Zastanawiałem się nad rozmową z Nebogipfelem i próbowałem pogodzić się z decyzją, którą musiałem powziąć.
Po pewnym czasie rozległ się odgłos cichych, nierównych kroków na piasku.
Odwróciłem się. To była Hilary Bond. Ledwie rozpoznałem jej twarz w zapadających ciemnościach, a jednak, nie wiedzieć czemu, nie zdziwił mnie jej widok.
Uśmiechnęła się.
— Czy mogę się przysiąść? Zostało ci jeszcze trochę tego bimbru?
Wskazałem ręką miejsce obok siebie i podałem jej moją skorupę. Napiła się chętnie.
— To był dobry dzień — powiedziała.
— Dzięki tobie.
— Nie. Dzięki nam wszystkim.
Całkiem niespodziewanie wyciągnęła rękę i chwyciła moją dłoń. Dotyk jej skóry przypominał wstrząs elektryczny.
— Chcę ci podziękować za wszystko, co dla nas zrobiłeś. Ty i Nebogipfel — powiedziała.
— Nie zrobiliśmy...
— Wątpię, czy bez ciebie przeżylibyśmy tych pierwszych kilka dni. — Jej łagodny i spokojny ton był mimo wszystko dość stanowczy. — A teraz, po tym wszystkim, co nam pokazałeś, a Nebogipfel nas nauczył... Cóż, myślę, że mamy duże szansę, by zbudować tu nowy świat.
Mimo delikatności jej długich palców, wyczuwałem blizny po oparzeniach.
— Dziękuję za tę pochwałę. Ale mówisz, jakbyśmy odjeżdżali...
— Bo wyjeżdżacie — powiedziała. — Czyż nie?
— Znasz plany Nebogipfela?
Wzruszyła ramionami.
— Mniej więcej.
— A więc wiesz więcej ode mnie. Jeśli zbudował samochód czasu, to skąd na przykład zdobył plattneryt? Molochy zostały zniszczone.
— Oczywiście z wraka die Zeitmaschine. — Sprawiała wrażenie rozbawionej. — Czy naprawdę nie przyszło ci to do głowy? — Przerwała. — A ty chcesz pojechać z Nebogipfelem, prawda?
Pokręciłem głową.
— Sam nie wiem. Czasami czuję się stary i zmęczony, jakbym już dość zobaczył!
Żachnęła się z pogardą na te słowa.
— Bzdury. Posłuchaj, ty zacząłeś... — machnęła ręką — to wszystko, co tu jest. Podróże w czasie i wszystkie wynikłe z tego zmiany. — Spojrzała na spokojne morze. — A to jest największa zmiana, prawda? — Pokręciła głową. — Wiesz, miałam trochę do czynienia ze strategicznymi planistami w RWWSC i za każdym razem wychodziłam przygnębiona ograniczonym myśleniem tych typów. Tu chcieli ustalić przebieg bitwy, tam dokonać zamachu na jakąś pomniejszą figurę... Jeśli człowiek ma takie narzędzie jak PPC i jeśli wie, że można zmienić historię, tak jak my to wiemy, to czy powinien się ograniczać do takich błahostek? Po co się ograniczać do kilkudziesięciu lat i mieszania w dzieciństwo Bismarcka oraz kajzera, kiedy można się cofnąć o miliony lat, tak jak my? Nasze dzieci będą miały pięćdziesiąt milionów lat, by przebudować świat... Może przekształcimy ludzką rasę, prawda? — Odwróciła się do mnie. — Ale ty jeszcze nie dotarłeś do końca. Jak sądzisz, jaka będzie ostateczna zmiana? Czy można wrócić do chwili stworzenia i zacząć wszystko od początku? Jak daleko można posunąć te zmiany?
Przypomniałem sobie Gödela i jego marzenia o ostatecznym świecie.
— Nie wiem, jak daleko można to posunąć — odparłem zgodnie z prawdą. — Nawet nie potrafię sobie tego wyobrazić.
Widziałem przed sobą jej twarz, która wydawała mi się ogromna. W pogłębiającym się mroku jej oczy przypominały ciemne studnie.
— A zatem — powiedziała — musisz podróżować dalej i dowiedzieć się tego, prawda?
Przysunęła się bliżej i poczułem, jak moja ręka zaciska się wokół jej dłoni, a jej ciepły oddech muska mi policzek.
