— Wiesz — powiedziałem Nebogipfelowi — kiedyś skłonny byłem wysuwać argumenty za tym, że wojna może się w końcu okazać siłą pozytywną, ponieważ zdolna jest zburzyć stary, skostniały porządek, i otworzyć świat na zmiany. Wierzyłem też we wrodzoną mądrość ludzkości: że doświadczywszy tylu zniszczeń w wojnie takiej jak ta, ludzie będą się kierować zdrowym rozsądkiem i położą temu wszystkiemu kres.
Nebogipfel pogładził się po twarzy.
— Zdrowym rozsądkiem? — powtórzył.
— Tak to sobie wyobrażałem — powiedziałem. — Ale nigdy dotąd nie doświadczyłem prawdziwej wojny. Gdy ludzie zaczynają się wyrzynać, nic ich nie powstrzyma przed całkowitym wyczerpaniem i wyniszczeniem! Teraz widzę, że wojna nie ma sensu. Nawet jej wynik nic nie znaczy...
Jednak z drugiej strony, powiedziałem Nebogipfelowi, zdziwił mnie altruizm tej garstki ludzi, którzy poświęcili się wzajemnej trosce i opiece. Teraz, gdy wszystko zostało sprowadzone do podstaw — do prostego ludzkiego cierpienia — zatarły się różnice związane z klasą społeczną, rasą, wiarą i stopniem wojskowym, które zaobserwowałem w oddziale ekspedycyjnym przed bombardowaniem.
W ten sposób — przyjmując beznamiętny sposób patrzenia Morloka — dostrzegłem tę sprzeczną mieszaninę sił i słabości, które stanowią istotę mojego gatunku! Ludzie są bardziej brutalni i zarazem pod pewnymi względami bardziej anielscy, niż sądziłem na podstawie pierwszych czterdziestu lat mojego życia.
— To trochę późno — przyznałem — by wyciągać takie głębokie nauki o gatunku, z którym dzieliłem planetę przez czterdzieści kilka lat. Tym niemniej, tak właśnie sprawa wygląda. Wydaje mi się teraz, że jeśli człowiek ma kiedykolwiek osiągnąć stan pokoju i stabilności — przynajmniej zanim przekształci się w coś nowego, na przykład w Morloka — to zjednoczenie gatunku musi się rozpocząć na samym dole: poprzez oparcie się na solidnym fundamencie — jedynym fundamencie polegającym na wytworzeniu instynktownego odruchu pomagania bliźnim. — Spojrzałem na Nebogipfela. — Czy widzisz, do czego zmierzam? Czy sądzisz, że to, co mówię, ma jakiś sens?
Ale Morlok ani nie potwierdził, ani nie zanegował mojej najnowszej hipotezy. Po prostu odwzajemnił mi się spokojnym, uważnym, badawczym spojrzeniem.
Choroba popromienna pochłonęła jeszcze trzy ofiary.
U wielu wystąpiły objawy — na przykład Hilary Bond straciła większość włosów — ale żadna z tych osób nie zmarła. Niektórzy, nawet jeden mężczyzna, który był bliżej pierwszego wybuchu niż większość osób, nie wykazywali żadnych oznak choroby. Jednakże Nebogipfel ostrzegł mnie, że to jeszcze nie koniec działania karolinu, gdyż w późniejszym życiu na każdego z nas mogą spaść inne choroby — rak i rozmaite dolegliwości.
Hilary Bond była najstarszym oficerem, który pozostał przy życiu. Gdy tylko zdołała się unieść na swoim posłaniu, zaczęła spokojnie i autorytatywnie rządzić. W naszej grupie zapanowała naturalna, wojskowa dyscyplina — choć znacznie uproszczona, gdyż z oddziału ekspedycyjnego przeżyło zaledwie trzynaście osób — i sądzę, że żołnierzom, zwłaszcza młodszym, bardzo odpowiadało przywrócenie tego znajomego porządku życia. Oczywiście, dryl wojskowy nie mógł się na stałe utrzymać. W przypadku przetrwania i pomyślnego rozwoju naszej kolonii w przyszłym pokoleniu organizacja oparta na hierarchii wojskowej okazałaby się niepożądana i niepraktyczna. Na razie jednak istniała taka potrzeba.
Większość żołnierzy miała żony czy mężów, rodziców, przyjaciół — nawet dzieci — w rodzinnym dwudziestym wieku. Teraz musieli pogodzić się z faktem, że nikt z nas nie wróci do domu. Gdy ich pozostały sprzęt powoli rozpadał się w wilgoci dżungli, żołnierze uświadomili sobie, że w przyszłości przeżyją tylko dzięki owocom własnej pracy i pomysłowości oraz wzajemnej pomocy.
