— Czy ty żyjesz? — Chciałem pytać dalej tę szkaradną zjawę, ale miałem ściśnięte gardło, a głos osłabiony wskutek mrozu i nie byłem w stanie zadawać kolejnych pytań.
Ogarnęła mnie ciemność i zimno wreszcie ustąpiło.
KSIĘGA PIĄTA
BIAŁA ZIEMIA
Otworzyłem oczy, a raczej doznałem wrażenia, jakby moje powieki zostały podniesione lub odcięte. Wzrok miałem zamglony, a świat widziałem jakby w załamanym świetle. Zastanawiałem się, czy moje gałki oczne nie są oblodzone, a może nawet zamarznięte. Zapatrzyłem się w punkt na ciemnym, bezgwiezdnym niebie. Kątem oka dostrzegłem plamę zieleni — może to Księżyc? — ale nie mogłem się odwrócić, żeby lepiej się przyjrzeć.
Nie oddychałem! Łatwo to powiedzieć, ale trudno oddać szok, jakiego doznałem, kiedy to sobie uświadomiłem! Czułem się, jakby mnie oddzielono od ciała. Nie wyczuwałem żadnych mechanicznych czynności organizmu — oddechu, bicia serca czy miliona drobnych boli i skurczów mięśni, które — zwykle niemal nie zauważane — składają się na codzienne życie człowieka. To było tak, jakby moja cała istota, cała tożsamość, skupiła się w otwartym, nieruchomym spojrzeniu.
Pomyślałem, że powinienem być przerażony, powinienem usilnie łapać oddech, jak tonący człowiek, ale wcale nie odczuwałem takiej potrzeby, czułem się senny, jakby mnie uśpiono eterem.
Myślę, że to właśnie ten brak strachu przekonał mnie, iż nie żyję.
Przesunął się nade mną jakiś kształt, przesłaniając mi puste niebo. Był w przybliżeniu piramidalny, a jego krawędzie niewyraźne zarysowane. Przypominał zacienioną górę, która majaczyła nade mną.
Oczywiście rozpoznałem tę zjawę. To był stwór, który stał przede mną, kiedy leżeliśmy bezwładnie na lodzie. Teraz ta maszyna — gdyż za takową ją uznałem — ruszyła posuwiście w moim kierunku. Poruszała się jakoś dziwnie, płynnie; jeśli wyobrazicie sobie złożony ruch ziarenek piasku w klepsydrze po odwróceniu urządzenia, będziecie mieli pojęcie, jak to wyglądało. Kątem oka dostrzegłem, jak rozmazana krawędź dolnej części tej maszyny zakrywa moją klatkę piersiową i brzuch. Potem poczułem w tamtych miejscach serię ukłuć — delikatnych dźgnięć.
I nagle odzyskałem czucie! I to z szybkością przypominającą wystrzał z karabinu. Poczułem delikatne drapanie na skórze klatki piersiowej, jakby rozcinano i zdejmowano materiał mojego ubrania. Teraz ukłucia były głębsze, jakby maleńkie, owadzie czułki wbijały się w moją skórę, atakując ją. Poczułem ból w brzuchu — milion drobnych ukłuć jak od szpilki.
To tyle, jeżeli chodzi o śmierć — tyle, jeżeli chodzi o bezcielesność! Gdy uświadomiłem sobie, że nadal żyję, zacząłem ponownie się bać. Strach pojawił się nagle i towarzyszyło mu uczucie przyspieszonego krążenia krwi.
Teraz majaczący cień górzystej istoty, zamazany i złowieszczy, przeczołgał się wzdłuż mojego ciała w kierunku głowy. Wkrótce czekało mnie uduszenie! Chciałem krzyczeć, ale nie miałem czucia w ustach i szyi.
Nigdy w trakcie żadnej z moich podróży nie czułem się taki bezradny, jak w tamtym momencie. Leżałem rozciągnięty niczym żaba na stole sekcyjnym.
W ostatniej chwili poczułem, że coś przesuwa się po mojej ręce. Wyczułem słaby chłód i dotyk włosów. To była ręka Nebogipfela, który ściskał moją dłoń. Zastanawiałem się, czy cały czas leżał obok mnie, kiedy odbywała się ta przerażająca wiwisekcja. Spróbowałem objąć jego palce, ale moje mięśnie ani drgnęły.
Piramidalny cień dotarł do mojej twarzy i przestałem widzieć przyjazny skrawek nieba. Igły zagłębiły się w mojej szyi, podbródku, policzkach i czole. Na powierzchni odsłoniętych oczu poczułem lekkie kłucie, jakby nieznośne świerzbienie. Chciałem odwrócić wzrok, zamknąć oczy, ale nie mogłem. To były najwymyślniejsze tortury, jakie mogę sobie wyobrazić!
