Popatrzył na mnie badawczo.
— A jaka istnieje alternatywa? Czy chcesz, żeby ci ludzie wymarli?
Przypomniałem sobie, z jaką determinacją chciałem wymazać istnienie wehikułu czasu, zanim kiedykolwiek został wysłany w czas — by położyć kres temu nieustannemu rozszczepianiu historii. Teraz, dzięki mojej włóczędze pośrednio doprowadziłem do założenia tej kolonii ludzi w głębokiej przeszłości, do powstania tworu, który z pewnością doprowadzi do najbardziej znaczącego rozbicia historii, jakie kiedykolwiek miało miejsce! Nagle doznałem uczucia spadania — trochę podobnego do przyprawiającego o zawrót głowy nurkowania podczas podróżowania w czasie — i odniosłem wrażenie, że rozłupywanie historii całkowicie wymknęło się spod mojej kontroli.
A potem pomyślałem o wyrazie twarzy Stubbinsa, kiedy rudy młodzieniec patrzył na swoje pierwsze dziecko.
Jestem człowiekiem, a nie bogiem! Musiałem się poddać ludzkim instynktom, gdyż na pewno nie byłem w stanie świadomie kierować ewolucją historii. Pomyślałem, że żaden z nas nie może zmienić biegu wydarzeń — zaiste, wszelkie nasze próby musiały być na tyle chaotyczne, by wyrządzić więcej szkód niż pożytku — a jednak na zasadzie przeciwności nie powinniśmy dać się przytłoczyć olbrzymiej panoramie wokół nas, ogromowi wielorakości historii. Perspektywa wielorakości sprawiała, że każdy z nas i wszelkie nasze działania były błahe, ale przecież nie bez znaczenia. I każdy z nas powinien wieść dalsze życie ze stoicyzmem i hartem ducha, jak gdyby jego reszta — ostateczny los ludzkości, nieskończona wielorakość — nie była błaha.
Pomyślałem, że bez względu na to, co będzie za pięćdziesiąt milionów lat, ta paleoceńska kolonia wydaje się zdrowa i właściwa. Tak więc moja odpowiedź na pytanie Nebogipfela była nieunikniona.
— Nie. Oczywiście, że musimy zrobić wszystko, co w naszej mocy, by pomóc kolonistom i ich potomkom przeżyć.
— Dlatego...
— Tak?
— Dlatego muszę znaleźć jakiś sposób, by zrobić papier.
Pracowałem dalej, wbijając tłuczek w moździerz.
18. UCZTA I TO, CO STAŁO SIĘ PÓŹNIEJ
Pewnego dnia Hilary Bond oznajmiła, że za tydzień będzie pierwsza rocznica bombardowania, i że odbędzie się uroczysta uczta z okazji założenia naszej małej wioski.
Koloniści ochoczo zabrali się do pracy i niebawem prawie wszystko było przygotowane. Budynek udekorowano lianami i olbrzymimi girlandami kwiatów zebranych w lesie. Poczyniono przygotowania, by zabić i ugotować jednego osobnika z naszego cennego stada diatrym.
Jeżeli chodzi o mnie, to przejrzałem lejkowate i podłużne kawałki rurek i w zaciszu starej chaty zacząłem przeprowadzać intensywne eksperymenty. Koloniści chcieli wiedzieć, co robię, więc musiałem spać w chacie, by nie poznali tajemnicy mojego skleconego na poczekaniu urządzenia. Zdecydowałem, że nadszedł czas, abym choć raz wykorzystał swoją wiedzę naukową dla dobra ludzi!
Nadszedł dzień uczty. W jasnym świetle poranka zebraliśmy się przed budynkiem. Kolonistów ogarnęło wielkie podniecenie i podniosły nastrój. Jeszcze raz wyczyścili i założyli strzępy mundurów, a trzymane w ramionach niemowlaki wystrojone były w nowe tkaniny, które Nebogipfel wytworzył z odmiany miejscowej bawełny, pofarbowanej na jaskrawą czerwień i fiolet za pomocą barwników roślinnych. Akurat przechodziłem przez grupkę ludzi, wyszukując moich bliższych przyjaciół, kiedy rozległ się trzask łamanych gałęzi i głęboki, skrzekliwy ryk.
Podniósł się krzyk.
— Pristichampus. To pristichampus! Uwaga...
Rzeczywiście, ryk był charakterystyczny dla tego wielkiego, biegającego po lądzie krokodyla. Ludzie rozbiegli się, a ja rozejrzałem się za bronią. Przeklinałem własny brak przezorności.
A potem dotarł do nas łagodniejszy i bardziej znajomy głos.
— Cześć! Nie bójcie się. Spójrzcie!
Koloniści uspokoili się i rozległy się śmiechy.
