W pokoju nie było żadnego źródła światła. Zamiast tego w powietrzu rozchodził się równomierny, rozproszony blask podobny do światła zachmurzonego dnia. Obecnie byłem już pewien, że widziane przeze mnie oświetlenie to jakiś wytwór moich okularów, a nie zjawisko fizyczne. Sufit nade mną był ozdobny, udekorowany nadzwyczajnymi malowidłami. Tu i ówdzie w tej barokowej gmatwaninie dostrzegłem ludzkie postacie, ale tak zdeformowane i okaleczone, że niemożliwe było rozpoznanie wzoru: nie były groteskowe, ale niezgrabne i niedokładne, jakby artysta miał techniczne zdolności Michała Anioła, lecz wizję opóźnionego w rozwoju dziecka. Tak to wyglądało: elementy, jak sądzę, taniego hotelu z moich czasów, lecz przemienione w tę osobliwą geometrię, niczym obraz ze snów!
Przeszedłem się po pokoju. Piasek chrzęścił pod moimi butami. Nie znalazłem ani jednego łączenia w ścianach, żadnego śladu drzwi. W jednej części pokoju znajdowała się komórka o szerokości mniej więcej trzech stóp, wykonana z białej porcelany. Kiedy zszedłem z piasku na porcelanową platformę, z otworów w ścianie dość niespodziewanie syknęła para. Cofnąłem się zaskoczony i strumienie przestały buchać. Resztki pary omiotły mi twarz.
Znalazłem szereg małych półmisków ustawionych na piasku. Miały szerokość dłoni i były płytkie jak spodki. W niektórych znajdowała się woda, w innych jedzenie: proste artykuły takie jak owoce, orzechy, jagody i tym podobne, lecz niczego nie potrafiłem rozpoznać. Ponieważ byłem spragniony, opróżniłem kilka półmisków z wodą. Stwierdziłem, że naczynia są niewygodne w użyciu. Ich płytkość powodowała, że zawartość łatwo się wylewała i ściekała mi po brodzie. Pomyślałem, że bardziej przypominają miski, których się używa do napojenia psa lub kota, niż filiżanki. Podziubałem trochę jedzenia. Owoce miały mdły, ale znośny smak.
Po tym posiłku moje ręce i usta były lepkie. Rozejrzałem się za zlewem lub jakimiś urządzeniami sanitarnymi. Oczywiście, nie było żadnych. Umyłem się wodą z innego półmiska i wytarłem twarz skrajem koszuli.
Zbadałem atrapy okien i podskoczyłem, próbując dotknąć niezdarnie wzorów na suficie, lecz bez skutku. Powierzchnia ścian i podłogi była gładka jak skorupka jajka, lecz nietłukąca. Rozkopałem piasek na podłodze i zobaczyłem, że jest głęboki na dziewięć cali lub stopę, a pod nim leży jasno-kolorowa mozaika w stylu romańskim. Podobnie jak ta na suficie, mozaika nie przedstawiała żadnego portretu lub sceny, które mógłbym rozpoznać, lecz raczej fragmentaryczne, chaotyczne wzory.
Byłem zupełnie sam; zza ścian nie dochodził żaden dźwięk. Właściwie, w tym wszechświecie panowała absolutna cisza, zakłócona jedynie moim szeleszczącym oddechem i biciem serca — odgłosami, które niedawno powitałem z taką radością!
Po pewnym czasie dały znać o sobie pewne ludzkie potrzeby. Opierałem im się tak długo, jak tylko mogłem, ale w końcu musiałem się uciec do wykopania płytkich dołków w piasku, by się załatwić.
Zasypując pierwszy z tych dołków, poczułem się nadzwyczaj zawstydzony. Zastanawiałem się, co sobie o tym myślą gwiezdni ludzie z tego odległego 1891 roku!
Gdy się zmęczyłem, usiadłem na piasku, opierając się plecami o ścianę owego pokoju. Z początku nie zdejmowałem świetlnych okularów, ale światło było zbyt jaskrawe, bym mógł zasnąć, więc w końcu je zdjąłem i trzymałem w dłoni podczas snu.
Tak się rozpoczął mój pobyt w tej dziwacznej klatce. Kiedy mój początkowy strach osłabł, ogarnęła mnie nuda połączona z niepokojem. Było to więzienie podobne do świetlnej klatki Morloków, a wcale nie pragnąłem ponownie przeżywać tej samej izolacji. Nabrałem przekonania, że wszystko, nawet niebezpieczeństwo, byłoby lepsze od pozostawania w tym nudnym więzieniu. Wydaje mi się, że okres mojego wygnania w epoce paleoceńskiej — pięćdziesiąt milionów lat przed powstaniem gazet — wyleczył mnie z wszelkich starych nawyków czytania. Mimo to czasami myślałem, że oszaleję z powodu braku osoby, z którą mógłbym porozmawiać.
