Po kilku odbiciach pierwotna bila w dużym stopniu utraciła swój pęd i kiedy docierała do łuzy, poruszała się dość wolno. Ale wślizgnęła się do niej i zniknęła.
Pozostała nam kopia bili, która tak tajemniczo wyskoczyła z łuzy. Podniosłem ją i obejrzałem. Według mnie była dokładną repliką naszej pierwszej kuli. A kiedy zerknąłem do łuzy, była pusta! Nasza pierwotna bila zniknęła, jakby nigdy nie istniała.
— No cóż — powiedziałem do Nebogipfela. — Ten stół płata większe figle, niż myślałem. Co twoim zdaniem tu zaszło? Czy myślisz, że to właśnie takie rzeczy się dzieją, gdy dochodzi do zakłóceń — tego całego grzechotania — które ci przed chwilą pokazałem?
Nebogipfel nie odpowiedział od razu, lecz — po tamtym wydarzeniu — poświęcił wraz ze mną sporo czasu, by wyjaśnić zagadki tamtego dziwnego stołu bilardowego. Jeżeli chodzi o mnie, to próbowałem zbadać sam stół, mając nadzieje, że odkryję jakieś ukryte urządzenie, ale nic nie znalazłem — żadnego oszustwa, żadnych ukrytych klap, które mogłyby połykać i wypluwać bile. A zresztą, nawet gdyby tam było takie prymitywne, iluzjonistyczne urządzenie, to i tak musiałbym wyjaśnić pozorną identyczność „starych” i „nowych” bil!
Zafrapował mnie — choć nie potrafiłem wtedy tego wyjaśnić — dziwny, zielonkawy blask obramowań łuz. Przypominał mi plattneryt.
Nebogipfel powiedział mi, czego się dowiedział o Konstruktorach.
Wydawało się, że nasz milczący przyjaciel w salonie Nebogipfela to członek gatunku, który rozprzestrzenił się szeroko we wszechświecie: Konstruktorzy zamieszkiwali Ziemię, przekształcone planety, a nawet gwiazdy.
— Musisz się pozbyć uprzedzeń — powiedział mi Morlok — i podejść do tych stworzeń z otwartym umysłem. Oni nie są tacy jak ludzie.
— To jestem w stanie pojąć.
— Nie — upierał się — raczej nie jesteś. Przede wszystkim nie wolno ci wyobrażać sobie, że Konstruktorzy to odrębne osobowości, takie jak ty lub ja. Oni nie są ludźmi w metalowych przebraniach! Oni są czymś jakościowo innym.
— Dlaczego? Ponieważ składają się z wymiennych części?
— Częściowo. Dwóch Konstruktorów mogłoby się złączyć w jednego, stapiając się jak dwie krople cieczy i tworząc jedną istotę, a potem równie łatwo rozdzielić, tworząc ponownie dwóch. Próby wykrycia źródła tej czy innej cząstki byłyby prawie niemożliwe i daremne.
Kiedy to usłyszałem, zrozumiałem, dlaczego nigdy nie widziałem, żeby Konstruktorzy poruszali się po skutym lodem lądzie na zewnątrz. Nie było potrzeby, by taszczyli swoje wielkie, niezgrabne ciała (chyba że w razie jakiejś specjalnej potrzeby, jak na przykład wtedy, gdy naprawiali Nebogipfela i mnie). Wystarczało, by Konstruktor się zdemontował na opisane przez Nebogipfela molekularne cząstki, które mogły się wić po lodzie jak dżdżownice!
— Ale świadomość Konstruktorów to coś więcej — ciągnął Nebogipfel. — Oni żyją w świecie, którego nie potrafimy sobie wyobrazić, zamieszkują niewyobrażalne morze — Morze Informacji.
Opisał mi, jak za pomocą fonografu i innych złącz Uniwersalni Konstruktorzy są ze sobą powiązani i jak wykorzystują te złącza do stałej łączności między sobą. Informacje — a także świadomość i coraz głębsze zrozumienie — wypływają z mechanicznego umysłu każdego Konstruktora i każdy otrzymuje wiadomości oraz interpretacje od wszystkich swoich braci, nawet z najodleglejszych gwiazd.
Nebogipfel powiedział, że łączność między Konstruktorami jest właściwie tak szybka i wszechogarniająca, iż nie można jej przyrównać do ludzkiej mowy.
— Ale ty z nimi rozmawiałeś. Udało ci się uzyskać od nich informacje. W jaki sposób?
— Naśladując ich sposoby interakcji — odparł Nebogipfel. Ostrożnie dotknął palcem pustego oczodołu. — Musiałem się zdobyć na to poświęcenie. — Jego zdrowe oko błyszczało.
