— Mieliśmy kilka wskazówek — odparła.
— Jakich? Chodzi o wrak, który pozostawiliśmy w Imperiał College?
— Częściowo. Ale były też wskazówki archeologiczne.
— Archeologiczne?
Spojrzała na mnie z zakłopotaniem.
— Proszę posłuchać, nie jestem pewna, czy chce pan to usłyszeć...
To oczywiście niezwykle zaostrzyło moją ciekawość! Nalegałem, żeby mi powiedziała.
— No dobrze. Ze szczątków w Imperial College’u naukowcy domyślili się, dokąd się udaliście w przeszłość. Rozpoczęli więc intensywne, archeologiczne badania tamtego obszaru. Wykopali doły...
— Dobry Boże — wtrąciłem. — Szukaliście moich skamieniałych kości!
— I kości Nebogipfela. Tok rozumowania był taki, że jeśli odkryte zostaną jakiekolwiek anomalie — kości lub narzędzia — zdołamy dość dokładnie ustalić waszą pozycję na podstawie waszego położenia w warstwie skalnej...
— Czy coś znaleziono? Hilary...
Znów się powstrzymała i musiałem nalegać, by mi odpowiedziała.
— Znaleźli czaszkę.
— Ludzką?
— Podobną do ludzkiej. — Zawahała się. — Była mała, mocno zniekształcona i roztrzaskana, na pół. Znaleziono ją w warstwie o pięćdziesiąt milionów lat starszej od warstwy, w której mogły się znajdować szczątki jakiegokolwiek człowieka.
„Mała i zniekształcona”. Uświadomiłem sobie, że to musiała być czaszka Nebogipfela! Czy mogła to być pozostałość po jego spotkaniu z pristichampusem — w jakiejś innej historii, w której nie doszło do ingerencji Gibsona?
I czy moje kości leżały zmiażdżone i skamieniałe w jakimś sąsiednim, nie odkrytym dole?
Pomimo żaru słońca padającego na moje plecy i głowę poczułem chłód. Nagle ten jaskrawy paleoceński świat wydał mi się przygaszony — przypominał przezroczyste okno, przez które przeświecało bezlitosne światło czasu.
— A więc odkryliście ślady plattnerytu i dzięki temu nas odnaleźliście — powiedziałem. — Wyobrażam sobie jednak, że rozczarowało was, iż — znów — zastaliście tylko mnie, a nie hordę pruskich podżegaczy wojennych. Proszę jednak posłuchać. Czy nie dostrzega pani pewnego paradoksu? Budujecie swoje pancerniki czasu, ponieważ obawiacie się, że Niemcy robią to samo. No dobrze. Ale sytuacja jest symetryczna. Ze swojego punktu widzenia Niemcy muszą się obawiać, że wy pierwsi wykorzystacie takie machiny czasu. Obie strony zachowują się dokładnie tak, że wywołują najgorsze reakcje u swoich przeciwników. Tym samym obie strony pogarszają sytuację.
— Możliwe — stwierdziła Bond. — Jednak technika czasowa w rękach Niemców byłaby katastrofą dla aliantów. Zadaniem tej ekspedycji jest wytropienie niemieckich podróżników i zapobieżenie wszelkim szkodom, jakie Niemcy mogą uczynić historii.
Wyrzuciłem ręce w powietrze, podczas gdy wody paleoceńskiego morza obmywały mi kostki.
— A niech to licho porwie, pani kapitan Bond! Przecież jesteśmy w epoce odległej o pięćdziesiąt milionów lat od narodzin Chrystusa! Cóż może tutaj znaczyć ta walka między Anglią i Niemcami, która nastąpi w tak odległej przyszłości?!
— Nie możemy sobie pozwolić na odpoczynek — odrzekła ponuro i ze znużeniem. — Czy pan tego nie rozumie? Musimy tropić Niemców aż do początków Stworzenia, jeśli to będzie konieczne.
— Więc kiedy ta wojna się skończy? Czy nabruździcie w całej wieczności, zanim jej zaniechacie? Czy nie widzi pani, że to wszystko... — Zatoczyłem ręką łuk, mając na myśli całą straszną przyszłość, w której miasta zostaną zburzone, a ludność będzie się tłoczyć w podziemnych jaskiniach — ... jest absurdalne? A może będziecie to ciągnąć aż do chwili, gdy pozostanie tylko dwóch ludzi i jeden z nich roztrzaska temu drugiemu czaszkę kawałkiem cegły? Co?
