Wszędzie pracowali żołnierze, ale kiedy przy boku Gibsona wynurzyłem się na polanie, z kulejącym Nebogipfelem wspartym na moim ramieniu, wszyscy przestali pracować i spojrzeli na nas z niezwykłym zaciekawieniem.
Dotarliśmy do dziedzińca otoczonego czterema molochami. Na środku tego placu znajdował się pomalowany na biało maszt. Zwisała z niego flaga brytyjska, jaskrawa, zwiotczała, zupełnie niestosowna w tym miejscu. Na placu rozbito sporo namiotów. Gibson zaprosił nas, żebyśmy usiedli na brezentowych stołkach obok największego. Z jednego molocha wynurzył się chudy, blady i najwyraźniej nieprzywykły do upału żołnierz. Uznałem, że to ordynans Gibsona, gdyż podpułkownik kazał mu przynieść napoje i zakąski.
Kiedy tam siedzieliśmy, wszędzie wokół nas postępowały prace w obozie. Działo się tam bardzo dużo, tak jak zawsze na placówkach wojskowych. Większość żołnierzy miała na sobie pełen ubiór złożony z koszuli z tkaniny diagonalnej w kolorze zieleni dżungli oraz spodni ze ściągaczami na kostkach. Na głowach nosili miękkie, filcowe kapelusze z osłonami na kark w jasnym kolorze khaki, lub australijskie (tak twierdził Gibson) kapelusze dżunglowe. Oznaki wojskowe mieli naszyte na koszule lub kapelusze i większość z nich nosiła broń: skórzane bandolety na amunicję do lekkiej broni, parciane torby i tym podobne. Wszyscy nosili ciężkie epolety, które pamiętałem z roku 1938. W upale i wilgoci większość tych żołnierzy wyglądała dość nieporządnie.
Zobaczyłem jednego żołnierza, który ubrany był na biało od stóp do głów. Miał grube rękawice i miękki hełm na głowie, z wbudowanym wizjerem, przez który patrzył. Pracował przy otwartych płytach bocznych jednego z molochów. W takim stroju biedak musiał się topić w upale. Gibson wyjaśnił mi, że strój wykonany był z azbestu, aby ochronić go przed ogniem z silnika.
Nie wszyscy żołnierze byli mężczyznami. Wydaje mi się, że mniej więcej dwie piąte personelu to były kobiety. Wielu żołnierzy miało ślady przeróżnych ran: blizny po oparzeniach lub szwach, a nawet, tu i ówdzie, zobaczyłem protezy kończyn. Uświadomiłem sobie, że oznaczało to, iż straty wśród młodzieży europejskiej powiększały się nieustannie od roku 1938 i trzeba było powoływać do wojska nawet kalekie osoby oraz coraz więcej młodych kobiet.
Gibson zdjął ciężkie buty i rozmasował ścierpnięte stopy, uśmiechając się do mnie smutno. Nebogipfel popijał wodę ze szklanki, podczas gdy ordynans podał Gibsonowi i mnie filiżankę tradycyjnej, angielskiej herbaty — herbaty w paleocenie!
— Niezłą pan tu utworzył kolonię — powiedziałem do Gibsona.
— Tak sądzę. Wie pan, to po prostu ćwiczenia. — Odstawił buty i wypił łyk herbaty. — Przypuszczam, że zauważył pan, iż są tu różne formacje.
— Nie — odrzekłem szczerze.
— Oczywiście większość to żołnierze wojsk lądowych. — Wskazał na szczupłego, młodego żołnierza, który na ramionach tropikalnej koszuli miał naszywki w kolorze khaki. — Ale kilku z nas, tak jak on i ja, jest z RAFu.
— Z RAFu?
— Royal Air Force. Faceci w szarych mundurach w końcu się domyślili, że my najbardziej się nadajemy do kierowania tymi wielkimi, żelaznymi potworami. — Jakiś żołnierz wojsk lądowych przeszedł obok, wybałuszając oczy na Nebogipfela, i Gibson posłał mu przyjazny uśmiech. — Naturalnie nie mamy nic przeciwko temu, żeby podwozić tych z piechoty. Tak jest lepiej, niż gdybyście sami to mieli robić, co, Stubbins?
Stubbins — szczupły, rudy mężczyzna o otwartej twarzy i przyjaznym spojrzeniu — odwzajemnił nieśmiało uśmiech, lecz z wyraźnym zadowoleniem, że Gibson zwrócił na niego uwagę: i to pomimo faktu, że był chyba o dobrą stopę wyższy od drobnego Gibsona i o kilka lat starszy. W swobodnym sposobie zachowania się Gibsona dostrzegłem cechy urodzonego przywódcy.
— Jesteśmy tu już od tygodnia — powiedział do mnie podpułkownik. — To dziwne, że nie natknęliśmy się na was wcześniej.
