Podszedłem do krawędzi wody. Zwilżyłem i oblizałem palce. Poczułem smak soli: to była wóda morska.
Słońce zniżyło się za las; najwyraźniej posuwało się na zachód; przynajmniej w tej kwestii nie zaszła zmiana. Dlatego przeszedłem jakieś pół mili na wschód w stosunku do położenia samochodu czasu i przypuszczałem, że jestem gdzieś w pobliżu skrzyżowania Knightsbridge i Sloane Street. W tej paleoceńskiej epoce znajdował się tam skraj morza! Wydawało się, że ocean zakrywa cały Londyn aż do wschodniej części Hyde Park Corner. Możliwe, że to morze było jakimś przedłużeniem Morza Północnego lub Kanału La Manche, które wdarło się na obszar Londynu. Jeżeli miałem rację, to mieliśmy dość dużo szczęścia. Gdyby poziom mórz podniósł się trochę bardziej, Nebogipfel i ja wylądowalibyśmy w głębinie oceanu, a nie na jego brzegu.
Zdjąłem skarpetki i buty, przywiązałem je sznurowadłami do pasa i wszedłem do wody. Zanurzając palce u nóg, poczułem, że jest chłodna. Kusiło mnie, żeby zanurzyć twarz, ale powstrzymałem się z obawy przed oddziaływaniem soli na moje rany. Znalazłem wgłębienie w piasku, które przy odpływie powinno utworzyć kałużę. Wsunąłem ręce w piasek w tym miejscu i wyciągnąłem zbieraninę żyjątek: małże, brzuchonogi i coś w rodzaju ostryg. Wyglądało na to, że jest tam niewiele gatunków, ale najwidoczniej w tym płodnym morzu występowały w ogromnych ilościach.
Na skraju tego oceanu, gdy bulgocząca woda lizała moje palce u rąk i nóg, a słońce ogrzewało mi kark, ogarnęło mnie wielkie uczucie spokoju. W dzieciństwie rodzice zabierali mnie na jednodniowe wycieczki do Lympne i Dungeness, gdzie chodziłem na brzeg morza — tak jak dzisiaj — i wyobrażałem sobie, że jestem sam na świecie. Teraz jednak to było niemal prawdą! Niezwykła to była myśl, że nigdzie na świecie nie żeglują po tym nowym oceanie żadne statki; że po drugiej stronie dżungli za moimi plecami nie ma miast. Zaiste, ja i biedny, ranny Morlok byliśmy jedynymi inteligentnymi istotami na planecie. Nie była to jednak niemiła perspektywa — ani trochę — po strasznym mroku i chaosie roku 1938, od którego tak niedawno uciekłem.
Wyprostowałem się. Morze było czarujące, ale nie mogliśmy pić słonej wody! Starannie zapamiętałem miejsce, w którym wynurzyłem się z dżungli — nie chciałem zgubić Nebogipfela w tamtym leśnym półmroku — i ruszyłem boso wzdłuż skraju wody, z dala od rodziny ptaków Diatiyma.
Po przebyciu mniej więcej mili dotarłem do strumyka, który wypływał z lasu i ściekał plażą do morza. Spróbowałem wody. Była słodka i wydawała się czysta. Poczułem ogromną ulgę: przynajmniej nie umrzemy dziś! Upadłem na kolana i zanurzyłem głowę oraz kark w zimnej, musującej wodzie. Piłem ją dużymi haustami, po czym zdjąłem marynarkę i koszulę, i wymoczyłem sobie głowę oraz kark. Zakrzepła krew, która zbrązowiała pod wpływem powietrza, odpłynęła w kierunku morza. Gdy się wyprostowałem, czułem się znacznie odświeżony.
Teraz musiałem wymyślić, jak przetransportować ten skarb do Nebogipfela. Potrzebowałem filiżanki lub jakiegoś innego pojemnika.
Siedziałem przez kilka minut przy strumieniu, rozglądając się z zakłopotaniem. Wydawało się, że cała moja pomysłowość wyczerpała się w trakcie ostatniej podróży przez czas i ten problem przekracza możliwości mojego zmęczonego mózgu.
W końcu odwiązałem buty od pasa, przepłukałem je jak najlepiej i napełniłem po brzegi wodą ze strumienia. Następnie przeniosłem ją, idąc wzdłuż plaży i przez las, do czekającego Morloka. Kiedy obmywałem zmaltretowaną twarz Nebogipfela i próbowałem go ocucić, żeby się napił, obiecałem sobie, że nazajutrz znajdę jakieś naczynie stołowe bardziej odpowiednie niż stary but.