Półmiski najedzenie i wodę uzupełniane były za każdym razem, kiedy spałem. Nigdy nie odkryłem, jak to się dokonuje. Nie zauważyłem śladów urządzeń do wytłaczania, które przypominałyby maszynerię Morloków, ani nigdy też nie widziałem, by jakikolwiek służący napełniał półmiski. W ramach eksperymentu pewnego razu poszedłem spać z półmiskiem wsuniętym pod siebie. Obudziłem się, czując wilgoć w okolicach żeber. Gdy się podniosłem, stwierdziłem, że półmisek jest ponownie napełniony wodą, jak gdyby za sprawą czarów.
Doszedłem do wniosku, że to jakaś subtelna maszyneria w samych półmiskach wytwarza ich zawartość — albo z tworzywa naczyń, albo z gazów w powietrzu. Przyszło mi do głowy — choć nie miałem ochoty tego sprawdzać! — że moje zakopane odchody rozkładane są za pośrednictwem takich samych, dyskretnych mechanizmów. Była to dziwaczna i niezbyt apetyczna perspektywa.
2. EKSPERYMENTY I REFLEKSJE
Po trzech lub czterech dniach poczułem potrzebę, by się dokładnie umyć. Jak już powiedziałem, nie było tu żadnych urządzeń sanitarnych, a przestała mi się podobać prowizoryczna toaleta, którą byłem w stanie robić z pomocą półmisków z wodą do picia. Tęskniłem za kąpielą w wannie, lub jeszcze lepiej, w moim paleoceńskim morzu.
Trochę trwało — możecie uznać, że zbytnio się nad tym rozwodzę — nim ponownie zwróciłem uwagę na opisaną już wcześniej porcelanową komórkę, ignorowaną przeze mnie od chwili pierwszej, niepewnej lustracji pomieszczenia, w którym się znajdowałem. Zbliżyłem się teraz do tej komórki i postawiłem ostrożnie jedną nogę na jej porcelanowej podłodze. Ponownie ze ścian buchnęła para.
Nagle zrozumiałem. Zachwycony, zdjąłem buty i ubranie (pozostawiając jednak okulary na oczach) i wszedłem do małej kabiny. Zewsząd otoczyły mnie kłęby pary. Zacząłem się pocić i wilgoć osiadła na moich okularach. Spodziewałem się, że para rozejdzie się po całym pokoju i przemieni go w saunę, ale jej zasięg ograniczony był tylko do kabiny, na pewno dzięki jakiemuś układowi stymulującemu, wykorzystującemu różnice ciśnienia powietrza.
To była moja łazienka, nie wyposażona tak bogato jak łazienki z moich czasów, ale czy przez to mniej funkcjonalna? W każdym razie, mój dom na Petersham Road przepadł w innej historii. Przypomniałem sobie Rzymian, którzy nie znali mydła i detergentów i musieli się w podobny sposób gotować, by wypocić brud z porów ciała. Również w moim przypadku parowe oczyszczanie okazało się całkiem skuteczne, choć w zastępstwie stosowanych przez Rzymian skrobaków musiałem używać paznokci do zdrapywania warstwy błota z ciała.
Kiedy wyszedłem z sauny, rozejrzałem się za czymś, czym mógłbym się wytrzeć, gdyż nie miałem ręcznika. Pomyślałem niechętnie o wykorzystaniu ubrania, a potem, z natchnieniem, skierowałem uwagę na piasek. Stwierdziłem, że choć żwirowate ziarna ocierały mi skórę, dość dobrze usunęły wilgoć.
Doświadczenie z sauną skłoniło mnie do refleksji. Ależ jestem tępy, pomyślałem, skoro tyle czasu zajęło mi odgadnięcie tak oczywistego urządzenia! Przecież za moich czasów w wielu częściach świata nie znano przyjemności wypływających z nowoczesnej instalacji wodno-kanalizacyjnej i kąpieli w porcelanowych wannach — właściwie nie znano nawet w wielu dzielnicach Londynu, jeśli wierzyć co bardziej drastycznym opowieściom w „Pall Mall Gazette”.
Nie ulegało wątpliwości, że nieznani gwiezdni ludzie z tego wieku dołożyli wielu starań, by zapewnić mi miejsce, gdzie mogłem przeżyć. Przecież byłem teraz w zupełnie innej historii. I być może dziwny charakter tego pomieszczenia — brak znajomych urządzeń sanitarnych, niezwykłe jedzenie i tak dalej — nie był taki znaczący czy niezwykły, jak mi się wydawało.
Читать дальше