Okazało się, że Nebogipfel próbował zanurzyć swój mózg w morzu informacji, o którym mówił. Przez oczodół mógł wchłaniać informacje bezpośrednio z morza — bez pośrednictwa konwencjonalnej mowy.
Zadrżałem na myśl o takim wtargnięciu do wygodnej ciemności w mojej czaszce!
— I uważasz, że warto to było zrobić? — zapytałem. — Poświęcić oko?
— O tak. I nie tylko oko... Posłuchaj, czy rozumiesz już istotę Konstruktorów? — zapytał z naciskiem. — Oni należą do innego rodzaju żywych stworzeń. Są zjednoczeni, nie tylko przez to, że wspólnie korzystają z siebie na prymitywnym poziomie fizycznym, lecz również z powodu tego, że dzielą się swoimi doświadczeniami. Czy potrafisz sobie wyobrazić, jak to jest istnieć w takim ośrodku informacji jak ich Morze?
Pogrążyłem się w zadumie. Pomyślałem o seminariach w Royal Society — o tamtych ożywionych dyskusjach, kiedy ktoś przedstawiał jakąś nową koncepcję i trzy tuziny sprężystych umysłów zabierały się do jej analizy, modyfikując ją przy tym i szlifując — a nawet o niektórych moich dawnych czwartkowych kolacjach, kiedy z pomocą dość dużych ilości wina idee pojawiały się często tak gęsto, że trudno było powiedzieć, w którym momencie jeden dyskutant skończył, a następny zaczął mówić.
— Tak — wtrącił Nebogipfel, kiedy mu to zrelacjonowałem. — Właśnie o to chodzi. Rozumiesz? Ale w przypadku tych Uniwersalnych Konstruktorów takie rozmowy odbywają się nieprzerwanie i to z prędkością światła, przy czym myśli przechodzą bezpośrednio z jednego umysłu do drugiego. I w takim tyglu komunikacyjnym któż może stwierdzić, gdzie kończy się świadomość jednego, a zaczyna drugiego? Czy to moja myśl, moje wspomnienie, czy twoje? Rozumiesz? Widzisz, co to oznacza?
Na Ziemi, a być może na każdym zamieszkanym świecie, musiały istnieć olbrzymie centralne umysły, złożone z milionów Konstruktorów, scalone w wielkie, podobne do Boga byty, które utrzymywały świadomość rasy. Nebogipfel powiedział, że w pewnym sensie sama rasa posiada świadomość.
Znów mi się wydawało, że za bardzo zbaczamy w stronę metafizyki.
— To wszystko jest pasjonujące — powiedziałem — i niewykluczone, że to prawda, ale może powinniśmy wrócić do praktycznych aspektów naszej sytuacji. Co to wszystko oznacza dla nas?
Odwróciłem się do naszego cierpliwego Konstruktora, który spoczywał nieruchomo na środku podłogi i migotał.
— Co z tym jegomościem? — zapytałem. — Wszystko ładnie pięknie z tym całym gadaniem o świadomości i tak dalej, ale czego on pragnie? Dlaczego tu jest? Dlaczego uratował nam życie? I czego teraz od nas chce? A może mamy do czynienia z przypadkiem, w którym ci wszyscy mechaniczni ludzie współpracują ze sobą — jak pszczoły w ulu, zjednoczeni przez te wspólne umysły, o których mówisz — po to, żebyśmy stanęli w obliczu gatunku mającego wspólne cele?
Nebogipfel potarł się po twarzy. Podszedł do Konstruktora i spojrzał w oczoskop. Po kilku minutach z wnętrza błyszczącego ciała konstruktora wytłoczony został talerz z mdłą, serowatą potrawą, którą tyle razy widziałem w rodzinnym stuleciu Nebogipfela. Patrzyłem z obrzydzeniem, jak Morlok bierze talerz i zaczyna jeść to zwrócone jedzenie. Prawdę mówiąc, nie było to straszniejsze od wytłaczania materiałów z podłogi Sfery Morloków, ale w Konstruktorze, który stanowił połączenie żywej istoty i maszyny, było coś, co budziło we mnie odrazę. Z determinacją starałem się nie snuć domysłów na temat źródła własnego jedzenia i wody!
— Nie możemy twierdzić, że Konstruktorzy są zjednoczeni — powiedział Nebogipfel. – Są ze sobą połączeni, ale nie mają wspólnego celu, w takim sensie jak, powiedzmy, różne cząstki twojej osobowości.
Читать дальше