Prawa noga Nebogipfela była pokiereszowana wskutek napaści diatrymy. Kolano wydawało się zmiażdżone, a stopa skręcona była pod nienaturalnym kątem. Używając ostrego kawałka kadłuba samochodu — nie miałem noża — spróbowałem wyciąć lniane włosy z miejsc obrażeń. Obmyłem odsłonięte ciało najlepiej, jak umiałem. Wydawało się, że przynajmniej rany powierzchniowe zasklepiły się i nie było oznak infekcji.
Nie jestem lekarzem, więc w trakcie moich niezdarnie wykonywanych czynności Morlok, nadal nieprzytomny, chrząknął i miauknął z bólu jak kot.
Oczyściwszy rany, przesunąłem rękami po zranionej nodze, ale nie wykryłem żadnego wyraźnego pęknięcia golenia lub kości łydkowej. Jak już wcześniej zauważyłem, uszkodzone były głównie kolano i kostka. To mnie przeraziło, gdyż może zdołałbym nastawić ręką złamaną piszczel, ale żadną miarą nie umiałbym wyleczyć takich ran, jakie odniósł Nebogipfel. Mimo to przetrząsnąłem wrak samochodu, aż znalazłem dwa proste pręty ramy. Przyłożyłem sklecony na poczekaniu nóż do marynarki — nie spodziewałem się, by ta część garderoby przydała mi się w tym klimacie — i pociąłem ją na bandaże, które wypłukałem w wodzie.
Zbierając odwagę, naprostowałem nogę i stopę Morloka. Mocno przywiązałem kończynę do łupków, a następnie do drugiej, zdrowej nogi, żeby ją lepiej podeprzeć.
Wrzaski Morloka, odbijające się echem od drzew, były straszliwe.
Wyczerpany, posiliłem się tamtego wieczora ostrygami — surowymi, gdyż nie miałem siły, by rozpalić ogień — i usiadłem obok Morloka, opierając się plecami o pień drzewa i trzymając w ręku klucz Mosesa.
Rozbiłem obóz na brzegu paleoceńskiego morza, w pobliżu strumienia ze świeżą wodą, który znalazłem. Zdecydowałem, że tam będziemy zdrowsi i bezpieczniejsi niż w półmroku lasu. Skleciłem parasol przeciwsłoneczny dla Nebogipfela, konstruując szkielet z kawałków samochodu czasu i rozciągając na nich skrawki płótna.
Zaniosłem tam Nebogipfela na rękach. Był lekki jak dziecko i nadal półprzytomny. Spojrzał na mnie bezradnie przez potłuczone gogle i niemal zapomniałem, że był przedstawicielem gatunku, który pokonał ograniczenia przestrzeni i ujarzmił Słońce!
Moim następnym priorytetowym zadaniem było rozpalenie ognia. Dostępne drewno — gałęzie, które pospadały z drzew — było wilgotne i spleśniałe. Zaniosłem je na plażę i położyłem, by wyschło. Używając opadłych liści na podpałkę i krzesając iskrę z kamienia uderzanego o metalową część samochodu czasu, dość szybko udało mi się zapalić płomień. Na początku rozniecałem ogień każdego dnia, ale wkrótce odkryłem niewątpliwie odwieczną sztuczkę, która polegała na pozostawianiu węgli żarzących się w dołku w ciągu dnia, dzięki czemu łatwo było powtórnie rozpalić ogień, kiedy tylko człowiek chciał.
Proces rekonwalescencji Nebogipfela postępował powoli. Dla członka gatunku, który nie zna snu, przymusowa nieprzytomność to poważna i niepokojąca sprawa, i kiedy Nebogipfel przyszedł wreszcie do siebie, siedział w cieniu przez kilka dni i nie chciał rozmawiać. Okazało się, że jednak może — choć robił to bardzo niechętnie — jeść ostrygi i małże, które przynosiłem z morza. Po pewnym czasie mogłem urozmaicić naszą dietę gotowanym mięsem żółwia, gdyż tych stworzeń było całkiem sporo na całym wybrzeżu. Kiedy nabyłem trochę praktyki, udało mi się strącać pęki owoców z palm przy plaży, rzucając kawałkami metalu i kamieniami w gałęzie. Kokosy okazały się bardzo pożyteczne: ich mleko i miąższ urozmaiciły naszą dietę, puste skorupy służyły za pojemniki do różnych celów, a nawet z brązowych włókien przylegających do ich skorup można było utkać prymitywną tkaninę. Nie mam jednak wielkich zdolności do takich precyzyjnych prac i szczytem moich osiągnięć była czapka, którą sobie zrobiłem — o szerokim rondzie, przypominająca kapelusz kulisa.
Читать дальше