Nadal pomny na niebezpieczeństwa radioaktywnego promieniowania, Nebogipfel nalegał, żebyśmy założyli stały obóz kawałek dalej na plaży. Wysłaliśmy grupy zwiadowcze, jak najlepiej wykorzystując nasz samochód, dopóki starczyło mu paliwa. Wreszcie zdecydowaliśmy się na deltę szerokiej rzeki, jakieś pięć mil na południowy zachód od pierwotnego obozowiska ekspedycji — przypuszczam, że było to w okolicy Surbiton. Gdybyśmy postanowili rozwinąć w przyszłości rolnictwo, ziemia granicząca z równiną przy naszej rzece byłaby żyzna i nawodniona.
Przeprowadziliśmy się etapami, gdyż wielu rannych trzeba było nieść przez większą część drogi. Na początku korzystaliśmy z samochodu, ale wkrótce benzyna się skończyła. Nebogipfel naciskał jednak, żebyśmy zabrali pojazd ze sobą. Miał nam służyć jako źródło gumy, szkła, metalu i innych materiałów. Tak więc załadowaliśmy samochód rannymi, zapasami i sprzętem i podczas ostatniej podróży pchaliśmy go po piasku jak taczkę.
Szliśmy utykając wzdłuż plaży — czternastu ludzi, którzy przeżyli — w poszarpanych ubraniach i z powierzchownie zaleczonymi ranami. Przyszła mi do głowy myśl, że gdyby jakiś beznamiętny obserwator zobaczył tę małą karawanę, chyba by się nie domyślił, że ta garstka obdartusów to jedyni w tej epoce przedstawiciele należący do gatunku, który pewnego dnia będzie w stanie zatrząść światem!
Nasza nowa kolonia znajdowała się w tak dużej odległości od pierwotnego obozowiska ekspedycji, że w pobliskim lesie nie widać było większych zniszczeń. Nie mogliśmy wszakże jeszcze zapomnieć o bombardowaniu, gdyż w nocy nadal żarzył się fioletowy płomień na wschodzie. Nebogipfel powiedział, że będzie widoczny przez wiele następnych lat. Wyczerpany całodzienną pracą, często siadałem na skraju obozu, z dala od świateł i rozmów, i obserwowałem, jak gwiazdy wschodzą nad tamtym stworzonym przez człowieka wulkanem.
Na początku nasze nowe obozowisko było prymitywne — tworzył je rząd zadaszeń skleconych z opadłych gałęzi i liści palmowych. Kiedy jednak zainstalowaliśmy się i zapewniliśmy sobie zapas wody oraz jedzenia, wdrożyliśmy program szybszej rozbudowy. Uzgodniliśmy, że zadaniem priorytetowym jest wspólny budynek, który będzie dostatecznie duży, by pomieścić nas wszystkich w razie burzy lub innych klęsk żywiołowych. Nowi koloniści zabrali się do budowy tego budynku z zapałem. Skorzystali z ogólnych planów, które sporządziłem dla własnego schronienia: drewniana platforma ustawiona na szczudłowatych fundamentach. Obecne przedsięwzięcie było jednak zakrojone na większą skalę.
Oczyściliśmy pole przy naszej rzece, aby Nebogipfel mógł kierować cierpliwą uprawą czegoś, co pewnego dnia mogło się stać pożytecznymi zbiorami wyhodowanymi z lokalnej flory. Zbudowaliśmy pierwszą łódź — prosty, wydrążony kajak — aby można było łowić w morzu.
Po wielu próbach złapaliśmy małą rodzinę diatrym i umieściliśmy zwierzęta w zagrodzie. Choć te ptasie bestie wydostawały się kilkakrotnie na wolność, pustosząc teren kolonii, uparliśmy się, by je trzymać w zamknięciu i oswoić, gdyż perspektywa uzyskiwania mięsa i jaj ze stada udomowionych diatrym była kusząca. Próbowaliśmy je nawet przystosować do ciągnięcia pługa.
Stopniowo koloniści zaczęli mnie traktować z pewnego rodzaju uprzejmością i szacunkiem, które — zgadzałem się z tym! — należne mi były z racji wieku i większego doświadczenia, które nabyłem w paleocenie. Jeżeli chodzi o mnie, to stwierdziłem, że wprawdzie dzięki doświadczeniu pierwszego okresu stałem na czele kilku naszych projektów, ale pomysłowość młodszych ludzi połączona z ich wyszkoleniem w zakresie przetrwania w dżungli pozwoliła im szybko prześcignąć moją ograniczoną wiedzę. Wkrótce odkryłem, że traktują mnie z pewną wyrozumiałością połączoną z rozbawieniem. Nadal jednak z zapałem uczestniczyłem w coraz liczniejszych przedsięwzięciach kolonii.
Читать дальше