Nebogipfel nie odpowiedział.
Nie jestem człowiekiem, który łatwo poddaje się zrządzeniom losu i poświęciłem trochę energii na to, żeby przyjrzeć się dokładnie urządzeniom sterowniczym i przewodom. Szybko stwierdziłem, że Nebogipfel ma rację. Nie było sposobu, bym z tej plątaniny części zdołał zbudować sterowny pojazd i moja energia, już i tak bardzo nadwątlona, niebawem się wyczerpała. Popadłem ponownie w pewnego rodzaju tępą apatię.
Przebrnęliśmy przez jeszcze jeden krótki, brutalny okres oblodzenia, a potem weszliśmy w długą, posępną zimę. Pory roku nadal przynosiły przemijający śnieg i lód, ale wiek stałej pokrywy lodowej należał teraz do przyszłości. W ciągu mijających tysiącleci dostrzegłem niewielkie zmiany w krajobrazie. Być może struktura rozmazanej zieleni pokrywającej wzgórza powoli się wzbogacała. Niedaleko samochodu czasu na ziemi pojawiła się ogromna czaszka, która przypominała mi słoniową. Była wyblakła, goła i pokruszona. Leżała tam dostatecznie długo, bym mógł rozeznać jej kontury, w ciągu mniej więcej sekundy, nim zniknęła tak szybko, jak się pojawiła.
— Nebogipfelu, jeżeli chodzi o twoją twarz, to ja... Musisz zrozumieć...
Spojrzał na mnie zdrowym okiem. Zobaczyłem, że ponownie zaczął się zachowywać jak Morlok, zapominając o ludzkich gestach, które sobie przyswoił.
— Co? Co muszę zrozumieć?
— Nie chciałem cię zranić.
— Teraz mnie nie ranisz — powiedział z precyzją chirurga. — Ale wtedy tak. Przeprosiny są daremne, niedorzeczne. Jesteś tym, kim jesteś... Jesteśmy różnymi gatunkami, tak odmiennymi od siebie jak ty od australopiteków.
Poczułem się jak niezdarne zwierzę, z moimi olbrzymimi pięściami ponownie splamionymi krwią Morloka.
— Zawstydzasz mnie — powiedziałem.
Pokręcił krótko głową.
— Wstyd? To pojęcie nie ma w tym kontekście żadnego znaczenia.
Zrozumiałem, że chodzi mu o to, iż nie powinienem odczuwać wstydu bardziej niż jakieś dzikie zwierzę z dżungli. Zaatakowany przez takie stworzenie, czy spierałbym się z nim o kwestie moralne? Nie. Bezrozumne zwierzę nie może nic poradzić na swoje zachowanie. Powinienem tylko zająć się efektami jego działań.
W oczach Nebogipfela okazałem się — znów! — istotą niewiele lepszą od niezdarnych brutali z afrykańskich równin, prekursorów ludzi w tej wyludnionej epoce.
Wycofałem się do drewnianych ławek. Położyłem się tam, kładąc obolałą głowę na zgiętym ramieniu, i obserwowałem migotanie stuleci za ciągle otwartymi drzwiami samochodu.
Posępny, zimowy chłód minął i niebo zrobiło się bardziej zróżnicowane, pocętkowane nieregularnymi plamami. Od czasu do czasu kołyszącą się wstęgę słoneczną przesłaniała na chwilę ciemna chmura. W tym łagodniejszym klimacie kwitły nowe odmiany drzew z gatunku zrzucających liście. O ile mogłem się zorientować, były tam klony, dęby, topole, cedry i inne. Czasami te antyczne lasy wyrastały wokół samochodu, pogrążając nas w półmroku, który rozjaśniało migotanie światła zabarwionego zielenią i brązem, a potem wycofywały się, jakby ktoś odsuwał zasłonę.
Nebogipfel powiedział, że wkroczyliśmy w okres potężnych ruchów tektonicznych Ziemi. Ze skorupy ziemskiej wypychane były Alpy i Himalaje, a olbrzymie wulkany wypluwały popiół i pył, przesłaniając niebo nieraz na okres wielu lat. Morlok wyjaśnił, że w oceanach pływają ogromne rekiny o zębach jak sztylety, a w Afryce przodkowie ludzkości powracają do prymitywnego stanu rozwoju umysłowego. Ich mózgi kurczą się, chodzą zgarbieni i mają krótkie, grube, niezgrabne palce.
Przemierzaliśmy tę długą, dziką epokę przez około dwanaście godzin.
