestu tysięcy lat przed moim narodzeniem.
To był istny galimatias, mieszanka fragmentów z zasadniczo różnych epok rozwoju ludzkości! Pomyślałem jednak, że dostrzegam w tym jakąś metodę.
Rozważyłem przepaść między mną i mieszkańcami tego świata. Od chwili założenia Pierwszego Londynu minęło pięćdziesiąt milionów lat rozwoju — ponad sto ewolucyjnych luk między mną i Morlokiem. W ciągu tylu niewyobrażalnych wieków czas ulega ścieśnieniu — przypomina to ściskanie warstw skał osadowych przez masę złóż nad nimi — aż odstęp między mną i Gajuszem Juliuszem Cezarem, lub nawet między mną i pierwszymi ludźmi stąpającymi po ziemi — który z mojej perspektywy wydawał się taki olbrzymi — kurczy się właściwie do zera.
Pomyślałem, że biorąc to wszystko pod uwagę, moi niewidoczni gospodarze nieźle się spisali, jeżeli chodzi o odgadnięcie warunków, w jakich może mi być wygodnie.
W każdym razie wydawało się, że moje oczekiwania, pomimo wszystkiego, czego doświadczyłem, nadal zakorzenione są w moim własnym wieku i maleńkiej cząstce globu! Była to upokarzająca myśl — uzmysłowić sobie ograniczoność własnego intelektu — i niechętnie poświęciłem trochę czasu, by to przemyśleć. Z natury nie jestem jednak człowiekiem skłonnym do refleksji i stwierdziłem, że ponownie niecierpliwię się z powodu uwięzienia. Być może było to niewdzięcznością, ale ponad wszystko pragnąłem odzyskać wolność! Tyle że nie byłem sobie w stanie wyobrazić, w jaki sposób mógłbym tego dokonać.
Myślę, że przebywałem w tej klatce przez około dwa tygodnie. Gdy nadeszło wyzwolenie, było ono równie nagłe, co niespodziewane.
Obudziłem się w ciemności.
Usiadłem, bez okularów na oczach. Z początku nie potrafiłem powiedzieć, co mnie zaniepokoiło, a potem to usłyszałem: cichy odgłos delikatnego, odległego oddychania. Był to bardzo słaby głos — prawie niesłyszalny — i wiedziałem, że gdyby dochodził z ulic Richmond we wczesnych godzinach porannych, wcale by mnie nie zaniepokoił. Tutaj jednak moje zmysły były wyostrzone wskutek długotrwałej izolacji. Nie słyszałem żadnych odgłosów przez dwa tygodnie — z wyjątkiem cichego syku kąpieli parowej — których sam nie byłem źródłem. Założyłem pospiesznie okulary. Światło zalało moje oczy i zamrugałem, by usunąć łzy i jak najszybciej widzieć.
Przez okulary dostrzegłem łagodny blask, blady jak światło księżyca, który przesączał się do mojego pokoju. W ścianie mojej celi zobaczyłem otwarte drzwi. Były w kształcie rombu, z parapetem, który znajdował się jakieś sześć cali nad podłogą, i znajdowały się w miejscu atrapy okna.
Wstałem, włożyłem koszulę — gdyż przyzwyczaiłem się do spania z koszulą służącą mi za poduszkę — i ruszyłem do drzwi. Delikatne oddychanie stało się głośniejsze i — niczym szept strumyka wybijający się ponad szum wietrzyku — usłyszałem płynny, prawie ludzki gulgot, który od razu rozpoznałem!
Drzwi prowadziły do innego pomieszczenia, które wielkościąi kształtem przypominało moje własne. Tu jednak nie było żadnych fałszywych ram okiennych, żadnych pozorów dekoracji, żadnego piasku na podłodze. Zamiast tego ściany były gołe, o odcieniu zwykłej, metalicznej szarości i znajdowało się w tym pomieszczeniu kilka okien zakrytych siatkami oraz drzwi z prostą klamką. Nie było tu żadnych mebli i w pokoju dominował jeden ogromny przedmiot: ta sama piramidalna maszyna (lub jej duplikat), którą po raz ostatni widziałem, gdy powoli i boleśnie pełzała po moim ciele. Już powiedziałem, że była wzrostu człowieka i odpowiednio szeroka u podstawy. Powierzchnię miała w zasadzie metaliczną, ale złożoną i ruchomą. Jeśli wyobrazicie sobie wielką piramidalną postać o wysokości sześciu stóp, pokrytą kolonią krzątających się, metalicznych mrówek-robotnic, to będziecie mieli pojęcie, jak ten stwór wyglądał.