Wyczułem w Hilary pewną sztywność, powściągliwość, którą próbowała przezwyciężyć, przynajmniej siłą woli. Dotknąłem jej ramienia, napotykając pokiereszowane ciało. Hilary wzdrygnęła się, jakby moje palce były z lodu. Potem jednak zacisnęła rękę wokół mojej dłoni i przycisnęła ją do swego ramienia.
— Musisz mi wybaczyć — powiedziała. — Nie jest mi łatwo być blisko kogoś.
— Dlaczego? Z powodu obowiązków wynikających ze stanowiska dowódcy?
— Nie — odparła tonem, który sprawił, że poczułem się głupio i niezręcznie. — Z powodu wojny. Rozumiesz? Z powodu tych wszystkich, którzy odeszli... Czasami trudno jest mi zasnąć. Człowiek cierpi teraz, a nie potem, i właśnie to jest tragedia dla tych, którzy pozostają przy życiu. Czujesz, że nie potrafisz zapomnieć i że to nawet niewłaściwe, iż żyjesz dalej.
Zacytowała wiersz:
Jeśli zapomnisz o nas, którzy umarliśmy,
Nie zaśniemy, choć maki rosną na polu Flanders...
Przyciągnąłem ją do siebie i Hilary poddała mi się, krucha, ranna istota.
W ostatniej chwili szepnąłem:
— Dlaczego, Hilary? Dlaczego teraz?
— Z powodu genetycznej różnorodności — odparła z coraz szybszym oddechem. — Genetycznej różnorodności...
I wkrótce na brzegu tego pierwotnego morza wybraliśmy się w podróż, nie do końca czasu, lecz do granic naszej ludzkości.
Kiedy się obudziłem, nadal panowała ciemność, a Hilary już nie było.
Przyszedłem do naszego starego obozowiska, kiedy jaśniało już pełne światło dnia. Nebogipfel obrzucił mnie krótkim spojrzeniem zza maski. Najwidoczniej moja decyzja nie zdziwiła go bardziej niż Hilary.
Jego samochód czasu był ukończony. Miał kształt pudełka o powierzchni około pięciu stóp kwadratowych i wokół niego dostrzegłem kawałki nieznajomego metalu: przypuszczałem, że to były fragmenty messerchmitta, które Nebogipfel uratował z wraka. Znajdowała się tam ławka, sklecona z drewna dipterocarps, i mały pulpit sterowniczy — prymitywna konstrukcja złożona z przycisków i przełączników, której główny element stanowiła dźwignia kolankowa, uratowana przez Nebogipfela z naszego pierwszego samochodu czasu.
— Mam dla ciebie ubranie — oznajmił Morlok. Podniósł buty, koszulę z diagonalnej tkaniny i spodnie. Wszystkie te rzeczy były w dość dobrym stanie. — Wątpię, czy naszym kolonistom będzie ich teraz brakować.
— Dziękuję.
Dotychczas nosiłem szorty ze zwierzęcej skóry. Szybko się ubrałem.
— Dokąd chcesz pojechać? — zapytał.
Wzruszyłem ramionami.
— Do domu. Do roku 1891.
Skrzywił się.
— On już przepadł w wielorakości.
— Wiem. — Wdrapałem się do machiny. — W każdym razie jedźmy naprzód i przekonajmy się, co zastaniemy.
Po raz ostatni spojrzałem na paleoceńskie morze. Pomyślałem o Stubbinsie i udomowionej diatrymie oraz świetle, które codziennie rano odbijało się od morza. Wiedziałem, że tutaj prawie osiągnąłem stan szczęścia — zadowolenia, które umykało mi przez całe życie — ale Hilary miała rację: to było za mało.
Nadal czułem wielką tęsknotę za domem. Pomyślałem, że w rzece czasu to zew tak silny, jak instynkt, który każe łososiowi wrócić do miejsca tarła. Wiedziałem jednak — zgodnie z tym, co powiedział Nebogipfel — że mój rok 1891, przytulny świat Richmond Hill, przepadł w rozłupionej wielorakości.
Zdecydowałem, że jeśli nie mogę wrócić do domu, to będę kontynuował wędrówkę. Podążę drogą zmian, aż dojdę do samego końca!
Nebogipfel spojrzał na mnie badawczo.
— Jesteś gotowy?
Pomyślałem o Hilary. Nie jestem jednak człowiekiem, który zaprząta sobie głowę pożegnaniami.
— Tak — odparłem zdecydowanie.
Nebogipfel wszedł z trudem do machiny, uważając na swoją źle zrośniętą nogę. Bez zbędnych ceregieli wyciągnął rękę do pulpitu sterowniczego i zamknął obwód niebieskiej dźwigni kolankowej.
Читать дальше