Gdy stulecia i lasy migotały przed kabiną, próbowałem ignorować głód i pragnienie, które ściskały mi żołądek. To była najdłuższa podróż przez czas, jaką podjąłem od chwili pierwszej wyprawy do odległej przyszłości po epoce Weeny, i wraz z upływem kolejnych godzin czułem się coraz bardziej przygnębiony daremnością tego wszystkiego. Krótkotrwały rozkwit ludzkości już był odległym odpryskiem światła oddalonym w czasie. Nawet odległość między człowiekiem i Morlokiem — obojętne jakim — stanowiła zaledwie ułamek długiej drogi, którą przebyłem.
Przytłoczyły mnie ogrom czasu oraz małość człowieka i jego osiągnięć. Moje troski wydawały się absurdalne i całkowicie nieważne. Historia ludzkości wydawała się błahostką, chwilowym błyskiem w mrocznych, bezmyślnych otchłaniach wieczności.
Skorupa Ziemi falowała jak pierś duszącego się człowieka i samochód czasu unosił się lub opadał wraz z ewoluującym krajobrazem. Przypominało to rejs po wzburzonym morzu. Roślinność zrobiła się bardziej bujna i zielona. Nowe lasy tłoczyły się wokół samochodu czasu — wydawało mi się, że są to również drzewa z gatunku zrzucających liście, choć wskutek naszej prędkości kwiaty i liście tworzyły jednobarwną, zieloną plamę; a powietrze ociepliło się.
Wreszcie przestałem odczuwać ból w palcach spowodowany zimnem, trwającym eony. Zrzuciłem marynarkę i rozpiąłem koszulę. Zdjąłem buty i rozmasowałem palce u nóg, przywracając w nich krążenie krwi. Z kieszeni marynarki wypadł znaczek z numerem, który dostałem od Wallisa. Podniosłem ten mały symbol podejrzliwości człowieka w stosunku do bliźnich. W tamtym otoczeniu pierwotnej zieleni chyba nie mogłem znaleźć lepszego symbolu ciasnoty umysłowej i absurdalności, na które ludzie marnują tyle swojej energii! Rzuciłem znaczek w ciemny kąt samochodu.
Długie godziny pośród zielonego gąszczu mijały wolniej niż dotąd i zasnąłem. Po przebudzeniu otaczająca mnie zieleń zmieniła się — była bardziej świecąca, o odcieniu trochę podobnym do plattnerytu. Wydawało mi się, że znajduję się w środku czegoś w rodzaju gwiezdnych pól: przypominało to bardziej przebywanie wśród szmaragdów niż liści.
I wtedy go zobaczyłem. Unosił się w wilgotnym powietrzu mrocznej kabiny, odporny na kołysanie samochodu, z ogromnymi oczami, mięsistymi ustami w kształcie litery „V” i palczastymi mackami, które zwisały, lecz nie dotykały podłogi. To nie była żadna ułuda. Jego ciało uniemożliwiało mi dostrzeżenie szczegółów lasu za nim. Był tak realny jak ja, Nebogipfel czy buty, które postawiłem na ławce.
Obserwator patrzył na mnie badawczo.
Nie czułem strachu. Wyciągnąłem ku niemu rękę, ale odskoczył. Nie miałem żadnych wątpliwości, że utkwił szare oczy w mojej twarzy.
— Kim jesteś? — zapytałem. — Czy możesz nam pomóc?
Nawet jeśli słyszał, nie odpowiedział. Jednak oświetlenie już się zmieniało, powracał zielony kolor roślinności. Potem dostrzegłem, że stwór wprawił się w ruch wirowy — obracając się wokół własnej osi, ta wielka głowa przypominała jakąś nieprawdopodobną zabawkę — i w chwilę później zniknął.
Nebogipfel podszedł do mnie, ostrożnie stawiając długie stopy na żebrach podłogi. Już wcześniej zdjął ubranie pochodzące z dziewiętnastego wieku i chodził goły, z wyjątkiem stłuczonych gogli na nosie i białych włosów, teraz długich i splątanych, na plecach.
— Co się stało? — zapytał. — Czy jesteś chory?
Powiedziałem mu o Obserwatorze, ale Morlok go nie widział. Położyłem się z powrotem na ławce, nie mając pewności, czy to, co zobaczyłem, było rzeczywistością, czy powtarzającym się snem.
Upał był uciążliwy, a powietrze w kabinie duszne.
Pomyślałem o Gödelu i Mosesie.
Ten niesympatyczny człowiek, Gödel, wydedukował istnienie wielorakich historii, opierając się wyłącznie na przesłankach ontologicznych, natomiast ja, biedny głupiec, potrzebowałem kilku podróży w czasie, nim taka możliwość w ogóle przyszła mi do głowy! Teraz jednak ten człowiek, który roił wspaniałe sny o ostatecznym świecie, gdzie wyjaśnione jest całe znaczenie, leżał przygnieciony kupą gruzów, zabity przez ciasnotę umysłową i głupotę swoich bliźnich.
Читать дальше