To nie monstrum jednak przyciągnęło moją uwagę, gdyż przed nim sztywno stał i najwyraźniej wpatrywał się w powierzchnię piramidy za pośrednictwem jakiegoś urządzenia ocznego Nebogipfel we własnej osobie.
Ruszyłem chwiejnie naprzód i wyciągnąłem radośnie ramiona. Morlok jednak stał cierpliwie i nie zareagował na moją obecność.
— Nebogipfelu — odezwałem się. — Nie masz pojęcia, jak się cieszę, że cię odnalazłem. Chyba traciłem już zmysły z powodu izolacji!
Dostrzegłem teraz, że jego prawe, uszkodzone oko zakryte jest przez urządzenie oczne. Rurka połączona była z ciałem tamtego stwora i wykonywała takie same mrówcze ruchy jak piramida. Patrzyłem na to z pewną odrazą, ponieważ nie chciałbym mieć takiego urządzenia we własnym oku.
Drugie, nie osłonięte oko Nebogipfela, olbrzymie i szaro-czerwone, obróciło się w moim kierunku.
— Właściwie to ja cię znalazłem i poprosiłem o spotkanie z tobą — powiedział. — I pomijając twój stan psychiczny widzę, że przynajmniej jesteś zdrowy. Jak twoje odmrożenia?
Pytanie wprawiło mnie w zakłopotanie.
— Jakie odmrożenia?
Pomacałem skórę, ale dobrze wiedziałem, że nie ma na niej żadnych śladów.
— A więc dobrze się spisali — stwierdził Nebogipfel.
— Kto taki?
— Uniwersalni Konstruktorzy.
Uznałem, że ma na myśli piramidalną maszynę i jej kuzynów.
Zauważyłem, że trzyma się prosto, a jego włosy są porządnie ułożone i wypielęgnowane. Uświadomiłem sobie, że w tym świetle podobnym do blasku księżyca nie potrzebuje gogli, tak jak ja, by dobrze widzieć. Najwidoczniej nasze pomieszczenia zaprojektowano bardziej z myślą o nim, niż o mnie.
— Świetnie wyglądasz, Morloku — powiedziałem ciepło. — Twoja noga została wyprostowana, a także twoje uszkodzone ramię.
— Konstruktorom udało się naprawić moje bardzo stare rany. Prawdę mówiąc, jestem teraz równie zdrowy, jak w chwili, kiedy po raz pierwszy wsiadłem do twojego wehikułu czasu.
— Z wyjątkiem jednego oka — powiedziałem z pewnym żalem, gdyż nawiązywałem do incydentu, kiedy to poharatałem je w chwili strachu i wściekłości. — Rozumiem, że ci twoi Konstruktorzy nie potrafili go uratować.
— Moje oko?
Wydawało się, że jest zaskoczony. Odsunął twarz od oczoskopu; rurka odkleiła się z cichym plasknięciem i zwisała z piramidalnego stwora, wycofując się do jego metalicznej powłoki.
— Ależ skąd — powiedział. — Sam postanowiłem je odbudować w ten sposób. Ma to pewne zalety, choć przyznaję, że trudno mi było wyjaśnić moje życzenia Konstruktorom...
Odwrócił się teraz do mnie. Miał pusty oczodół. Jego pokiereszowane oko zostało wydłubane i wydawało się, że kość została rozwiercona, a otwór pogłębiony. W oczodole lśnił wilgotny, wijący się metal.
3. UNIWERSALNY KONSTRUKTOR
Okazało się, że w przeciwieństwie do mojej małej celi Nebogipfel otrzymał prawdziwy apartament. Były tam cztery pokoje, każdy tak duży jak mój i w kształcie mniej więcej stożka, wyposażone w drzwi i okna, w które nasi gospodarze nie uznali za stosowne zaopatrzyć mojego pomieszczenia. Najwidoczniej mieli lepsze zdanie o jego rozumie niż o moim!
Tak jak i u mnie, u Nebogipfela nie było mebli, ale Morlokowie mają proste potrzeby i jemu to nie przeszkadzało. W jednym pokoju znalazłem jednak dziwaczny przedmiot: podobną do stołu konstrukcję o długości jakichś dwunastu stóp i szerokości sześciu, na której leżało miękkie, pomarańczowe przykrycie. Wokół obrzeża tego stołu rozmieszczone były kieszenie, wszystkie obramowane twardą substancją, która pobłyskiwała na zielono. Stół był w przybliżeniu prostokątny, choć jego krawędzie miały nieregularny kształt. Na blacie spoczywała jedna biała kula z jakiegoś litego materiału. Kiedy ją pchnąłem na drugą stronę stołu, potoczyła się płynnie, ale — ponieważ powłoka nie była z sukna — turlała się trochę chaotycznie i energicznie odbijała od band na obrzeżach.
Читать дальше