Pristichampus — dumny samiec — wkroczył na plac przed budynkiem. Cofnęliśmy się, żeby mu zrobić miejsce. Jego kopyta robiły wielkie, podobne do dołków po ospie ślady na piasku. Na grzbiecie zwierzęcia siedział Stubbins! Na jego twarzy widniał szeroki uśmiech, a rude włosy dosłownie płonęły w świetle słonecznym.
Zbliżyłem się do krokodyla. Łuskowata skóra cuchnęła gnijącym mięsem. Kiedy do niego podchodziłem, patrzył na mnie jednym, zimnym okiem. Stubbins, który siedział na zwierzęciu na oklep, uśmiechnął się do mnie. W żylastych rękach trzymał wodze, wykonane z zaplecionych lian i zawiązane wokół łba pristichampusa.
— Stubbins — odezwałem się — to duży sukces.
— No cóż, wiem, że przystosowaliśmy diatrymę do ciągnięcia pługa, ale ten stwór jest znacznie bardziej zwinny. Ba, będziemy mogli pokonywać na nim wiele mil, jest lepszy od konia...
— Mimo to proszę zachować ostrożność — upomniałem go. — Aha, Stubbins, jeśli pan do mnie później wpadnie...
— Tak?
— Być może ja pana też czymś zaskoczę.
Stubbins ściągnął wodze. Musiał się sporo natrudzić, ale udało mu się zmusić bestię, by wykonała obrót. Wielki zwierz ruszył z powrotem do lasu, mięśnie jego olbrzymich nóg pracowały jak tłoki.
Podszedł do mnie Nebogipfel. Spod ogromnego kapelusza z szerokim rondem prawie nie widać było jego głowy.
— To wspaniałe osiągnięcie — zauważyłem. — Ale... czy zauważyłeś?... Stubbins ledwie panował nad bestią.
— Zwycięży — stwierdził Nebogipfel. — Ludzie zawsze zwyciężają.
Podszedł do mnie bardzo blisko. Jego biała skóra lśniła w słonecznym świetle poranka.
— Posłuchaj — wymruczał.
Zaskoczył mnie ten nagły, niestosowny szept.
— Co? O co chodzi?
— Skończyłem budowę.
— Jaką budowę?
— Jutro wyjeżdżam. Jeśli chcesz się przyłączyć, zapraszam.
Odwrócił się i bezszelestnie odszedł w kierunku lasu. Po chwili jego białe plecy zniknęły w ciemności drzew. Stałem w miejscu, czując promienie słońca na karku, i patrzyłem za enigmatycznym Morlokiem. Wydawało mi się, jakby dzień uległ przeobrażeniu. Mój umysł był wzburzony, gdyż doskonale wiedziałem, o czym Morlok mówi.
Poczułem klepnięcie ciężkiej ręki na plecach.
— Jakąż to wielką tajemnicę ma pan dla mnie? — zapytał Stubbins.
Odwróciłem się do niego, ale przez kilka chwil miałem trudności ze skupieniem wzroku na jego twarzy.
— Niech pan pójdzie ze mną — powiedziałem wreszcie z taką dozą energii i dobrego humoru, na jaką potrafiłem się zdobyć.
Po kilku minutach Stubbins i pozostali koloniści unosili skorupy, które po brzegi napełnione były moim napojem alkoholowym własnej roboty, wytworzonym z mleka orzecha kokosowego.
Pozostała część dnia minęła w radosnym nastroju. Mój napój alkoholowy okazał się nadzwyczaj popularny, choć ja sam znacznie bardziej wolałbym znaleźć sposób na wynalezienie tytoniu! Długo tańczono przy niewprawnym śpiewie i klaskaniu, które imitowały wesołą muzyką roku 1944. Stubbins określił ją nazwą „swing” i myślę, że chętnie posłuchałbym więcej tej muzyki. Kazałem im zaśpiewać „Raj” i jak zwykle z powagą wykonałem jeden z moich własnych, improwizowanych tańców, który wzbudził wielki podziw i wesołość. Upieczono diatrymę na rożnie — zabrało to prawie cały dzień — i wieczorem leżeliśmy na piasku, trzymając w ręku talerze pełne soczystego mięsa.
Z chwilą gdy słońce schowało się za linią drzew, towarzystwo szybko się przerzedziło, ponieważ większość z nas przyzwyczaiła się do życia w porze od świtu do zmierzchu. Po raz ostatni powiedziałem: „Dobranoc” i wycofałem się do ruin swojej zaimprowizowanej destylatorni. Usiadłem w wejściu do chaty, dopijając resztę mojego napoju alkoholowego, i obserwowałem, jak cień lasu zaściela paleoceńskie morze. Po wodzie prześlizgnęły się ciemne kształty: płaszczek lub może rekinów.
Читать дальше