Stephen Baxter - Statki czasu

Здесь есть возможность читать онлайн «Stephen Baxter - Statki czasu» весь текст электронной книги совершенно бесплатно (целиком полную версию без сокращений). В некоторых случаях можно слушать аудио, скачать через торрент в формате fb2 и присутствует краткое содержание. Город: Poznań, Год выпуска: 1996, ISBN: 1996, Издательство: Zysk i S-ka, Жанр: Фантастика и фэнтези, на польском языке. Описание произведения, (предисловие) а так же отзывы посетителей доступны на портале библиотеки ЛибКат.

Statki czasu: краткое содержание, описание и аннотация

Предлагаем к чтению аннотацию, описание, краткое содержание или предисловие (зависит от того, что написал сам автор книги «Statki czasu»). Если вы не нашли необходимую информацию о книге — напишите в комментариях, мы постараемся отыскать её.

Powieść napisana została z pozycji pojmowania kosmosu przez człowieka końca dwudziestego wieku i zdobyczy współczesnej nauki; jest nowoczesną reinterpretacją wizji Wellsa. Podróżnik w czasie u Baxtera zmierza ku nieskończoności. Jego zadanie jest daleko ważniejsze niz tylko uratowanie Weeny: prócz tajemnicy przyszłości musi także rozwiązać paradoksy otaczającego go świata.
Autoryzowana kontynuacja
Herberta George’a Wellsa.

Statki czasu — читать онлайн бесплатно полную книгу (весь текст) целиком

Ниже представлен текст книги, разбитый по страницам. Система сохранения места последней прочитанной страницы, позволяет с удобством читать онлайн бесплатно книгу «Statki czasu», без необходимости каждый раз заново искать на чём Вы остановились. Поставьте закладку, и сможете в любой момент перейти на страницу, на которой закончили чтение.

Тёмная тема
Сбросить

Интервал:

Закладка:

Сделать

Uścisnął moją dłoń.

— Nie ma o czym mówić. — Uśmiechnął się szeroko. — Jak sądzę, pan... — Tu wymienił moje nazwisko. — Wie pan, zawsze chciałem to powiedzieć!

— A pan jest... ?

— Och, przepraszam. Nazywam się Gibson. Podpułkownik lotnictwa Guy Gibson. Jestem zachwycony, że pana odnalazłem.

8. OBOZOWISKO

Okazało się, że Gibson nie jest sam. Założył karabin na ramię, odwrócił się i skinął ręką w kierunku ciemnej dżungli.

Z półmroku wyszło dwóch żołnierzy. Koszule obładowanych mężczyzn były przesiąknięte potem i kiedy wkroczyli w napływające światło dnia, wydawali się bardziej podejrzliwi w stosunku do nas i bardziej skrępowani od podpułkownika lotnictwa. Obaj byli Hindusami — sipajami, żołnierzami Imperium. Mieli błyszczące, czarne oczy o zawziętym wyrazie, turbany na głowach i krótko przycięte bródki. Ubrani byli w drelichowe koszule i szorty w kolorze khaki. Jeden dźwigał ciężki karabin maszynowy na plecach i miał przy pasie dwie ciężkie, skórzane torby, najwidoczniej z amunicją do tej broni. Ich duże, srebrzyste epolety lśniły w paleoceńskim świetle słonecznym. Spojrzeli na ścierwo Pristichampusa z nie ukrywanym okrucieństwem.

Gibson powiedział nam, że wraz z tymi żołnierzami poszedł na zwiad. Oddalili się na mniej więcej milę od bazy, która usytuowana była w głębi kraju. (Zdziwiło mnie, że Gibson nie przedstawił żołnierzy po imieniu. Na tamtej odosobnionej plaży w paleoceńskim świecie, w którym znajdowała się zaledwie garstka ludzi, ta drobna niegrzeczność — spowodowana różnicą stopni wojskowych, do której Gibson najwyraźniej przywiązywał dużą wagę — wydawała mi się niedorzecznością!)

Jeszcze raz podziękowałem Gibsonowi za uratowanie Morloka i zaprosiłem go na śniadanie w naszym schronieniu.