— Nie spodziewaliśmy się gości — powiedziałem sarkastycznie. — W przeciwnym razie rozpaliłbym ogniska, albo znalazłbym jakiś inny sposób, by zasygnalizować naszą obecność.
Mrugnął do mnie.
— Sami byliśmy bardzo zajęci. W ciągu pierwszych dni mieliśmy tu piekielnie dużo roboty. Chociaż mamy dobre wyposażenie. Przed wyjazdem naukowcy dali nam wyraźnie do zrozumienia, że klimat kochanej, starej Anglii jest dość zmienny, jeśli spojrzeć na to z dostatecznie szerokiej perspektywy, więc przyjechaliśmy ze wszystkim, od grubych płaszczy po krótkie spodnie. Ale nie spodziewaliśmy się takich tropikalnych warunków, nie tutaj, w centrum Londynu! Nasze ubrania rozlatują się, dosłownie gniją i spadają nam z pleców, metalowe części rdzewieją, a nasze buty grzęzną w tym błocku. Nawet moje cholerne skarpety się skurczyły! A wszystko podgryzają szczury. — Zmarszczył czoło. — Przynajmniej przypuszczam, że to szczury.
— Prawdopodobnie nie — zauważyłem. — A molochy? Są klasy Kitchenera, prawda?
Gibson uniósł brew, najwidoczniej zdziwiony moją wiedzą na ten temat.
— Prawdę mówiąc, molochów prawie nie można przesuwać, bo te nędzne, słoniowate nogi grzęzną w błocie...
W tym momencie za moimi plecami odezwał się wyraźny, znajomy głos:
— Obawiam się, że pańskie wiadomości są nieaktualne. Klasa Kitchenera, włącznie z kochanym, starym „Raglanem”, jest przestarzała już od wielu lat...
Obróciłem się na krześle. Zbliżała się do mnie postać ubrana w kombinezon i sztywny beret członka załogi molocha. Żołnierz wyraźnie utykał. Wyciągnął do mnie rękę, którą chwyciłem — była mała, ale silna.
— Kapitan Hilary Bond — przywitałem się i uśmiechnąłem.
Zlustrowała mnie od stóp do głów, zwracając uwagę na moją brodę i ubranie ze zwierzęcej skóry.
— Jest pan trochę zaniedbany, ale nie można pana nie rozpoznać. Czy mój widok pana dziwi?
— Po moich dotychczasowych podróżach w czasie już nic mnie za bardzo nie dziwi, Hilary!
9. CZASOWY ODDZIAŁ EKSPEDYCYJNY
Gibson i Bond wyjaśnili mi cel podróży czasowego oddziału ekspedycyjnego.
Dzięki udoskonaleniu reaktorów do rozszczepiania karolinu Brytania i Ameryka zdołały rozwinąć produkcję dostatecznej ilości plattnerytu wkrótce po mojej ucieczce w czas. Ówcześni inżynierowie już nie musieli zadowalać się resztkami z mojego starego warsztatu!
Nadal poważnie się obawiano, że niemieccy komandosi czasowi planują jakąś potajemną operację w przeszłości Brytanii, a poza tym z ruin w Imperiał College i innych wskazówek wywnioskowano, że Nebogipfel i ja prawdopodobnie zawędrowaliśmy kilkadziesiąt milionów lat w przeszłość. Tak więc zmobilizowano w pośpiechu flotę podróżujących w czasie molochów i wyposażono ją w czułe przyrządy do wykrywania obecności śladowych ilości plattnerytu (na podstawie radioaktywności tej substancji, jak mi dano do zrozumienia). W efekcie ten oddział ekspedycyjny zagłębiał się w przeszłości, wykonując skoki co pięć lub więcej milionów lat.
Misja oddziału polegała na zabezpieczeniu historii Brytanii przed atakiem na jej przeszłość!
W trakcie postojów podejmowano imponujący wysiłek, by dokładnie zbadać daną epokę. W tym celu wyszkolono, niestety w pośpiechu, wielu żołnierzy, którzy mieli spełniać funkcję naukowców-amatorów: klimatologów, ornitologów i tym podobnych. Ludzie ci zapoznawali się szybko, lecz skutecznie z florą, fauną, klimatem i geologią danej ery, i dziennik pokładowy Gibsona w dużej części poświęcony był rejestracji tych obserwacji. Dostrzegłem, że żołnierze, zarówno mężczyźni jak i kobiety, przyjmowali to zadanie z dużym poczuciem humoru i traktowali je na wpół żartobliwie, co normalne u takich ludzi, ale wydawało mi się, że przejawiają duże zainteresowanie dziwną naturą doliny Tamizy w epoce paleoceńskiej.
Читать дальше