Poczułem się bardzo stary i niezmiernie zmęczony, całkowicie nie na miejscu w tych pradziejach świata.
Oddaliliśmy się od plaży i wkroczyliśmy w las. Wszedłem w półmrok zmaltretowanej puszczy z obawą. Zamierzaliśmy przedrzeć się przez las wokół obozu, zataczając koło w bezpiecznej odległości jednej mili. Wystarczała znajomość szkolnej geometrii, by obliczyć, że będziemy musieli przejść sześć mil, nim okrążymy obóz i ponownie dotrzemy do plaży. Wiedziałem jednak, że poruszanie się dokładnie po łuku będzie trudne, lub nawet niemożliwe, i spodziewałem się, że w sumie cała droga będzie znacznie dłuższa i zajmie nam kilka godzin.
Zbliżyliśmy się do epicentrum wybuchu dostatecznie blisko, by zobaczyć przewrócone i roztrzaskane drzewa — drzewa zniszczone w jednej chwili, które wprzecież mogły stać przez sto lub więcej lat — i musieliśmy przedzierać się przez zwęglone, zdruzgotane pniaki oraz zwęglone resztki leśnego baldachimu. Nawet w miejscach, gdzie skutki pierwszej fali uderzeniowej były mniej dotkliwe, zobaczyliśmy blizny po burzy ogniowej, która przemieniła całe kępy drzew dipterocarps w skupiska zwęglonych, ogołoconych pni podobnych do olbrzymich zużytych zapałek. Baldachim był dość poszarpany i światło dzienne przebijające się do podłoża lasu było znacznie silniejsze niż to, do którego przywykłem. Mimo to w lesie królowały cienie i półmrok. Fioletowy żar śmiertelnej, nieustannej eksplozji rzucał niezdrowy blask na przypalone szczątki drzew i fauny.
Nic dziwnego, że zwierzęta i ptaki, które przeżyły — nawet owady — uciekły z pokiereszowanego lasu i szliśmy dalej w dziwnej ciszy, którą przerywał jedynie szeleszczący odgłos naszych kroków i równomierny, gorący oddech leja ogniowego po bombie.
W niektórych miejscach przewrócone drzewa nadal były tak gorące, że parowały lub nawet świeciły w ciemnoczerwonym kolorze. Niebawem moje gołe stopy były pokryte pęcherzami i poparzone. Obwiązałem sobie podeszwy trawą, by je ochronić, i przypomniałem sobie, jak zrobiłem tak samo, kiedy uciekałem z lasu, który spaliłem w roku Pańskim 802 701. Kilkakrotnie natknęliśmy się na zwłoki jakiegoś biednego zwierzęcia, które dostało się w wir niepojętej katastrofy. Pomimo pożaru procesy gnicia lasu postępowały w dość szybkim tempie i podczas drogi zmuszeni byliśmy wytrzymywać odór zgnilizny i śmierci. W pewnym momencie nastąpiłem na rozpływające się resztki jakiegoś małego stworzenia — chyba planetaterium — i biedny Stubbins musiał zaczekać na mnie, kiedy z odgłosami obrzydzenia zeskrobywałem sobie szczątki zwierzątka z podeszwy stopy.
Po mniej więcej godzinie natrafiliśmy na nieruchomą, zgarbioną postać na ziemi. Smród był tak ostry, że musiałem przyłożyć postrzępioną chusteczkę do twarzy. Ciało było tak potwornie spalone i zniekształcone, że z początku myślałem, że być może to zwłoki jakiejś bestii — na przykład młodej diatrymy — ale potem usłyszałem krzyk Stubbinsa. Podszedłem do niego i na końcu poczerniałej, wyciągniętej na ziemi kończyny zobaczyłem kobiecą dłoń. Jakimś dziwnym trafem ręka była zupełnie nietknięta przez ogień. Palce były zwinięte jak we śnie, a na czwartym palcu pobłyskiwała złota obrączka.
Biedny Stubbins oddalił się chwiejnym krokiem między drzewa i usłyszałem, jak wymiotuje. Stojąc w zniszczonym lesie z bezużytecznymi skorupami z wodą na szyi, czułem się jak bezradny, stroskany idiota.
— A co, jeżeli tak jest wszędzie, sir? — zapytał Stubbins. — No wie pan, tak jak tu. — Nie mógł się zmusić, by spojrzeć na zwłoki, czy choćby wskazać je palcem. — A co, jeżeli nie znajdziemy żywego człowieka? Jeżeli wszyscy zginęli, spłonęli tak jak ta kobieta?
Położyłem rękę na jego ramieniu i wydobyłem z siebie siłę, której nie czułem.