Bond odwróciła się do mnie — światło odbijające się od morza uwypukliło zmarszczki na jej twarzy — ale nic nie odpowiedziała.
Nasza w miarę spokojna egzystencja po pierwszym spotkaniu z Gibsonem trwała pięć dni.
Było południe, niebo bezchmurne, a dzień pogodny. Przez cały poranek pomagałem nepalskiemu lekarzowi, odgrywając niezdarnie rolę pielęgniarza. Z ulgą przyjąłem zaproszenie Hilary Bond na kolejny wspólny spacer po plaży.
Dość łatwo przeszliśmy przez las — żołnierze zdążyli już wyrąbać szerokie ścieżki, które rozchodziły się promieniowo od bazy — i kiedy dotarliśmy do plaży, w te pędy zsunąłem buty oraz skarpetki, rzuciłem je na skraju lasu i popędziłem do wody. Hilary Bond zdjęła obuwie w mniejszym pośpiechu, układając je na piasku wraz z bronią ręczną, którą miała przy sobie. Podwinęła nogawki — zobaczyłem, jak bardzo zniekształcona jest jej noga, a skóra pokurczona wskutek starego oparzenia — i weszła za mną do spienionej wody przy brzegu.
Zdjąłem koszulę (wszyscy zachowywaliśmy się dość swobodnie w tamtym obozie w starożytnym lesie, zarówno mężczyźni, jak i kobiety) i zanurzyłem głowę oraz górną część ciała w przezroczystej wodzie, nie zważając na to, że zamoczyłem sobie nogawki. Odetchnąłem głęboko, rozkoszując się tym wszystkim: gorącym słońcem, które przypiekało mi twarz, widokiem błyszczącej wody, miękkim piaskiem między palcami u nóg, ostrym zapachem soli i ozonu.
— Widzę, że cieszy pana ten wypad — powiedziała Hilary z pobłażliwym uśmiechem.
— Owszem. — Opowiedziałem jej o tym, jak rano pomagałem lekarzowi. — Bardzo chcę być do czegoś przydatny. Ale dziś rano tyle się nawąchałem odoru chloroformu, eteru i różnych antyseptyków — jak również bardziej przyziemnych zapachów, że...
Uniosła ręce.
— Rozumiem.
Wyszliśmy z morza. Wytarłem się do sucha koszulą. Hilary wzięła pistolet, ale buty pozostawiliśmy ułożone na plaży i ruszyliśmy skrajem wody. Po kilkudziesięciu jardach dostrzegłem płytkie wgłębienia zdradzające obecność corbiculi — małży, które zamieszkiwały tę plażę w bardzo dużej liczbie. Przykucnęliśmy na piasku i pokazałem jej, jak wykopać drobne żyjątka. Po kilku minutach mieliśmy ich całkiem sporo. Suszyły się na kupce obok nas.
Wilgotne, krótko przycięte włosy Hilary przylegały gładko do głowy. Kiedy oglądała małże z dziecięcym zafascynowaniem, twarz dziewczyny jaśniała radością i dumą, że sama zdołała je wykopać. Byliśmy zupełnie sami na plaży — z powodzeniem moglibyśmy być jedynymi ludźmi w tym paleoceńskim świecie. Czułem każdą kropelkę potu na głowie, każde ziarenko piasku, które ocierało się o moje golenie. A nad tym wszystkim królowało zwierzęce ciepło kobiety przy moim boku. Wydawało mi się, jakby wielorakie światy, które przebyłem, skurczyły się do tej jednej chwili żywych wrażeń — do teraźniejszości.
Chciałem podzielić się swoimi odczuciami z Hilary.
— Wie pani...
Ale ona wyprostowała się i zwróciła twarz w kierunku morza.
— Proszę posłuchać.
Spojrzałem zaskoczony na skraj lasu, chlupoczącą o brzeg wodę i puste niebo. Jedyne dźwięki, które słyszałem, to szelest lekkiego wietrzyku pośród koron drzew i cichy plusk drobnych fal uderzających o brzeg.
— Czego?
Jej inteligentna, zacięta twarz żołnierza przybrała surowy i podejrzliwy wyraz.
— Ma jeden silnik — powiedziała w skupieniu. — To Daimler-Benz DB, chyba dwunastocylindrowy...
Zerwała się na równe nogi i przyłożyła dłonie do czoła, robiąc z nich daszek nad oczami.
A potem ja też usłyszałem odległy odgłos, który przypominał brzęczenie jakiegoś olbrzymiego owada i dochodził do nas znad morza.
Читать дальше