A potem, kiedy ten piekący ból wniknął nawet w moje gałki oczne, na szczęście straciłem przytomność.
Zacząłem powoli przychodzić do siebie; odzyskiwanie przytomności nie było takim koszmarem, jak za pierwszym razem. Powróciłem do świata przez warstwę snów rozjaśnionych światłem słonecznym: pławiłem się we fragmentarycznych wizjach piasku, lasu i oceanu. Znów smakowałem twarde, słonawe małże i leżałem z Hilary Bond w cieple i ciemności.
A potem rozbudziłem się zupełnie.
Leżałem na jakimś twardym podłożu. Moje plecy, które zareagowały skurczem, kiedy próbowałem się poruszyć, były aż nadto realne, tak jak moje rozciągnięte nogi, ramiona, ścierpnięte palce, świst powietrza, które wciągałem przez nos i pulsowanie krwi w żyłach. Leżałem w całkowitej ciemności, ale fakt ten, który niegdyś mógłby mnie przerazić, teraz wydawał się nieistotny, gdyż znów żyłem i słyszałem znajome odgłosy funkcjonowania własnego ciała. Odczułem ogromną, niewysłowioną ulgę i krzyknąłem z radości!
Usiadłem. Kiedy położyłem ręce na podłodze, stwierdziłem, że pokrywają ją grube ziarna, jakby na jakiejś twardszej powierzchni leżała warstwa piasku. Choć miałem na sobie jedynie koszulę, spodnie i buty, było mi całkiem ciepło. Pozostawałem w całkowitej ciemności, ale echa idiotycznego krzyku powróciły szybko do moich uszu i odnosiłem wrażenie, że znajduję się w jakiejś zamkniętej przestrzeni.
Rozejrzałem się, szukając okna lub drzwi, ale nie dało to żadnego skutku. Uświadomiłem sobie jednak, że coś mi ciąży na głowie — jakiś przedmiot napierał na mój nos — i kiedy uniosłem ręce, żeby zobaczyć, co jest tego powodem, natrafiłem na parę ciężkich okularów. Szkła tworzyły jedną całość z ramką.
Pomajstrowałem przy tym niezgrabnym urządzeniu i pomieszczenie zostało zalane przez jaskrawe światło.
Z początku byłem oślepiony i odruchowo zacisnąłem powieki. Zdjąłem szybko okulary i stwierdziłem, że światło zniknęło, pozostawiając mnie pogrążonego w ciemności. Kiedy założyłem okulary z powrotem, jasność wróciła.
Nie musiałem zbytnio wytężać mózgownicy, by zrozumieć, że w rzeczywistości panuje tu ciemność i że światła dostarczają mi okulary, które nieumyślnie uaktywniłem. Okulary podobne były do gogli Nebogipfela, które biedny Morlok stracił podczas paleoceńskiej burzy.
Mój wzrok przyzwyczaił się do oświetlenia, wstałem i przyjrzałem się sobie. Wydawało się, że jestem zdrów i cały. Ani na skórze rąk, ani ramion, nie dostrzegłem śladów działania tamtej rozłożystej, piramidalnej istoty. Zauważyłem jednak ciąg białych śladów na mojej koszuli z tkaniny diagonalnej i spodniach. Kiedy przesunąłem po nich palcem, odkryłem grube wybrzuszenia szwów, jakby ktoś niezdarnie naprawił moje ubranie.
Znajdowałem się w komorze szerokiej na jakieś dwanaście stóp i mniej więcej tak samo wysokiej. Było to najdziwniejsze pomieszczenie, w jakim miałem okazję przebywać w ciągu moich dotychczasowych podróży. By je sobie wyobrazić, musicie mieć pojęcie, jak wygląda dziewiętnastowieczny pokój. Jednak tego pokoju nie zbudowano w formie prostokąta, tak jak za moich czasów. Miał raczej kształt zaokrąglonego stożka, który przypominał wnętrze namiotu. Nie było tam drzwi i żadnych mebli. Podłogę pokrywała równa warstwa piasku, na którym dostrzegłem wgłębienia w miejscu, w którym spałem.
Ściany oklejono dość krzykliwą tapetą w fioletowe, wymyślne wzory i było tam coś na kształt okien, które zakrywały ciężkie zasłony. W oknach jednak nie było szyb, lecz jedynie płyty pokryte taką samą wzorzystą tapetą.
Читать дальше