— Jeżeli tak jest, to wrócimy na plażę i znajdziemy jakiś sposób, by dalej żyć — odrzekłem. — Postaramy się z tego wybrnąć. Tak właśnie zrobimy, Stubbins. Nie możesz się jednak poddawać, chłopie. Dopiero co rozpoczęliśmy poszukiwania.
Jego oczy odbijały się białym kolorem na tle twarzy, która była czarna jak u kominiarza.
— Tak — powiedział. — Ma pan rację. Nie możemy się poddawać. Postaramy się z tego wybrnąć, bo cóż innego możemy zrobić? Ale...
— Tak?
— Ach, nic takiego — odparł i poprawił swoją apteczkę, gotowy do dalszej drogi.
Nie musiał kończyć zdania, bym zrozumiał, o co mu chodzi! Jeżeli z wyjątkiem nas dwóch i Morloka wszyscy członkowie ekspedycji zginęli, to — Stubbins to wiedział — cała nasza trójka będzie przesiadywać w chatach na plaży aż do śmierci. A potem przypływ zaleje nasze kości i tak to się skończy. Będziemy mieli szczęście, jeśli pozostaną po nas skamieliny, które jakiś ciekawski właściciel domu wykopie w ogrodzie w Hampstead lub Kew za pięćdziesiąt milionów lat.
Była to ponura, bezsensowna perspektywa. Stubbins chciał wiedzieć, jak można było wybrnąć z tej sytuacji.
W przygnębiającym milczeniu zostawiliśmy zwęglone zwłoki kobiety i ruszyliśmy dalej.
Nie potrafiliśmy zmierzyć czasu w lesie i w otoczeniu tych przerażających zniszczeń. Dzień był długi, gdyż nawet słońce wydawało się zawiesić swój codzienny bieg po niebie, a cienie połamanych pni ani nie ulegały skróceniu, ani nie przesuwały się po ziemi. W rzeczywistości jednak minęło zaledwie jakieś pół godziny, nim usłyszeliśmy odgłos trzasku i miażdżenia, który zbliżał się do nas z wnętrza lasu.
Na początku nie widzieliśmy źródła hałasu. Stubbins ze strachu otworzył szeroko oczy, które w półmroku odznaczały się bielą kości słoniowej. Czekaliśmy, wstrzymując oddech.
Zbliżała się do nas jakaś sylwetka, która wynurzyła się z cienia. Potykała się i zderzała z kikutami drzew. Była to drobna postać, najwyraźniej cierpiąca, niemniej jednak niewątpliwie ludzka.
Z duszą na ramieniu popędziłem naprzód, nie zważając na skorupiaste, poczerniałe podłoże pod nogami. Stubbins był przy moim boku.
To była kobieta, ale twarz i górną część ciała miała takie popalone i poczerniałe, że nie mogłem jej rozpoznać. Padła w nasze ramiona z bełkotliwym westchnieniem, jakby doznała ulgi.
Stubbins posadził kobietę na ziemi, opierając ją o pień złamanego drzewa. W trakcie tego mamrotał zdławionym głosem niezręczne słowa pocieszenia:
— Proszę się nie martwić. Wszystko będzie dobrze, zaopiekuję się panią...
Kobieta nadal miała na sobie zwęglone szczątki koszuli z tkaniny diagonalnej i spodni w kolorze khaki, ale całe ubranie było poczerniałe i podarte. Jej ramiona były mocno poparzone, zwłaszcza na wewnętrznych stronach przedramion. Twarz miała popaloną — prawdopodobnie stała zwrócona przodem podczas wybuchu — ale wokół jej ust i oczu dostrzegłem paski zdrowego ciała, które zachowały się w dość dobrym stanie. Domyśliłem się, że w chwili wybuchu zakryła twarz rękami, chroniąc przynajmniej jej część, lecz niszcząc sobie przy tym przedramiona.
Otworzyła oczy, które miały intensywny, niebieski kolor. Z jej ust wydobył się owadzi szept. Pochyliłem się, żeby ją usłyszeć, przezwyciężając odrazę i grozę na widok poczerniałych szczątków jej nosa i uszu.
— Wody. Na litość boską, wody...
To była Hilary Bond.
Stubbins i ja pozostaliśmy z Hilary przez kilka godzin, podając jej wodę z naszych skorup. Od czasu do czasu Stubbins wyruszał na obchód lasu i krzyczał we wszystkie strony, by przyciągnąć uwagę innych ludzi pozostałych przy życiu. Próbowaliśmy opatrzyć rany Hilary za pomocą środków z apteczki Stubbinsa, ale jej zawartość — przeznaczona do leczenia siniaków, rozcięć i tym podobnych drobnych urazów — okazała się niewystarczająca, by poradzić poważnym oparzeniom Hilary.
Читать дальше