— To niedaleko, idąc wzdłuż plaży — wyjaśniłem, pokazując ręką. Gibson spojrzał w tamtym kierunku, osłaniając dłonią oczy.

— Cóż, konstrukcja wygląda na dość solidną.

— Solidną? No myślę! — odparłem i wdałem się w długi, dość obszerny wywód o naszym nie dokończonym schronieniu, z którego byłem przesadnie dumny, i o tym, jak udało nam się przeżyć w paleocenie.

Guy Gibson założył ręce za plecami i słuchał z kamiennym, uprzejmym wyrazem twarzy. Sipaje obserwowali mnie, zaintrygowani i podejrzliwi, trzymając ręce w pobliżu broni.

Po kilku minutach dostrzegłem z opóźnieniem obojętność Gibsona. Przestałem paplać.

Gibson rozejrzał się bystro po plaży.

— Uważam, że poradził pan tu sobie nadzwyczaj dobrze. Nadzwyczaj. Przypuszczam, że po kilku tygodniach takiego życia w stylu Robinsona Crusoe zwariowałbym z powodu samotności. Puby zostaną otwarte dopiero za pięćdziesiąt milionów lat!

Uśmiechnąłem się na jego żart — nie podzielałem jego wesołości — i poczułem się zażenowany z powodu mojej przesadzonej dumy z takich marnych osiągnięć w obliczu tego ideału kompetencji.

— Ale proszę posłuchać — ciągnął łagodnym tonem Gibson. — Czy nie uważa pan, że lepiej by było, gdyby pan wrócił z nami do bazy oddziału ekspedycyjnego? Przecież przybyliśmy tu, żeby pana odnaleźć. Mamy przyzwoite zapasy, nowoczesne narzędzia i wszystko inne. — Zerknął na Nebogipfela i dodał nieco bardziej niepewnym tonem: — I być może lekarz zdoła pomóc temu biedakowi. Czy jest tu coś, czego potrzebujecie? Zawsze możemy wrócić później.

Oczywiście, nie było niczego takiego — nie czułem potrzeby, by jeszcze kiedykolwiek przemierzać tych kilkaset jardów z powrotem wzdłuż plaży! — ale wiedziałem, że wraz z przybyciem Gibsona i jego żołnierzy moja krótkotrwała idylla dobiegła końca. Spojrzałem Gibsonowi w twarz, która była szczera i świadczyła o jego praktycznym podejściu, i wiedziałem, że nigdy nie zdołam znaleźć słów, by uświadomić mu, jak wielką odczuwam stratę.

Z sipajami na czele i Morlokiem wspartym na moim ramieniu ruszyliśmy w głąb dżungli.

Z dala od wybrzeża powietrze było parne i wilgotne. Szliśmy gęsiego. Jeden sipaj był z przodu, jeden z tyłu, a Gibson, Morlok i ja w środku. Przez dużą część drogi niosłem wątłego Morloka w ramionach. Sipaje ciągle obrzucali nas podejrzliwymi, ukradkowymi spojrzeniami, choć po pewnym czasie odsunęli ręce od parcianych kabur. Przez całą drogę nie odezwali się słowem ani do mnie, ani do Nebogipfela.

Ekspedycja Gibsona przybyła z roku 1944 — sześć lat po naszym wyjeździe w chwili napaści Niemców na londyńską kopułę.

— Czy wojna nadal trwa?

— Niestety tak — odparł ponurym tonem. — Oczywiście, zareagowaliśmy na ten brutalny atak na Londyn. Odpłaciliśmy im pięknym za nadobne.

— Czy pan też brał udział w tych działaniach?

Spojrzał — najwyraźniej mimowolnie — na baretki przyszyte do piersi munduru. Nie rozpoznałem ich w tamtej chwili — nie jestem fanatykiem wojska, a zresztą niektórych tych odznaczeń jeszcze nie było za moich czasów — ale dowiedziałem się później, że był to Order Za Wzorową Służbę i Krzyż Wzorowego Lotnika; faktycznie wysokie odznaczenia, zwłaszcza w przypadku takiego młodego żołnierza.

— Tak, brałem udział w niejednej akcji — odparł Gibson bez przesadnych emocji. — Miałem kilka niezłych misji. To szczęście, że mogę tu o nich opowiedzieć. Wielu dobrych żołnierzy nie może.

— I te misje odniosły sukces?

— A jakże. Po tym, jak zrobili wyłom w naszej kopule, bez większej zwłoki wyświadczyliśmy im tę samą przy sługę!

— A miasta pod kopułami?

Spojrzał na mnie.

— A jak pan myśli? Bez kopuły miasto jest bezbronne wobec ataków z powietrza. Rzecz jasna, można ustawić ogień zaporowy z dział o kalibrze osiemdziesiąt osiem...

— Osiemdziesiąt osiem?

— Niemcy mają działo przeciwlotnicze „Zapora 36” o kalibrze 8,8 centymetra, dość pożyteczne jako działo polowe i broń do zwalczania molochów, jak również skuteczne, jeśli chodzi o jego główny cel. Dobra konstrukcja... W każdym razie jeśli bombowiec przedostanie się przez taki ogień przeciwlotniczy, może zrzucić wszystko do wnętrza miasta, które nie jest osłonięte kopułą.

— A jakie są rezultaty po sześciu latach tej walki?

Wzruszył ramionami.

— Przypuszczam, że z miast pozostało niewiele. W każdym razie w Europie.

Oceniłem, że dotarliśmy w okolice South Hampstead. Przebrnęliśmy przez rząd drzew i wynurzyliśmy się na polanie. Był to kolisty obszar o średnicy mniej więcej ćwierć mili, ale nie powstał w sposób naturalny: pniaki na obrzeżu świadczyły o tym, że las został wycięty. Jeszcze gdy się zbliżaliśmy, dostrzegłem oddziały rozebranych do połowy żołnierzy piechoty, którzy przebijali się przez poszycie za pomocą pił i maczet, poszerzając obszar. Ziemia na polanie ogołocona była z poszycia i utwardzona kilkoma warstwami liści palmowych wdeptanych w błoto.

Na środku tej polany spoczywały cztery wielkie molochy, które napotkałem w 1873 i 1938 roku. Te bestie zajmowały cztery strony kwadratowego obszaru szerokości stu stóp, stojąc nieruchomo z otwartymi oknami podobnymi do ziejących paszcz zgłodniałych zwierząt. Przeciwminowe cepy zwisały luźno i bezużytecznie z bębnów na przodzie, a zielono-czarne cętki znaczące ich metalowe kadłuby pokrywała warstwa guano i opadłych liści. Na terenie całego obozowiska porozsiewane były inne pojazdy i przedmioty, łącznie z lekkimi samochodami opancerzonymi oraz małymi działami artyleryjskimi zamontowanymi na wózkach o szerokich kołach.

Gibson dał mi do zrozumienia, że to będzie pewnego rodzaju cmentarz podróżujących w czasie molochów w roku 1944.

Читать дальше
Тёмная тема
Сбросить

Интервал:

Закладка:

Сделать

Похожие книги на «Statki czasu»

Представляем Вашему вниманию похожие книги на «Statki czasu» списком для выбора. Мы отобрали схожую по названию и смыслу литературу в надежде предоставить читателям больше вариантов отыскать новые, интересные, ещё непрочитанные произведения.


Stephen Baxter - The Martian in the Wood
Stephen Baxter
Stephen Baxter - Project Hades
Stephen Baxter
Stephen Baxter - Evolution
Stephen Baxter
Stephen Baxter - Bronze Summer
Stephen Baxter
Stephen Baxter - Iron Winter
Stephen Baxter
Stephen Baxter - Flood
Stephen Baxter
Stephen Baxter - Firma Szklana Ziemia
Stephen Baxter
Stephen Baxter - Les vaisseaux du temps
Stephen Baxter
Stephen Baxter - Moonseed
Stephen Baxter
Stephen Baxter - Exultant
Stephen Baxter
Stephen Baxter - Coalescent
Stephen Baxter
libcat.ru: книга без обложки
Stephen Baxter
Отзывы о книге «Statki czasu»

Обсуждение, отзывы о книге «Statki czasu» и просто собственные мнения читателей. Оставьте ваши комментарии, напишите, что Вы думаете о произведении, его смысле или главных героях. Укажите что конкретно понравилось, а что нет, и почему Вы так считаете.